• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Aleksandra Michael
    Interesuje się wszystkim i niczym. Skończyła szkołę muzyczną w klasie fortepianu, ale od 15 lat nic nie zagrała. Jest fotografką, choć rzadko fotografuje, czasem pisze. Uwielbia czytać, choć czyta wolno. Słucha ludzi. Potem zapisuje to co usłyszy. Wciąż czuje, że musi iść dalej, że coś ją goni. Jest stąd i z tamtąd. Znikąd. Czy w ogóle jest?

    Olga Bołądź: Raz Robak, a raz Szyba

    2017-12-04
    Olga Bołądź – aktorka, matka, córka... persona, klaun, pierrot? Jakie maski, poza oczywistą kreacją postaci zakłada aktor? Czy można osiągnąć taki poziom świadomego rodzicielstwa, żeby nie zaszczepiać w dziecku swoich lęków? Jak zdjąć wszystkie kulturowe i społeczne „kalki” i dotrzeć do siebie? I wreszcie, jak nauczyć się żyć tu i teraz?

    Chciałabym, żebyś mi powiedziała jak postrzegasz świat wokół siebie, jak się z nim komunikujesz. Czy zakładasz maski?

    Chyba nie jestem mistrzynią w tej konkurencji. Jako maskę rozumiem sumę tego, czym jest nasze wychowanie i tego, co nakłada na nas kultura. Można to nazwać maską, ale można też powiedzieć, że od dzieciństwa, w rezultacie wychowania przez naszych rodziców, a potem przez całą edukację i spotkania z innymi ludźmi, uczymy się dostosowywać. Ja tak właśnie mam. Dostosowuję się do sytuacji. Czerpię z całego swojego doświadczenia, żeby wiedzieć, jak mam się w danej sytuacji zachować.

    Czuję to teraz na bieżąco, wychowując mojego syna. Staram się go nauczyć funkcjonowania w społeczeństwie, będąc uważną na to, jakim jest człowiekiem. Bardzo mi zależy, żeby nie przysłonić tego jego wewnętrznego ja, które w nim odkrywam.

    olga_bloadz_3

    Masz poczucie dostępu do swojej prawdziwej siebie?

    To jest proces, który udaje mi się czasem obserwować. Wiąże się to z tym, że na każdym kroku, na którym się oczywiście łapię, staram się być uważna na siebie. Wydaje mi się, że jestem teraz najbliżej prawdziwej siebie. Czuję się najbardziej świadoma. Jest takie powiedzenie, że pierwsze osiemnaście lat to wychowanie, a drugie osiemnaście to dochodzenie do tego, kim się jest. Dlatego na co dzień staram się żyć uczciwie sama ze sobą – ze wszystkimi swoimi plusami i minusami.

    Przeżyłaś moment, w którym naglę zaczęłaś dostrzegać samą siebie?

    Nie. Nie spadło na mnie światło. Bardziej świadomość przychodząca z każdym doświadczeniem. Niestety przeważnie konstytuują nas trudne przeżycia, jednak mam nadzieję, że nauczę się budować też na tych dobrych, że będę świadoma tego, co się ze mną dzieje. Nie wiem, jak to ująć, bo nie znam się na karmach, ale chyba do nich właśnie bym to porównała. Zależy mi, żeby uczyć się na swoich błędach. Chociaż to nie są błędy, to są życiowe doświadczenia, raz lepsze, raz gorsze. Podchodzę do życia spokojnie. Okres nastoletniego buntu mam już dawno za sobą.

    olga_boladz_6

    Buntowałaś się? Jak to wyglądało?

    Dobrze się bawiłam, tak to w każdym razie wyglądało z mojej perspektywy. Przechodziłam swoje bunty wśród przyjaciół, którzy doświadczali tego samego. I mimo że należeliśmy w liceum raczej do kręgu osób, które nie za bardzo przejmują się edukacją, to widzę, że każdy poszedł w stronę swoich pasji i zawalczył o to, żeby być sobą. A wydaje mi się, że to jest w życiu najważniejsze.

    Od samego początku byłaś pewna drogi, którą wybrałaś?

    Wydaje mi się, że miałam mnóstwo szczęścia, że zaryzykowałam i poszłam w ten zawód. Że postawiłam na to i to się udało.

    To było intuicyjne?

    Tak. Raczej tak.

    Wchodzenie w stany emocjonalne musi być trudnym, bardzo intensywnym procesem. W jakimś sensie „karmisz postać sobą”. Nie gubisz się czasem w tym, kim i gdzie jesteś?

    Trudno mi się do tego ustosunkować, bo nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Raczej granie na maksa okupuję dużym zmęczeniem i wewnętrznym dojrzewaniem. Uważam się za osobę wewnętrznie dorosłą, która przez całe swoje życie miała zalecenie i zapamiętała tę lekcję, że musisz ochronić w sobie wewnętrzne dziecko, które ma mieć cały czas ochotę na zabawę. Mimo że kiedy płaczę na ekranie, to płaczę autentycznie, i dużo mnie to kosztuje. Ale nie mnie, Olgę Bołądź, tylko postać, którą gram. Wiem, że muszę utrzymać się w tym stanie skupienia, mając w perspektywie kolejne duble. A kiedy jest już po scenie, to wiem, że moja postać już to przeżyła. I zastanawiam się raczej nad tym, co będzie przeżywała dalej. Nie przynoszę tych emocji do domu. Jedyna rola, którą tak silnie doświadczyłam, to rola Agaty Mróz. Przez cały film odnosiłam się do tego co naprawdę się wydarzyło. Prawdziwie to przeżywałam, byłam tym wykończona i smutna. Ale kiedy skończyły się zdjęcia i przyszłam do domu, to była już tylko Olga, zmęczona po roli. Nie okupywałam tego nigdy swoją prywatną traumą.

    olga_boladz

    Jesteś osobą emocjonalną?

    Tak, bardzo. Czasem powinnam przyjmować pewne rzeczy na chłodno, a przyjmuję je „na gorąco”. Życiowo bardzo emocjonalnie angażuję się w różne rzeczy. Dzięki temu mam łatwość wchodzenia w emocje różnych postaci.

    A potrafisz kontrolować swoje emocje?

    Staram się. Można się tego nauczyć. Mój zawód jest blisko psychologii, może nie samej w sobie, ale jestem świadoma tych procesów. Kiedy jestem w jakiejś emocji, to wiem, że ona się skończy. Mam instynkt przeżycia. Nie mam struktury skrajnej. Nie wpadam w takie stany, z których nie potrafię wyjść. Bardzo szybko się zapalam, ale równie szybko mi to przechodzi. Jestem impulsywna, ale też sama się studzę.

    Rozum też potrafi wciągnąć...

    Tak, co jakiś czas jesteśmy niewolnikami jednej myśli.

    Czytam teraz książkę, która zachęca do skupieniu się na tym co jest teraz.

    Zgadzam się z tym. Jestem teraz na takim etapie życiowym, że zaczynam odkrywać, że w każdej filozofii i religii o to chodzi. Jeżeli ty jesteś szczęśliwy sam ze sobą, to będziesz wybierać dla siebie dobre rozwiązania. A te dobre rozwiązania będą też dobre dla innych. Nie zamęczysz się swoimi emocjami i nie będziesz projektować, tylko patrzeć na to, co jest rzeczywiste. To jest chyba coś, czym my kobiety się wyróżniamy, że za bardzo tkwimy w emocjach, za bardzo się im przyglądamy, nadając zbyt duże znaczenie. Ostatnio przeczytałam (co bardzo mnie ubawiło) „Dwadzieścia cztery sentencje zen na wesoło”. Moja ulubiona sentencja to: „Pamiętaj, raz jesteś robakiem a raz szybą. Liczy się odniesienie”.

    Cieszę się z dojrzałości, która przychodzi z wiekiem i doceniam, że wraz z upływem czasu mam lepszy kontakt z samą sobą. Zależy mi na takiej sytuacji w życiu, żeby być jak najbliżej siebie. Cały świat mnie odbija ode mnie samej. Dlatego od kilku miesięcy w ogóle nie oglądam telewizji. Kiedyś to uwielbiałam. Jestem tak zmęczona impulsami, które docierają i stymulują mój mózg, że postanowiłam odstawić telewizję. Sama wybieram to, czego słucham. Telewizja służy nam tylko do kanałów z bajkami.

    Mamy to samo, choć wydaje mi się, że bajki też nasycane są coraz większą ilością podprogowych informacji.

    Dlatego ja je filtruję. Mam dwa kanały, które puszczam i nie pozwalam mu oglądać bajek dla starszych dzieci. Uważam, że jest w nich zbyt dużo przekazów. Bajki mają być miłe. Nie chcę, żeby Bruno się bał.

    Kiedyś kończyłam swój dzień z TVN24, teraz już tego nie robię. Nie chcę mieć dostępu do takiej szerokiej gamy informacji, bo zaczynam czuć się sterowana i zastraszana. Jest tyle złych rzeczy, że wydaje się, że wszystko zaraz ulegnie zagładzie. Wyłączam to, żeby chronić siebie.

    olga_boladz_4

    Jak radzisz sobie z lękami?

    Przez samoświadomość. Wiem, że to głupio brzmi. Życie płynie bardzo szybko i zdarza się, że przestajesz mieć dostęp do samej siebie i nie jesteś ze sobą szczera. Wtedy zalewają cię lęki. W obawie otaczasz się rzeczami i wydaje ci się, że już jesteś bezpieczna, ale to pozór. Życie jest po to, żeby przeminęło, i tak należy je przyjąć. Nie chronić się przed śmiercią. Wszystko polega na obecności tu i teraz. Odmóżdżając się, tworzymy iluzję, barierę ochronną. Wydaje nam się, że nie myślimy o trudnych rzeczach jak przemijanie i odchodzenie.

    Nie znam osoby, która nie bałaby się odchodzenia. To jest rzecz, którą mamy wpisaną w nasz genotyp – lęk przed śmiercią. To bardzo przygnębiająca myśl. Nie wiesz, jaka ona będzie – miła czy niemiła, czy będzie cię bolało i jak bardzo będziesz się bać.

    Dużo czytałam o odchodzeniu. O przechodzeniu na drugą stronę. Mam taką książkę, w której autorka, będąca zarazem lekarką, opisuje historię procesu odchodzenia i przeprowadzania ludzi na drugą stronę od wojny do czasów teraźniejszych. Poza tym ksiądz Kaczkowski dużo mi dał.

    Jestem osobą wierzącą. Wychowaną w katolicyzmie, ale wierzącą holistycznie. Wierzę w ekumeniczny obraz Boga jako jedną wielką siłę sprawczą. Wierzę w przesłanie miłości. Wszystko jest ku dobru i dla dobra. Taki obraz wiary daje mi nadzieję. Tak, mam swoje lęki. A od kiedy jestem matką, boję się podwójnie.

    Boisz się, że popełnisz błędy wobec swojego dziecka?

    Oczywiście, że się boję, i jestem wobec siebie krytyczna. To jest straszne, kiedy zdajesz sobie sprawę, że nie na wszystko masz wpływ. Twoje dziecko będzie przeżywało różne emocje, a ty nie ukryjesz go za swoją spódnicą, nie ochronisz przed całym światem. Jedyne co możesz zrobić, to mu towarzyszyć. To też jest coś, czego się uczę.

    Nie przenosisz czasem swoich emocji na Bruna?

    Jestem dość świadomą osobą i staram się tego nie robić.

    Ale zdarza ci się?

    Tak, ale rzadko. Mam dużo samorefleksji. Staram się przetwarzać własne doświadczenie na sobie, nie dawać go dziecku. Chciałabym, żeby rosło w poczuciu dużej pewności siebie, które sprawi, że będzie miało swój rdzeń.

    Na czym budujesz poczucie pewności siebie Bruna?

    Staram się go nie straszyć. Mamy z Brunem tak zwane zasady bezpieczeństwa. Zawsze bałam się (tu pukam w niemalowane), żeby nie wypadł przez okno, żeby nie wpadł pod samochód, więc od małego piłuję z nim ZASADY BEZPIECZEŃSTWA (uśmiech). Od tego, jak powinien zachować się na jezdni, do tego, że przy oknach nie ma zabawy i nie wolno ich otwierać (każde okno oczywiście ma u mnie zamek).

    On już wie, co może się wydarzyć i jakie są konsekwencje. Nie chcę go straszyć, ale chcę wybudować w nim świadomość, jakie czyhają niebezpieczeństwa. Dzisiaj skopał mnie w nocy. I tak sobie pomyślałam, że jakby kopnął mnie w szyję, to mógłby mnie uśmiercić. Zmiażdżyć tchawicę. Więc jak się obudziliśmy, to ja już miałam gotową gadkę: „Brunek, pamiętaj, jak np. będziesz się bił z chłopakami... głowa i szyja! Zobacz (dotykam się do tchawicy) tu jest taka rurka, którą jeśli zatkasz, to nie można oddychać. Musisz pamiętać, żeby nikogo w to miejsce nie uderzyć nawet w złości”.

    Pamiętam, kiedy Bruno był mniejszy, kupowałam zabawki w siatkach, na których było napisane, żeby uważać, bo opakowanie nie nadaje się dla małych dzieci. I ja od razu wyobrażałam sobie, że on może założyć to sobie na głowę.

    Czyli masz swoje schizy...

    No, tak. Bruno od małego wie, że suszarka w łazience to rzeczy niebezpieczna (uśmiech). Dlatego mamy dużo tych różnych zasad bezpieczeństwa a on świadomości różnych zagrożeń. Ale uświadamiam go spokojnie, przez tłumaczenie – opowiadam bajki, pokazuję.

    Wiec tak, mam tam swoje...

    Czyli twój syn będzie pamiętał z dzieciństwa wyrażenie: „zasady bezpieczeństwa”. A ty masz swoje słowa klucze, które ciągle mieszkają w twojej głowie?

    „Wyprostuj się!”. Dlatego się garbię. „Łokcie razem przy jedzeniu”. To sprowadza się do słynnego pytania: Na ile jesteś sobą, a ile masz w sobie matki czy ojca. Chyba znowu zasłonię się dojrzewaniem. Do tego trzeba po prostu dorosnąć, trzeba być uważnym. Jeśli zależy ci na dotarciu do pewnych rzeczy, które masz w sobie i chcesz je rozwiązać, to czytając książki, obserwując siebie czy rozmawiając z innymi ludźmi, zaczynasz to dostrzegać. Ile jest ciebie w tobie. Jak to zrobić, żeby było więcej ciebie niż twojego rodzica.

    olga_boladz_1

    Bliżej ci do mamy czy do taty?

    Więcej jest we mnie głosów mojej matki. Mój tata był pełen akceptacji, mama bardziej konkretna. Więc teksty „wyprostuj się...” pochodzą od niej. „Grzeczna, porządna dziewczynka”.

    Miałaś mocno wytyczone granice?

    Dotyczyły one raczej zachowań, bo miałam też dużą wolność podwórkową. Wychowywałam się w domku jednorodzinnym i bardzo dużo czasu spędzałam, bawiąc się w otoczeniu dużej ilości dzieci sąsiadów. Miałam dużo wolności i swojej przestrzeni.

    Te słowa klucze teraz mnie bawią (uśmiech). Z drugiej strony mama chciała, żebym się prostowała, tylko, jak widać, nie wyszło jej.

    Często myślisz o tym, jak bardzo jesteś do niej podobna, lub że nie chcesz być taka sama?

    Wiesz co, nie mam siły jak Syzyf pchać tej kuli. Jestem jaka jestem. Jestem córką swojej matki i swojego ojca, ale jestem też sobą. Mam swoją przestrzeń życiową i układam ją tak, jak chcę. Cieszę się z fizycznego podobieństwa do mamy, bo jest atrakcyjną kobietą. Moi rodzice są zdrowi, więc to też mnie cieszy. A charakter? Mam swój. Zdecydowany, choć (czego nie ukrywam) jestem osobą bardzo wrażliwą.

    Jakich cech swojego charakteru nie lubisz?

    Jestem perfekcjonistką, co bywa męczące przy sprzątaniu. Zanim pozwolę sobie odpocząć, muszę wyczyścić mózg, sprzątając. To taki rodzaj medytacji. Japończycy uznają, że jak wokół ciebie jest chaos, jest on też w tobie. Dlatego zaczynam od tego na zewnątrz. Lubię też robić bałagan. Jak coś wyciągam lub czegoś szukam, to liczę się z tym, że dużo przemieszczę... Ale mam schemat, według którego układam potem wszystko z powrotem, więc nie zaczynam zawsze od początku. Wiem, że pewne rzeczy są już poukładane.

    Mam też tak, że kiedy coś mnie smuci, nie odzywam się. Nie odbieram telefonów. Muszę najpierw przerobić problem w sobie. Dopiero jak poczuję, że już wystarczająco długo jestem z nim sama, mogę zacząć przerabiać go z innymi.

    Często słyszę: „Odzywaj się” albo „Odbieraj te telefony”. Ale moi najbliżsi już to wiedzą, że potrzebne są mi momenty na to, żeby pomyśleć, pobyć sama ze sobą. Poza tym nauczyłam się już artykułować i komunikować, jeśli czegoś potrzebuję.

    Zazdrościłaś kiedyś komuś roli?

    Zawsze zazdroszczę roli! (uśmiech)

    Wszystkim! Wszystkie mogłyby być twoje! (uśmiech)

    Zazdroszczę pozytywnie. Śmieję się, bo przecież nie mogłabym i nie chciała zagrać wszystkich, ale mam tak, że jeśli jest fajna rola i widzę, że ktoś to dobrze zagrał, to czuję pozytywną zazdrość. Nie uważam, żeby było w tym coś złego, przecież to jest ludzkie. Staram się nie oceniać, tylko doceniać. Kluczem do szczęścia w tym zawodzie jest umiejętność wrzucenia na luz. Negatywne emocje nie doprowadziłyby mnie nigdzie. Człowiek zazdrosny, niosący ze sobą złą energię, nie przyciąga ludzi. To prosta zasada. Ścigać mogę się tylko ze sobą. Wierzę w przeznaczenie i los. I uważam, że jeśli coś jest przeznaczone innej aktorce, jeżeli jest to potrzebne w jej drodze i karierze, to jest dla niej. Ja mam swoją. Nikomu nic nie zabieram ani nikt nie zabiera nic mnie. Mam wpływ na casting, na to, jak zagram. Mam też świadomość, że nie do każdej roli się pasuje. Wypełniasz sobą każdą graną przez siebie postać i albo się to komuś podoba, albo nie. To nie zależy od tego, czy jesteś dobra, czy zła, czy nadajesz się, czy nie. Takie myślenie może prowadzić jedynie do frustracji. A ten zawód jest tak ciężki, że głupotą jest samemu sobie dowalać. Trzeba wkładać w to serce, bo jeśli robi się to bez miłości, to zwyczajnie boli.

    Zawsze żyłam z przeświadczeniem, że jeśli nie znajdę pracy jako aktorka, to będę robić coś innego.

    boladz_8

    Co?

    Nie miałam zbyt dobrych ocen. Nie były one straszne, ale... (uśmiech). Poświęcałam się zajęciom pozaszkolnym. Do zajęć szkolnych nigdy mnie nie ciągnęło. Nie mam z tym żadnego problemu. Nie oceniam ludzi po ich wykształceniu, raczej po szczęściu osobistym. A tego nie daje ani wykształcenie, ani pieniądze. Myślałam, że jak nie dostanę się do szkoły, to wyjadę do Stanów i zatrudnię się jako opiekunka do dziecka. Albo do Londynu, pracować za barem.

    Masz w swoim doświadczeniu wyjazd, który dały ci jakąś odpowiedź?

    Tak. Byłam w USA w szkole filmowej. Mieszkałam też pół roku w Barcelonie. Tam sprawdzałam siebie, czy jest we mnie gotowość, żeby zostać i tam próbować.

    Jakoś mnie to nie przekonało. Polska dawała mi wtedy dużo większe możliwości. Miałam tu pracę, wiedziałam, że jak wrócę, to czeka tu na mnie teatr i film. Może to głupio zabrzmi, ale jestem zakochana w języku polskim. Nie po to spędziłam tyle lat, żeby nauczyć się wszystkich jego znaczeń i podwójności. Teraz potrafię zastosować je także w obcych językach, ale ja po prostu czuję się tu szczęśliwa. Nie wiem, czy można nazwać to patriotyzmem. Po prostu dobrze się czuję w kraju, z którego pochodzę i w którym znam każde odniesienie kulturowe.

    olga_bloadz_7

    Lubisz się zakochiwać?

    Nie, nie mam łatwości w zakochiwaniu się. Raczej jestem tradycyjna. Musi mnie naprawdę walnąć piorun, żeby się zakochać. I wtedy zazwyczaj trwa to długo. A jak kocham, to każdą komórką ciała, każdą myślą. Pewnie dlatego uważam się za tradycjonalistkę, bo jak kocham, to kocham. Wtedy wszystko jest dla i o miłości. 

    Nie wydaje ci się, że miłość idzie w parze z nienawiścią?

    Kiedyś przeczytałam, że nienawiść to gniew z zabarwieniem emocjonalnym. W nienawiści jest dużo miłości. O ile w miłości zawsze chcę się rozpływać, nieważne, ile razy będę musiała szukać jej na nowo (myślę, że miłość jest tego warta), to zawsze byłam też zdania, że nie można nienawidzić. Co też nie jest dobre, bo trzeba sobie pozwolić na te złe uczucia. Na gniew, złość. Ważne, żeby potem tego ze sobą nie nieść. Tutaj dobrze pasuje to zdanie, że ja się łatwo i szybko zapalam. Dlatego mogę też grać wszystko. Ale potem łatwo się gaszę. Moja mama zawsze mi mówiła, że nie warto nosić w sobie pretensji i żalów, a tym bardziej żywić się nimi, bo to wyniszcza tylko twoje neurony. Staram się to wprowadzić w życie i iść po słonecznej stronie ulicy.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere