• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Dariusz Roman

    Z wykształcenia fotograf, choć przez ostatnie 20 lat swoją wielką pasję dzielił z projektowaniem graficznym i tworzeniem multimediów. Dzisiaj poświęca się bezgranicznie fotografii, szukając miejsc i ludzi, o których warto opowiedzieć innym. Wykładowca technik postprodukcyjnych i zarządzania kolorem. Twórca dużego portalu poświęconego fotografii. Dzisiaj fotografuje dla National Geographic i Getty Images.


    200 kilogramów w stringach

    2014-07-21
    Co pięknego lub interesującego może być w tym, że dwóch potężnych mężczyzn w stringach z wydatnym biustem i śmiesznym uczesaniem przepycha się w piaskownicy? Coś, co dla Europejczyka wydaje się mało sensowną zabawą przerośniętych dzieci dla kultury wschodu jest świętem, którego nie da się porównać z czymkolwiek innym.

    Początek walk sumo japońskie legendy datują na wczesne lata VIII w p.n.e. Czczono wówczas w ten sposób bóstwa zapewniając sobie tym samym obfitość zbiorów i wieczne szczęście. Charakter walk zmienił się od tamtych czasów. Kiedyś były nierzadko pojedynkami na śmierć i życie. Z biegiem lat przekształciły się w igrzyska mające co prawda zapewnić rozrywkę gawiedzi, ale zachowując głównych bohaterów przy życiu.

    _DSC9244

    Trudno jest nie zauważyć hali Bodymaker Colosseum w Osace, w której odbywają się największe zawody sumo w Japonii. Otoczona z każdej strony różnokolorowymi proporcami znacznie odróżnia się od tradycyjnych szaro-betonowych brył japońskich domów znajdujących się w sąsiedztwie. Grand Sumo Tournament odwiedza w ciągu kilku miesięcy sześć japońskich miast. Zawody trwają przez dwa tygodnie, a każdy z turniejów zapewnia komplet publiczności od rana do wieczora. Na próżno szukać na biletach informacji o początku i końcu walk. Najwierniejsi kibice, których wcale nie brakuje, przychodzą tuż po godzinie ósmej rano. Pozostali wypełniają halę wraz z pojawianiem się na ringu coraz to cięższych i bardziej utytułowanych zapaśników.

    _DSC9244

    Pod halę zawodów sumo nie podjeżdżają żadne limuzyny. Wojowników, bo tak ich się tutaj też nazywa, widać za to już w metrze, kiedy to w tradycyjnych sandałach i specyficznym ubiorze wychodzą z wagoników komunikacji miejskiej i żwawym krokiem udają się na zawody. Gracja z jaką przemierzają ulicę, lekkość z jaką niosą swój wielki ciężar – to wszystko robi naprawdę duże wrażenie. Wprawienie w ruch bryły ważącej tyle kilogramów i poruszanie jej z taką szybkością było dla mnie do tej pory niewyobrażalne.

    Nikt nie zabrania tutaj dostępu do zawodników, którzy wypełniają czas oczekiwania na walkę rozmowami z kibicami. Nie ma bramek, zasieków czy ochroniarzy. Nie dziwi nikogo również, że panie w podeszłym wieku ściskają się z bardzo młodymi mężczyznami i nie chodzi tu bynajmniej o różnicę wieku, a raczej o kwestie ewentualnych kontuzji po spotkaniu z ważącym ponad 150 kilogramów bohaterem japońskiej ulicy. Na szczęście potrafią być delikatni. Uśmiechnięci przekraczają bramy hali niosąc często w dłoniach prezenty otrzymane właśnie od fanów. Widać, że każda ze stron czerpie radość ze spotkania, a to co dzieje się przed walkami jest równie ważne jak wyniki samego turnieju.

    Rozpoczynają się zawody. Pierwsze dwie godziny walk są całkowicie dla mnie niezrozumiałe. Na środku hali, na ringu usypanym z gliny i piasku, zamiast ogromnych zapaśników pojawiają się znacznie mniejsi mężczyźni. Z upływem czasu napięcie rośnie, hala wypełnia się ludźmi, a ja powoli poznaję i układam sobie w głowie zasady, o których do dnia zawodów nie miałem bladego pojęcia. Wydaje się, że czym niższa ranga zawodników, tym rytuał podnoszenia nóg, tupania, klaskania i rzucania czymś białym jest dłuższy. Kiedy na dohyō wchodzą coraz to więksi mężczyźni jest mniej tupania, a do walki dochodzi szybciej. Waga rośnie i rośnie też wrzask dobywający się z ust zarówno młodych jak i starszych kibiców zasiadających tuż obok mnie. Jest coraz głośniej. Emocje sięgają zenitu. Takiego dopingu dla swoich bohaterów nie widziałem nigdzie i nigdy.

    Choć sama walka toczy się na ogół kilkanaście sekund, rytuał, jaki odbywa się przed każdą z nich, może trwać wiele minut. Aby oczyścić arenę, każdy zawodnik wchodzący na ring posypuje ją solą, a potem w charakterystyczny sposób przenosi ciężar ciała z lewej nogi na prawą. Dla laika wygląda to komicznie, ale to ważny moment – w ten sposób przepędzane są złe moce. Nogi – to początek. Do nóg za moment dochodzą ręce, które wędrują z góry na dół i w odwrotnym kierunku, aby na końcu spaść z hukiem na podłoże pociągając za sobą całego zapaśnika.

    Kiedy już zawodnik jest gotowy wykonuje chirochozu, kucając i oczekując na znak sędziego. Miałem wrażenie, że sędzia robi swoje, a główni bohaterowie swoje, przy czym jedna strona nie zwraca uwagi na drugą. Sypanie solą, kucanie i wstawanie może być powtarzane jeśli wszyscy uczestnicy walki nie są dostatecznie do niej gotowi. Po kilku godzinach obserwacji zorientowałem się, że aby uchwycić moment kiedy walka się rozpocznie nie należy patrzeć na sędziego czy na zawodników. Należy przyglądać się człowiekowi ze szczotką porządkującemu co jakiś czas ring, pod którym według tradycji składa się podobno ofiary ze zwierząt. Zaprzestanie procedury sprzątania ringu, na którym skupieni zawodnicy ustawiali się do walki, było dla mnie znakiem aby unieść aparat. Nie chciałbym być ignorantem, ale dziwnym sportem jest taki, w którym człowiek ze szczotką decyduje o rozpoczęciu walki. Jeszcze dziwniejszym był fakt, że po jednym dniu kibicowania na turnieju sumo stałem się prawdziwym fanem tej dyscypliny. Do dnia walk porównywałem ten sport do wrestlingu z udawanymi upadkami i markowanymi uderzeniami. Nic bardziej mylnego. Na ringu widać krople krwi, na twarzach zawodników zadrapania i siniaki. Widok blisko 200-kilogramowych kolosów masujących sobie plecy po fantastycznej zapaśniczej walce uświadomił mi, jak niewiele pozostało dyscyplin tak zakorzenionych w tradycji. Widowisko, jakie tworzą japońscy gladiatorzy, warto zobaczyć. Warto też spędzić tu kilka godzin, poznać zasady i zobaczyć jak wielkim szacunkiem Japończyków cieszą się wojownicy sumo. Choć dzisiaj najlepsi zawodnicy wcale nie są Japończykami, a pochodzą z Mongoli, tutaj bez względu na ich pochodzenie cieszą się ogromnym poważaniem ulicy.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere