• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Aleksandra Budka

    Wymarzyła sobie, że zawodowo będzie słuchać muzyki. Dziś nie tylko muzyki słucha, ale też o niej opowiada i pisze. Pasjonatka radia i klimatu retro, kolekcjonerka płyt, okularów i torebek. Od wielu lat związana z radiową Trójką. Fanka Grzegorza Ciechowskiego, przez co jej serce jest z pewnością biało-czarne. Kawę zaś pije zawsze białą.


    Grzegorz Turnau: Piosenki z taśmy czasu

    2017-12-03
    Z okładki nowej płyty patrzy na nas przez charakterystyczne dla siebie okulary w grubych oprawkach. Od pięćdziesięciu lat na świecie, od ponad trzydziestu na scenie. Z nieodłączną maszyną do tworzenia piosenek, czyli pianinem, które służy mu do pisania historii polskiej muzyki. Choć śpiewa także po angielsku, to nie żaden polski McCartney, tylko jedyny, niepowtarzalny Grzegorz Turnau.
    Kliknij powyżej, aby odtworzyć wideo

    Czy pan prosto z Krakowa?

    Prosto to nigdy, bo kursuję i tu, i tam. Mam bardzo dobry kontakt z Warszawą i lubię tu być, chociażby ze względu na to, że moja rodzina ze strony mamy pochodzi z Warszawy i tu się zakorzeniła, a to, że funkcjonuję jako reprezentant Krakowa, jest konsekwencją naszej krakowskiej rodziny ze strony taty. W wielu rodzinach jest to połączenie, dlatego nie lubię pytań o to, skąd pochodzę. Bo pochodzę z miejsc, z których pochodzą moi przodkowie.

    turnau_2

    W takim razie nie lubi pan także pytań o Kraków?

    Staram się odpowiadać na pytania, którym jestem w stanie sprostać. Nie jestem pewien swoich możliwości, jeśli chodzi o wszystkie pytania o Kraków, ale podstawowe – czemu nie?

    Muzycy z zespołu Kroke pochodzący z Krakowa zdradzili mi, że im dalej podróżują, tym więcej jest w nich rodzinnego miasta. Czy Kraków zawsze zabiera się ze sobą na drogę?

    Każdy ma swój sposób na organizowanie pamięci, a ta, dopóki jest zdrowa i funkcjonuje, ma swoje półki jak w bibliotece. Jedna z tych półek w mojej głowie nazywa się Kraków C.K. przełomu XIX i XX wieku. Ale to nie jest Kraków, w którym ja teraz żyję. Nie jestem przywiązany do niego, nie jestem wyznawcą jednej wersji zachowania, elegancji czy stroju, które wpisane były w dzieje moich przodków. Ale półka jest, w związku z tym mam wiele różnych relacji z Krakowem jako miastem. Dotyczą artystów, osób, które przyszło mi poznać, ale są też relacje historyczne, ze świadomością tego, jak moja rodzina funkcjonowała w Krakowie na przestrzeni wieków.

    turnau_3

    Wiele utworów z nowej płyty powstało w Krakowie. Rozszyfrujmy jej tytuł: L - jak labirynt, L - jak lamus, L - jak 50.

    Bardzo wcześnie zacząłem składać piosenki, mieć pewnego rodzaju osiągnięcia w tej mierze. Byłem wtedy licealistą – mamy L. Potem liceum przeszło w kolejne L, bo spędziłem jakiś czas w Anglii, śpiewałem po angielsku, a więc „love” było ważnym słowem. Działo się wiele różnych rzeczy pod hasłem L. Dziś bawimy się tą aliteracją, jest wiele słów, które możemy ułożyć w szeregu logicznym i semantycznym tak, żeby wszystkie rozpoczynały się od litery L. Ale nie po to jest to zrobione. Chciałem uniknąć celebrowania urodzin przez cyfry kojarzone bardziej z numerem ulicy czy wynikiem meczu 5:0. L jest bardziej otwarte, poza tym wygląda trochę jak fotel, więc można na nim usiąść jak w samolocie i powiedzieć sobie: Leć! Albo L – usiądź i leż. (śmiech) L daje swobodę interpretacji tego przedsięwzięcia.

    A lamus?

    Każdy ma jakiś lamus, coś gdzieś chowa, a potem znajduje. I dowiaduje się, czy to, co schował, było do czegoś potrzebne. Jeżeli się od tak dawna, jak ja, porządkuje swoje papiery - bo uważam, że obowiązkiem każdego mężczyzny jest uporządkowanie papierów zanim go trafi szlag – to staram się też korzystać z takich okazji. A jedną z nich była pasja archeologiczna i detektywistyczna człowieka, który przychodził kiedyś na moje koncerty, a potem zajął się profesjonalnie archiwizowaniem nagrań – mówię o Wiktorze Czajkowskim, który jest właściwie autorem tej płyty. Gdyby nie jego determinacja, tej płyty by nie było. Ja sam nie wpadłbym na to, żeby opublikować tyle różnych swoich staroci, które po latach wydają mi się na tyle ciekawe, że nadal, będąc starociami, są zaskakującym spotkaniem z samym sobą – jakimś obcym chłopcem, któremu dziś bym pewnie nie pożyczył pieniędzy. Tłumaczenie, czemu się wydaje płytę, z góry skazane jest na klęskę, bo wiadomo, że jeśli wydajemy, to chcemy to utrwalić i zachować. Uzasadnianie tego jest pretensjonalne.

    turnau_4

    Wydanie tego albumu nie było dla pana wygodne.

    Wielokrotnie protestowałem, ale potem doszedłem do wniosku, że skoro ja cały czas dużo pracuję i piszę, to niechże tam komuś sprawi to przyjemność. Krzywdy to nikomu nie zrobi, niech sobie będzie.

    Wyjaśnijmy – „L” to kompilacja wcześniej niepublikowanych nagrań.

    Żadne z tych nagrań nie było publikowane na płycie. Były, owszem, pokazywane w telewizji w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jest na tej płycie piosenka, którą napisałem na duet ze Zbigniewem Wodeckim i była wykonana tylko raz, nie miałem nawet świadomości, że została nagrana. Mam nadzieję, że będzie przynosić uśmiech, bo jest piosenką pastiszową w stronę Kabaretu Starszych Panów, bardzo staroświecką. Zbyszek bardzo ją polubił, ale nigdy - poza tym jedynym wykonaniem - nie nagraliśmy wersji studyjnej. Na płycie jest także wiele innych piosenek, które miały swoją genezę w programach telewizyjnych. Wiktor wykopał je z cmentarzysk, chodził po nocy z motyką i kopał, i kopał, i kopał… A jak wykopał, to dzwonił. A ja mu na to: Jak wykopiesz jeszcze jedną, to zakop.

    turnau_5

    Napisał pan: „Wiersz był dla mnie zawsze podstawową inspiracją, powodem, dla którego pianino przestawało być zwykłym pianinem, a zamieniało się w maszynę do pisania piosenek”. I ta maszyna od wielu lat jest świetnie naoliwiona. Czy ten instrument zawsze traktował pan właśnie jako maszynę, narzędzie umożliwiające wykonywanie zawodu?

    Maszyna jest instrumentem takim samym jak każde narzędzie służące wytwarzaniu czegoś. Jako mały chłopiec rzuciłem się – jak tylko zobaczyłem, że istnieje – do maszyny do pisania. Moje skojarzenie maszyny, która jest także instrumentem klawiszowym, z pianinem nie jest specjalnie oryginalne. Na maszynie się pisze i na pianinie się pisze, tylko klawisze są nieco inaczej ułożone. Uważam, że moja cała działalność od początku liceum, kiedy zacząłem składać piosenki do wierszy Joyce’a, aż do dzisiaj polega na tym, żeby pisać utwory oparte na już istniejącej konstrukcji literackiej. Bardzo rzadko zdarzało mi się pisać muzykę abstrakcyjną. Zawsze najbardziej cieszyła mnie możliwość zrobienia czegoś, co będzie drugim bytem tekstu już wcześniej stworzonego. W moim przypadku ta maszyna do pisania czy pianino, które się z nią rymuje, jest faktem – lubiłem maszyny, obcowanie z istniejącymi już konstrukcjami, a wśród nich była właśnie ta maszyna do pisania piosenek, czyli pianino.

    Na płycie znajdziemy duety z Dorotą Miśkiewicz, Andrzejem Sikorowskim, wspomnianym Zbigniewem Wodeckim, ale też najnowszy z Magdą Umer, czyli utwór „Kolęda dla tęczowego Boga”. To bardzo piękne, ale – grzeczne duety.

    Bo ja w ogóle staram się być grzeczny, tak mnie wychowano.

    A gdyby padła propozycja wywrotowego duetu?

    Słuchaczy zdziwiłaby pewnie próba mojego uczestnictwa w przedsięwzięciu disco polo. Są pewne granice brawury. Od mojego debiutu minęło 30 lat. Jeżeli uznałbym, że moja obecność w świadomości słuchaczy zależy od tego, że bardzo dziwnie zachowam mając lat 50 plus, po to, żeby podtrzymać zainteresowanie – to jakoś nie pasuje mi to do tego, co robiłem do tej pory. A robiłem różne rzeczy - nagrywałem z jazzmanami, orkiestrami, artystami jak Stanisław Soyka czy Andrzej Sikorowski albo z greckim piosenkarzem Jorgosem Dalarasem. Nagrałem niedawno płytę, gdzie śpiewam tylko po angielsku. Ale jeżeli miałbym tylko po to, żeby ktoś zorientował się, że istnieję, nagrać duet z kimś, kto porusza się w zupełnie innej niż moja stylistyce, tobym na pewno zrezygnował, nie jest mi to potrzebne do szczęścia. Dla żartu – oczywiście. Każdy może zrobić coś dla żartu, pod warunkiem, że jest on zabawny. Dla mnie taki żart byłby mało śmieszny.

    turnau_6

    Jest jeszcze jeden wyjątkowy duet na tym krążku – duet Grzegorza Turnaua z Grzegorzem Turnauem.

    Do istniejącej piosenki „Koszula” ze słowami Tadeusza Śliwiaka – który zresztą, co przypominam młodszym odbiorcom, jest autorem hymnu „Ta nasza młodość” – dograłem swój głos. Taka urodzinowa przygoda, ale chyba nie najgorsza. Dzięki mojej córce i kilku osobom, które wymyśliły plastykę tego przedsięwzięcia, jest to całkiem współczesna piosenka, choć pobrzmiewa katarynką, jak z „Amelii”.

    I jest singlem.

    Ja na szczęście jestem żonaty i mam w tej sprawie bardzo dobrze ułożoną harmonię. Zresztą podkreślę, że wiele pomysłów pochodzi od mojej żony Maryny, która jest muzykiem i nagrywała wszystkie te piosenki, brała udział we wszystkich sesjach nagraniowych.

     

    Planowałam pytanie, czy ten młody artysta, z którym pan tu śpiewa, rokuje na przyszłość, ale już usłyszałam, że nie pożyczyłby mu pan pieniędzy.

    Wtedy nie. (śmiech) Przykładem głębszego zaufania w możliwość rozwoju artysty jest ciężka i archiwalna praca pana Czajkowskiego, który mimo wszystko przychodził na moje koncerty, a potem cierpliwie – jak w tym zespole Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – zbierał te moje kury po wioskach.

    Choć rzadko zdarza mi się czytać komentarze internautów, znalazłam jeden, który bardzo mi się spodobał. Jeden ze słuchaczy napisał o panu: „Polski McCartney, ale o tym nie wie”. No to już pan wie.

    To jest bardzo przyjemna wiadomość. Chciałbym zapytać pana Paula McCartneya, czy miałby ochotę podzielić się tantiemami. (śmiech) To świetne skojarzenie, bo jak mało kto stworzył naprawdę ogromną ilość przebojów i fantastycznych piosenek, balansując pomiędzy muzyką ludową i taneczną a bardzo skomplikowaną fakturą aranżacyjną, i zawsze przywiązywał do tego wagę. Mam do niego ogromny szacunek i uwielbienie – choć mężczyzna pięćdziesięcioletni nie bardzo może mówić o uwielbieniu dla siedemdziesięciopięcioletniego artysty, ale o McCartneyu można.

    turnau_1

    Jak będzie wyglądała trasa promująca nowe wydawnictwo?

    Z zespołem, z którym współpracuję od dawna, oraz gośćmi mamy przed sobą kilkanaście koncertów w różnych miejscach Polski. Będziemy grali piosenki nieznane, średnio znane i najbardziej rozpoznawalne. Będzie to solidny dwugodzinny koncert, w dopracowanej i zbliżonej albumowi oprawie. Nigdy nie byłem fanem celebracji urodzinowej. Wyszło nam to jako całość, dało nam to szansę popatrzeć na to, co się wydarzyło, poprzez utwory niepublikowane. W tej trasie będzie sporo rzeczy mało znanych, tak tylko uprzedzam, bo są ludzie, którzy uważają, że jak się gra koncert urodzinowy, to powinno się grać tylko „Hey Jude” albo „Małgośkę”. Ja niestety nie mam ani „Hey Jude”, ani „Małgośki”, mam trochę swoich piosenek, jak „Cichosza” albo „Bracka”. Mam też sporo utworów, których wcześniej nie było. Myślę, że to będzie dobrze połączone z tym dziwnym trzypłytowym, hybrydowym albumem.

    Wojciech Waglewski mówi, że nie po to chodzi na koncert, żeby brzmiało tak jak na płycie. Tu koncert będzie brzmiał jak płyta, a płyta jak koncert.

    Wydaje mi się, że jeżeli się bardzo intensywnie koncertuje, to po jakimś czasie nie sposób nie zmienić stosunku do utworu, nie próbować dogiąć go tego, w jakim jest się nastroju w danej chwili. Jeżeli pisało się piosenkę, mając lat siedemnaście, na przykład „Znów wędrujemy” napisałem zakochany w koleżance, która miała namiętność do Baczyńskiego, a teraz mam pięćdziesiąt lat i znam tę koleżankę, nie mamy ze sobą nic wspólnego i nadal dla niej ją śpiewam – to się nie zmienia. Ona została w tej piosence i wyobrażeniu, dla kogo to wykonuję. Więc nie sposób mieć zawsze takiego samego stosunku, tej samej rytmiki i motoryki. Nie da się śpiewać tych samych piosenek tak samo, natomiast należy pilnować dyscypliny. Ktoś pierwszy raz w życiu słyszy Turnaua i chce usłyszeć, że „nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza” – czyli ten utwór, a nie wariację na jego temat. Zawsze liczę na to, że wydając jakąś płytę, zachęcę ludzi do tego, żeby jeszcze raz przyszli i posłuchali naszego koncertu. Bo te są naprawdę live przez wielkie L. Są żywe, nie pozwalamy sobie na odpuszczenie czegokolwiek, nie ma playbacku, podpierania się. Jesteśmy naprawdę live. Zatem let’s live.

    Grzegorz Turnau – kompozytor, piosenkarz i pianista, autor tekstów, aranżer. Urodził się 31 lipca 1967 roku w Krakowie. W 2017 roku celebruje urodziny nową płytą „L”. Album składa się z dwóch płyt CD z nigdy wcześniej niepublikowanym materiałem oraz DVD z największymi przebojami artysty w wersjach live, a także teledyskami i utworami z repertuaru innych artystów.

     

     

    Zdjęcia: Monika Szałek

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere