• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Jakub Milszewski

    Redaktor naczelny. Pisze głównie o muzyce i turystyce, o tym pierwszym również na blogu 140db.pl. Kiedyś zostanie gwiazdą rocka, ale póki co śpiewa w chórze. Poza tym fan komiksów i kolekcjoner płyt. Z wykształcenia kulturoznawca, ale niech to zostanie między nami.


    O psie, który chodził krzywo

    2017-12-01
    Dzień był chyba pogodny, zresztą nieważne, nie chce mi się rozpisywać o pogodzie. W każdym razie jak co dzień wysiadłem z kolejki i zacząłem powoli powłóczyć nogami w stronę budynku, w którym dokonywałem zamiany swojej młodości na pieniądze, czyli pracowałem.

    Nie spieszyło mi się, bo jeszcze tego brakowało, żebym zatęsknił do tej pracy. W każdym razie szedłem sobie wolno, próbując oderwać myśli od tego, co mnie miało zaraz czekać. Aż spostrzegłem tego psa. W sumie nie musiałem go jakoś specjalnie spostrzegać, bo szedł na smyczy dwa metry przede mną prowadzony przez swoją panią. Ponoć ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy, ale to po prostu skrajna głupota, która wmawia ci, że musisz być po którejś stronie barykady nawet w sympatii do zwierząt domowych. Ja zatem lubię koty, lubię psy, lubię też mojego chomika Barylaka. Ale tam szedł pies. Najnormalniejszy pies na świecie, nie tam żadna rasa za miliardy, nie w jakimś debilnym ubranku, po prostu sympatyczny kundel, taki, co to najchętniej na każdego mijanego przechodnia rzucałby się z wywalonym jęzorem i rozmerdanym ogonem żeby się bawić albo chociaż zgarnąć kilka głasków. Fajny, słodki psiak, mógłbym takiego mieć.

    Nagle rzuciło mi się coś w oczy. Ten fajny psiak bardzo dziwnie chodził. Miał jakiś specyficzny defekt, który kazał mu chodzić nieco bokiem, na dodatek dziwnie posługując się prawą tylną łapą. Jakieś schorzenie, jakaś niepełnosprawność, choć założę się, że psiak był w pełni sprawny, ganiał za piłką tenisową jak szalony i o swojej domniemanej przeze mnie niepełnosprawności nie miał zielonego pojęcia. Ale to było widać. Coś było z jego kośćcem nie tak, skoro musiał człapać obok swojej pani w dziwny dla psa sposób.

    No i teraz sedno sprawy – pomimo tego, że widziałem, że to nie jest pies idealny jak z katalogu albo innej wystawy, to niczego mu to nie odjęło. Wręcz przeciwnie – ta dziwna koślawość sprawiała, że wydawał się jeszcze fajniejszy. Miałem wrażenie, że to jest prawdziwy psi kumpel, zwierzak, któremu chce się pozwolić spać na swoim łóżku, choć się wierci i ślini.

    „Welcome to Sky Valley” jest takim właśnie psem. Uwielbiam zespół Kyuss (nie mylić z Kiss, którego zdecydowanie nie uwielbiam) jak uwielbiam zwierzaki. Zresztą jak można nie doceniać zespołu, który położył podwaliny pod osobny gatunek muzyki rockowej i w 1994 roku składał się z czterech genialnych jednostek, z których każda prowadzi dalej bogatą karierę (oczywiście największym gwiazdorem jest Josh Homme, który w Kyuss grał na gitarze, a obecnie lideruje rockowemu hegemonowi Queens of the Stone Age i robi mnóstwo innej świetnej muzyki, ale i przesympatyczny basista Scott Reeder, hippisowski perkusista Brant Bjork i klasyczny rockowy wokalista John Garcia mają nie mniejsze CV)? No i ich czwarta, przedostatnia płyta ma dla mnie taki właśnie defekt – niespójne, nieczyste, zbyt mocno przydymione brzmienie, które sprawia, że część elementów tej stosunkowo prostej muzycznej układanki jest nieczytelna. Ale to jest, drodzy państwo, właśnie taki defekt, który sprawia, że tej płycie też pozwalam nocować na swoim łóżku. Nie jestem w stanie nie wkręcić się w walec „Gardenia”, który, jakby nie patrzeć, jest klasyką desert rocka. Uwielbiam też psychodeliczny „Asteroid”, pędzący jak Pendolino „100 Degrees”, pustynny blues „Space Cadet”, grunge’owy „Demon Cleaner”. Nie dociera do mnie, jakim cudem w latach 90-tych Kyuss nie zrobili takiej kariery jak Pearl Jam czy Soundgarden, z którymi zresztą sporo koncertowali. Może byli zbyt dziwni, bo chodzili bokiem, a ich prawa tylna łapa niedomagała?

     

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere