• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Dario Argento: Ten film mi się przyśnił

    2017-12-17
    Nie sposób dziś rozmawiać o historii światowego kryminału, filmu grozy i horroru bez wspomnienia jego nazwiska. Filmy Daria Argento to prawdziwa symfonia makabry, od lat inspirująca światowej sławy twórców.

    Kultowe horrory mistrza, zanurzone w sennych koszmarach wypełnionych magią, mrożącymi krew w żyłach morderstwami i wysmakowaną ikonografii, należą do ulubionych filmów między innymi Quentina Tarantino, Johna Carpentera, Davida Cronenberga czy Nicolasa Windinga Refna. 

    Dario Argento swoją karierę zaczynał jako krytyk w czasopiśmie „Paese Sera”, a także scenarzysta popularnych we Włoszech spaghetti westernów. Wraz z Bernardem Beroluccim napisał tekst do „Pewnego razu w Ameryce” Sergia Leone, jednak szybko porzucił fascynację scenariopisarstwem na rzecz reżyserii. Zadebiutował „Ptakiem o kryształowym upierzeniu” (1970), który szybko stał się synonimem włoskiego giallo – specyficznej odmiany thrillera, opartej na inspiracjach XX-wiecznymi kryminałami i filmografią Alfreda Hitchcocka. 

    W kolejnych latach Argento zagustował w ekranowej makabrze na dobre, dzięki czemu powstała „Suspiria”, uznana za sztandarową produkcję włoskiego kina grozy, a także najważniejszy z horrorów w historii współczesnego kina. Niepowtarzalny, pełen intensywnej palety barw styl, połączony z autorską wariacją na temat disnejowskiej „Królewny Śnieżki”, który pozwolił wypłynąć Argento na szerokie wody. W Stanach Zjednoczonych nawiązał współpracę z Georgem Romero, któremu pomógł przy realizacji „Świtu żywych trupów”. Tak narodziła się ich wielka przyjaźń, o której opowiedział nam przy okazji 22. Forum Kina Europejskiego „Cinergia” w Łodzi. 

    argento

    O czym śni Dario Argento? Każdy pana film to podróż przez krainę przerażających koszmarów sennych, pełna motywów okultystycznych i szaleństwa.

    Nie tylko. Nasze sny nigdy nie sprowadzają się tylko i wyłącznie do koszmarów, ale rzeczywiście muszę przyznać, że to zwykle lęki i strach stanowiły najsilniejsze źródło inspiracji. Choćby „Głęboka czerwień” była takim filmem, który po prostu mi się przyśnił. Zawsze interesował mnie przy tym wszystkim syndrom Stendhala, a także teoria Zygmunta Freuda i jego podejście do sfery podświadomości czy szeroko rozumianego oniryzmu. Ale uwierzcie, że nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem. Mam wrażenie, że każdy artysta w mniejszym lub większym stopniu sięga do swoich najskrytszych snów czy pragnień. I nic dziwnego. W końcu są to najczystsze, najbardziej spontaniczne, a zarazem pozbawione zewnętrznej ingerencji chwile, jakie towarzyszą każdemu z nas. 

    I często najbardziej niepokojące. Ale nie jest tajemnicą, że oprócz koszmarów jest w pana giallo wiele innych, bardziej przyziemnych inspiracji. Na przykład: literatura, sztuka, dom rodzinny.  

    Tak, inspiracji było znacznie więcej: przywołane sny, zwierzęta, poematy Edgara Allana Poe, a nawet wspomnienia z bajek Disneya. Ale rzeczywiście dom był tym niezwykłym miejscem, z którego wyniosłem pewne niezmienne wartości i emocje. Mój tata jako producent filmowy zawsze rozmawiał ze mną o kinie i służył mi pomocą, ale prawdopodobnie najwięcej zawdzięczam mamie, która zawodowo zajmowała się fotografią. To właśnie po niej odziedziczyłem wyczucie na obraz, a także spojrzenie i sposób portretowania kobiet na ekranie. Najważniejszym jednak okresem mojego rozwoju twórczego, a zarazem pierwszym świadomym spotkaniem ze sztuką filmową wciąż pozostają studia w Paryżu. Jako student starałem się każdego popołudnia odwiedzać kino w Cinematheque francaise, gdzie codziennie wyświetlano filmy nieme. Wtedy też zacząłem badać, poszukiwać, przyjmować i trawić kino na wszelkie możliwe sposoby. Mój uniwersytet mieścił się właściwie na sali kinowej. 

    argento_1

    Kilka lat później po powrocie do Rzymu został pan również krytykiem filmowym i zaczął publikować na łamach czasopisma „Paese Sera”. Powiedział pan kiedyś, że jako twórca nadal czuje potrzebę zabierania głosu w sprawie kina. 

    Zgadza się, to było cenne doświadczenie, z którego korzystam do dzisiaj. Tak właściwie pomimo zmiany perspektywy, porzucenia dziennikarstwa i stanięcia za kamerą, nigdy nie przestałem być krytykiem – to coś, co nadal pozostaje obecne w mojej duszy. Tym samym nadal śledzę, co dzieje się w kinie, analizuję filmy z różnych ujęć, zwracam przy tym uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Mam wrażenie, że praca w redakcji pozwoliła mi zobaczyć w kinie coś więcej – zyskać zdrową, jakby zdystansowaną perspektywę.  

     

    Chodzi o zupełnie inne odczuwanie kina. Ale co zatem wieszczy pan współczesnym twórcom? Wielu fanów kina grozy twierdzi, że wpływ technologii odziera ten gatunek z dawnej magii.

    Uważam, że żyjemy w czasach, w których rozwój technologiczny dla wielu reżyserów kina grozy okazał się błogosławieństwem. I tutaj wracamy do początku naszej rozmowy, ponieważ wydaje mi się, że pozwolił on zrealizować rzecz dla wielu wydawałoby się nieprawdopodobną, a mianowicie ożywić ich sny na ekranie. Najbardziej interesujące, a zarazem w pewnym sensie czyste i szczere wizje możemy znaleźć dzisiaj w kinie południowo-koreańskim, a także latynoamerykańskim. To właśnie one wywołują u mnie szczególne emocje. Ale nie zapominajmy zarazem o drugiej stronie medalu. Część współczesnych twórców zdecydowanie nadużywa środków filmowego wyrazu, przez co na ekranie często powstaje coś sztucznego, co jest może i doskonałe w warstwie samego obrazu, ale zarazem całkowicie pomija wgląd w psychologię postaci. A przecież kluczem do sukcesu jest umiejętne zrównoważenie tych dwóch sfer. Ograniczenie wszystkiego do możliwości samego obrazu niestety stawia mur pomiędzy twórcą a widzem. Nie pozwala wytworzyć pełnej immersji. 

    argento_2

    I nie boi się pan, że ten sam los spotka „Odgłosy”? Zwłaszcza, że Luca Guandagnino postanowił założyć skórzane rękawiczki i spróbować swoich sił w remake’u pana największego dzieła. 

    Uczciwie powiem, że nie wydaje mi się, aby powstał film równie ikonograficzny i bliski pierwowzorowi. Jednak Lucę Guadagnino znam właściwie od małego i wiem, że już jako dziecko opowiadał o swoich fascynacjach „Odgłosami”. Kiedy zdecydował się zostać reżyserem, zapowiadał, że ma jasną wizję remake’u. Osobiście zawsze pozostawałem z tyłu tego projektu – nigdy nie rozmawiałem z Lucą na temat jego spojrzenia na ten powrót, nie czytałem scenariusza, nie znałem obsady. Tak naprawdę wszystkiego dowiadywałem się po czasie z Internetu. Jakiś czas temu otrzymałem jednak zaproszenie na plan, co początkowo wydawało się kuszącą perspektywą, ale z drugiej strony mogło zostać odczytane jako swoisty chwyt marketingowy mówiący o tym, że skoro Argento przyjął zaproszenie, to Guadagnino na pewno otrzymał jego błogosławieństwo. Tak się nie stało, co nie zmienia faktu, że wyczekuję premiery i na pewno jeszcze zobaczę ten film na dużym ekranie. 

    Odnosimy wrażenie, że pan zdaje się świadomy tego wpływu, jaki odcisnął na światowej kinematografii. Podobno oprócz Luci Guadagnino pana dorobek inspirował również Quentina Tarantino, Nicolasa Refna czy Oliviera Assayasa. 

    Oczywiście, ale nie dostrzegam w tym niczego złego. Wprost przeciwnie. Żyjemy w świecie naczyń połączonych, więc czerpanie inspiracji od innych twórców jest czymś naturalnym i wręcz nie sposób przed tym uciec. Pozostaje tylko pytanie: jak z tego korzystać? W przypadku Tarantino czy Assayasa wychodzi to bardzo szczerze, ponieważ mamy do czynienia z twórcami świadomymi i inteligentnymi. Ten pierwszy w filmie „Grindhouse: Dead Proof” posługuje się bezpośrednimi cytatami. Scena otwarcia jest właściwie żywcem zaczerpnięta z mojego debiutu, czyli „Ptaka o kryształowym upierzeniu”, włącznie z motywem muzycznym Ennia Morricone. Natomiast Assayas, jak przystało na byłego krytyka Cahiers du Cinemas, czerpie z psychologii postaci, próbuje w sposób bardziej subtelny oddać fascynujący go klimat giallo. To wspaniałe, że powstała między nami międzypokoleniowa nić porozumienia, dzięki czemu możemy nie tylko wzajemnie na siebie wpływać, ale również być sobie przyjaciółmi. 

    argento_3

    Czy to podobna więź do tej, która łączyła pana ze zmarłym w tym roku Georgem Romero? W czasie pana pobytu w Stanach Zjednoczonych, można powiedzieć, że stworzyli panowie niecodzienny duet: Amerykanin od zombie i Włoch w czarnych, skórzanych rękawiczkach. 

    Cóż, mówimy o zupełnie innej relacji. George był nie tylko moim bliskim przyjacielem, z którym mogłem zawsze się spotkać i porozmawiać, ale przede wszystkim stał się wspaniałym kompanem na planie. Kiedy wziąłem na siebie odpowiedzialność za produkcję „Świtu żywych trupów”, to wiedziałem, że mogę zawsze na nim polegać, ponieważ był twórcą niezwykle świadomym, który doskonale wiedział, czego oczekuje od kina i czego kino oczekuje od niego. Zawsze miał przejrzyste pomysły, szybko reagował na to, co dzieje się w trakcie realizacji zdjęć. Oczywiście, nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły, każdy z nas robił przecież zupełnie inne kino, ale to, co pozostało do samego końca wspólne, to nasza wiara w obraz jako wartość nadrzędną. Niespodziewane odejście George’a mocno mnie zabolało. Jako przyjaciela, ale również wielbiciela jego świeżego spojrzenia na kino.

     

    Rozmawiali: Mateusz Demski i Dawid Dróżdż

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere