• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Dariusz Roman

    Z wykształcenia fotograf, choć przez ostatnie 20 lat swoją wielką pasję dzielił z projektowaniem graficznym i tworzeniem multimediów. Dzisiaj poświęca się bezgranicznie fotografii, szukając miejsc i ludzi, o których warto opowiedzieć innym. Wykładowca technik postprodukcyjnych i zarządzania kolorem. Twórca dużego portalu poświęconego fotografii. Dzisiaj fotografuje dla National Geographic i Getty Images.


    Z wizytą w piekle

    2014-06-09
    Nikt nie mówił, że będzie łatwo czy przyjemnie. Jednak to, co zastałem na dole kopalni Sobieski w Jaworznie przeszło moje najśmielsze oczekiwania

    Tuż przez zjazdem na dół dostałem podstawowe rady, co zrobić, gdyby stało się to, co stać się nie powinno. Zakładam więc żółty garnitur i flanelową koszulę w kratę. Kobieta w okienku wręcza mi latarkę. Moje jedyne światełko w ciemności zwisa bezwładnie pomiędzy sprzętem do zdjęć a aparatem ucieczkowym. Mam na sobie osiem kilo więcej niż zwykle. Jestem gotowy, choć nie wiem na co.

    Długim korytarzem idę do windy, która w błyskawicznym tempie zwozi ludzi w metalowej klatce 500 metrów pod ziemię. Nie czuję ani chłodu, ani gorąca. Widzę jedynie ciemność, chociaż warunki panujące tutaj są podobno jeszcze luksusowe. Razem ze swoim opiekunem wsiadam do ciasnej kolejki, która przez następne 30 minut wiezie mnie korytarzem do stacji docelowej. Stamtąd będziemy już iść pieszo. Kiedy wysiadamy, nie widzimy już murowanych ścian. Podłoga jest coraz bardziej nierówna, a tam, dokąd zmierzamy, wygodny, twardy chodnik zamienia się w gęstą maź, w której pozostawienie kaloszy wydaje się być tylko kwestią czasu.

    Każdy krok kosztuje mnie utratę sił. Muszę uważać, gdzie stawiam stopę. Wystające ze ścian pręty i siatki, kałuże wody, pod którymi nie wiadomo co zastaniemy – wszystko to powoduje, że poruszamy się – jedynie przy świetle latarki – bardzo powoli. Co kilkaset metrów widzimy pracujących górników. Każdy ma swoje, ściśle określone zadanie. Tu nikt nie odpoczywa. Mijamy ich. Podajemy sobie ręce i wymieniamy się pozdrowieniem „Szczęść Boże”. Widać, że praca kosztuje ich dużo. Może wszystko. Z każdym metrem powietrze staje się coraz gęstsze, a wilgotność przekracza już 90 procent. Czuje, że moja flanelowa koszula przesiąknięta jest potem. Idziemy dalej. Dopiero po około dwóch godzinach orientuję się, że całą twarz mam mokrą. Pot spływa z niej strugami. Do twarzy przylepia się wszystko, co fruwa w powietrzu. Nie ma czym oddychać. Dochodzimy do kombajnu, który odrywa od ściany kawałki węgla. Tu nie widać już nic. Ściana pyłu powoduje, że w oczach czuć mrowienie i bez namysłu zaczynam trzeć oczy. W ten sposób wcieram w nie kolejną dawkę nieprzyjemnych, unoszących się w powietrzu drobinek.

    Jeszcze tylko kilkadziesiąt minut spaceru w błocie pod górę. Wydawało mi się, że jestem w stanie wytrzymać dużo, ale zanim dochodzimy do kolejki, trzy razy proszę o chwilę odpoczynku. Nogi odmawiają posłuszeństwa, nie ma czym oddychać, a woda w butelce dawno się już skończyła. Mimo, że butelka była zamknięta, na jej dnie pozostał piasek.

    Okazuje się, że przeszliśmy w tych warunkach około 7 kilometrów. Kolejka zabiera nas w podróż powrotną. Niektórzy znajdują chwilę na sen, inni siedzą w milczeniu. Powiew wiatru na spocone plecy przypomina mi, że jeszcze przed chwilą było gorąco i duszno. Trudy wyprawy czuję wyraźnie jeszcze przez kolejne dni. Myślę o tym, że ci, którzy pracują pod ziemią, spędzają każdego dnia kilka godzin w tych trudnych warunkach. Wiem, że szacunek do tych, którzy pracują na dole pozostanie we mnie na długo. Może na zawsze.

    fot.: Dariusz Roman

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere