• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Jakub Milszewski

    Redaktor naczelny. Pisze głównie o muzyce i turystyce, o tym pierwszym również na blogu 140db.pl. Kiedyś zostanie gwiazdą rocka, ale póki co śpiewa w chórze. Poza tym fan komiksów i kolekcjoner płyt. Z wykształcenia kulturoznawca, ale niech to zostanie między nami.


    Magdalena Tul: Bez telewizyjnej maski

    2017-11-12
    Jeśli myślisz, że nigdy nie słyszałeś i nie widziałeś śpiewającej Magdaleny Tul, to tak ci się jedynie wydaje. Tak naprawdę zna ją cała Polska, bo każdy widział ją chociaż raz na ekranie telewizora, ale niekoniecznie zdaje sobie z tego sprawę. Teraz wokalistka zamierza to zmienić.

    Zacznijmy od telewizji. Przewinęłaś się przez wiele programów: swoją przystań masz w „Jaka to melodia?”, trzy razy startowałaś do Eurowizji i raz udało ci się dostać do koncertu finałowego w Düsseldorfie, byłaś w „Voice of Poland”. Cały czas próbujesz, ale nigdy nie udało ci się dojść do samego końca. Upatrujesz w telewizji miejsca dla siebie?

    Do Warszawy z Trójmiasta wyjechałam już ze swoimi piosenkami. Dokładnie wiedziałam, po co tam jadę. Kiedy jednak zderzyłam się z tym biznesem po raz pierwszy, okazało się, że to nie jest takie kolorowe i trzeba szukać różnych rozwiązań. Moim pierwszym rozwiązaniem były teatry. Znajomi aktorzy szepnęli mi, że dobrym miejscem na start jest Studio Buffo – zatrudniają tam nie amatorów, ale też jeszcze nie profesjonalistów. Po serii castingów udało mi się tam dostać. Nabrałam doświadczenia, poznałam ludzi i zobaczyłam, jak to działa. Pamiętam, że kiedy na korytarzu mijały mnie bardziej doświadczone koleżanki, opowiadając sobie nawzajem, że mają dzisiaj „dżoba”, zastanawiałam się, jak tego „dżoba” sobie złapać, obserwowałam wszystko z boku i powoli zaczęłam wchodzić w te tryby. Telewizja wzięła się właśnie z teatru, bo któregoś dnia na musical „Metro” przyszedł Robert Janowski i stamtąd mnie wyciągnął. Najpierw zadzwonił do mnie do Gdańska i zaprosił na casting do musicalu „Notre Dame de Paris”. Spotkaliśmy się w studio, nagraliśmy jakieś demówki. To było studio Winicjusza Chrósta, dla mnie ważne, bo potem wróciłam do niego nagrywać pierwszą płytę. Dla młodej dziewczyny to było kultowe miejsce – te wszystkie złote płyty na ścianach robiły wrażenie. Z tego musicalu jednak nic nie wyszło. Następną wiadomością od Roberta była informacja o castingu do „Jaka to melodia?”. Na początku potraktowałam to jako żart. Program znali wszyscy, sama zasiadałam czasem przed telewizorem kiedy wracałam ze szkoły i nie było co robić. Zawsze jednak niestety kojarzył mi się z kiczem. Ale pozwoliłam sobie przespać się z tą propozycją i pomyślałam „dobra, pojadę”. Kiedy pojawiłam się na castingu i zobaczyłam same znane, drugoplanowe twarze, na przykład chórzystów bardzo znanych wokalistek, choćby od Maryli Rodowicz, to pomyślałam, że to chyba coś fajnego, skoro wszyscy chcą tu śpiewać. Casting przeszłam i tak zaczęła się moja przygoda z telewizją. Byłam przekonana, że potrwa to rok, góra dwa.

    tul_4

    A to był 2003 rok.

    „Melodia” jest w tej chwili rzeczywiście moją przystanią. Po kilkunastu latach muszę powiedzieć, że z jednej strony była zbawieniem, z drugiej – trochę ciąży. Wydaje się taką strefą komfortu. Czuję, że powinnam ją opuścić. 

    Nie przeszkadza ci to, że jesteś kojarzona tylko z programem? Kiedy wpisałem „Magdalena Tul” w Google, to po twoich fanpejdżach i linkach do YouTube wyskakują jakieś niusy z portali plotkarskich, w których pojawiasz się jako wokalistka z „Jaka to melodia?”.

    Wszystkie media w nagłówku wolą tytuł „Jaka to melodia?” wymienić, bo trzeba mnie jakoś umiejscowić. Kilka razy byłam nawet u Marka Sierockiego w „Teleexpressie” i zawsze przedstawiał mnie jako dziewczynę z „Jaka to melodia?”. Mówiłam: „Może skończmy już z tym, przyszłam tutaj z płytą”. „Nie, nie, musisz być z czymś kojarzona”.

    tul_3

    A co z tą strefą komfortu? Nie jest trochę tak, że artyści muszą podejmować ryzyko i taka wygoda stałej pracy i regularnego czasem wręcz przeszkadza im w byciu twórczym? Masz dwie płyty na koncie. Pierwsza z 2007, druga z 2014. 7 lat przerwy to sporo. Brak w tym ciągłości.

    Patrząc z perspektywy osób mnie obserwujących – być może. Z mojej perspektywy jednak cały czas się coś dzieje i ciągle walczę. Jest wiele powodów, dla których te płyty dzieli tyle lat. Niektóre z nich są poważne, inne prozaiczne. Pojawiły się dzieci – śmieję się, że co płyta to ciąża. Pierwsza płyta zbiegła się z narodzinami pierwszego syna, więc oderwało mnie to od muzyki, musiałam skupić się na innych sprawach. Drugą płytę chciałam zacząć od razu przy okazji Eurowizji, ale nie znalazłam odpowiedniej osoby do współpracy. Ktoś obiecał, że to zrobi, ale nie dotrzymał obietnicy, telefony dzwoniły, ale nic się nie działo. Wszystko rozbiło się zatem o kwestie budżetowe. Potem, kiedy już faktycznie zaczęłam ją nagrywać, okazało się, że znów będę mamą. Mogłabym nagrywać w kółko, gdybym miała możliwości finansowe. Program „Jaka to melodia?” jest w dużej mierze sponsorem moich płyt, więc to doceniam. W płytach udało mi się zawrzeć taki etap mojego życia, który wydawał mi się ważny. Może na niektóre rzeczy nie byłam gotowa, dlatego zajmowało mi to tyle czasu? Jest w tym dużo wątków. Prawdę mówiąc, to czasami nagrywałam też po coś, a nie dla siebie. Liczyłam na festiwale, na Eurowizje, Opola – a to chyba gubi artystów.

    Jak się czułaś, kiedy wyszłaś do „Voice of Poland” podczas „przesłuchania w ciemno” z piosenką Beyonce, jurorzy zaczęli się odwracać, a Patrycja Markowska powiedziała, że to przecież ty, dziewczyna z „Jaka to melodia?”?

    Paskudnie, trochę jak w filmie. Nieraz to widziałeś na ekranie – ktoś stoi na scenie, nic nie widzi, jest sam ze swoimi myślami, a czyjeś głosy słyszy tylko z odbicia. Tak się czułam. W głowie miałam tylko myśl: „Co wy wiecie? Mówicie tak, bo wam kazali?”. Wiem, że nie poszło mi dobrze, ale ktoś chciał, żeby publiczność dowiedziała się, że jestem tym, kim jestem. To było clou tego przedstawienia – wskazać palcem i powiedzieć, skąd jestem. Dla mnie to był pierwszy gwóźdź do trumny tego programu.

    tul

    Byłaś mocno zdeterminowana, żeby pojechać na Eurowizję. W Polsce startowałaś kilka razy i raz udało ci się na festiwal pojechać, ale potem też startowałaś w Szwajcarii. Dlaczego aż tak ci na tym zależało?

    Od dziecka widziałam siebie również poza Polską. Chciałabym, żeby moja muzyka była wszędzie – nie mówię tego dlatego, że mam zbyt wysokie mniemanie o sobie, po prostu takie mam marzenia. Dlatego też zawsze starałam się myśleć również o innych krajach. Gdyby tak nie było, to pewnie skupiłabym się bardziej na rynku lokalnym, miałabym inny repertuar, inne teksty, a śpiewam głównie po angielsku, choć paradoksalnie na Eurowizję pojechałam z tekstem po polsku. Eurowizja w mojej głowie pojawiła się jeszcze, kiedy byłam dzieckiem. Chciałam tam pojechać, ale nie wiedziałam jak to zrobić. Na początku było to zupełnie niedostępne, gdyby nie zmienił się regulamin to do dziś nie miałabym możliwości tam pojechać. Ale pojawiła się szansa i ją wykorzystałam. Pierwszy utwór, który nagrałam na pierwszą płytę, został zgłoszony przeze mnie do Opola i dostałam się do koncertu premier. To dało kopa, ale poza tym nic więcej – byłam tak zahukanym młodym człowiekiem, że nie wiedziałam, jak to wykorzystać. Najważniejsze nie jest to, żeby być na festiwalu, tylko to, co z tym zrobić później. Tak czy inaczej, zawsze zgłaszałam piosenki do konkursów, bo wydawało mi się, że to najszybsza droga dla niezależnego artysty. Może nie najlepsza, ale najszybsza. W pierwszych eliminacjach do Eurowizji też dostałam się do dziesiątki i uważam, że gdyby już wtedy było tak, że piosenkę wybierają widzowie, to miałabym duże szanse. Ale rezultat wtedy był ustalany przez wewnętrzną komisję, więc do Pragi nie pojechałam. Potem przez lata startowałam w wewnętrznych eliminacjach, ale nigdy mi się nie udało. Rok 2011 był więc dla mnie dużym zaskoczeniem. Znów dostałam się do dziesiątki, czego się nie spodziewałam, bo piosenka „Jestem” w ogóle nie była pisana pod festiwale. To był pierwszy numer, który postanowiłam zrobić produkcyjnie do radia – wzięłam producenta, który to ładnie wycackał, zrobił na wysokim poziomie, numer miał być chwytliwy, po polsku. Długo szukałam producenta, znalazłam go dopiero na jesieni. Tymczasem lato minęło. Przyszła jednak Eurowizja, więc pomyślałam: „Dobra, co mi tam”. Ku mojemu zaskoczeniu, utwór się spodobał, ale ja kompletnie nie byłam przygotowana na Eurowizję. Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej, bo ta piosenka nie pokazywała moich możliwości, ale była chwytliwa, więc spodobała się słuchaczom z zagranicy nawet po polsku. Te moje zgłoszenia do Eurowizji chyba miały na celu złapać tę pomocną dłoń, bo miałam świadomość, że jestem artystą, który idzie sam. I jest trudno. Nijak się to jednak ma do mojej drogi.

    tul_2

    Twoja pierwsza płyta, „Victory of Heart”, ukazała się 10 lat temu. Twoja trzecia płyta ukaże się w tym lub przyszłym roku. Będzie je dzieliła dekada. Jak w tym czasie zmieniłaś się jako wokalistka? Jakie różnice usłyszelibyśmy, gdybyśmy te płyty puścili jedna po drugiej?

    Myślę, że trochę zatoczyłam krąg, choć to się jeszcze okaże. Producentem pierwszej płyty był Piotr Olszewski. Tworzyliśmy ją razem, wtedy jeszcze jako para. Razem przyjechaliśmy z Gdańska z zamiarem zbawienia świata naszą muzyką. W Warszawie dobraliśmy fajnych ludzi. Spędzaliśmy razem na sali prób wiele, wiele godzin, głównie w trio – wokal, perkusja i bas. Reszta się zmieniała. Jechaliśmy na takiej młodzieńczej energii. Wszystko nagraliśmy na setkę w studiu Radia Gdańsk. Tak powstała płyta, która na dobrą sprawę nigdy nie została wydana. Wytłoczyłam sobie 500 egzemplarzy, kilka sprzedałam przez internet, ale trochę mnie to znużyło, poddałam się, bo nie jestem listonoszem. Ale te dziesięć lat jest symboliczne, bo album właśnie ukazał się w sprzedaży cyfrowej. Być może nawet uda się zorganizować koncert z okazji tego jubileuszu. Przy nagrywaniu „Victory of Heart” byłam zakochana w muzyce jazzowej i funkowej. Potem pojawiła się jeszcze elektronika. Ta inspiracja elektronicznymi klimatami odzwierciedlała się na płycie „Brave”. Nowy materiał to zbiór tych doświadczeń. W 2015 roku powstał utwór „Closer” i inne kawałki, które – mam nadzieję – jesienią znajdą się na pierwszej części większego materiału. To będzie prawdopodobnie 6-7 utworów, które powstały we współpracy z Kamilem Karolakiem i są przesycone elektroniką. Szykuję również drugą część tego projektu, bardziej bardziej osobistą, napisaną i zaaranżowaną głównie przeze mnie, która będzie w pewnym sensie powrotem do korzeni. Muzyka elektroniczna przestała mi wystarczać, dlatego ta druga połowa będzie po części materiałem akustycznym – będą żywe instrumenty i żywi ludzie. Najważniejsze dla mnie jest to, że to będzie materiał rozbudowany i aranżacyjnie oraz produkcyjnie skoncentrowany na mnie. Tego mi brakowało. Mam wrażenie, że często przyklejałam się do różnych produkcji i mój wokal był dopasowywany do tego, co zostało wyprodukowane. Tym razem chciałabym pokazać duszę i to obudować piękną aranżacją i produkcją, pokazać moje piosenki, czyli odwrócić do góry nogami to, jak się często w dzisiejszych czasach tworzy. Produkcyjnie wspiera mnie w tej części Arek Nawrocki, który jest jednocześnie kierownikiem muzycznym mojego zespołu. Myślę, że te obie części będą fajnym połączeniem dwóch światów i odzwierciedleniem tego, co mi w duszy gra. Dlatego chciałabym bardziej nazywać to jednym projektem, a nie dwiema odrębnymi płytami. Niech to będzie jak w przypadku winyli – strona A i strona B. To będzie dobra okazja aby pokazać, kim naprawdę jestem. Przez te wszystkie lata byłam sobą, ale troszkę w telewizyjnej masce.

    Dlaczego ten starszy materiał pojawi się dopiero teraz, a nie dwa lata temu?

    Mam szczególną przypadłość do spotykania dziwnych ludzi, często oszustów. Może jestem naiwna? Jakiś czas temu podpisałam kontrakt z menedżerem i producentem - tak o sobie mówił. Sprawa jest obecnie rozpatrywana przez prawników. Obiecywał mi wielką karierę międzynarodową. Nie dałabym się na to nabrać, gdyby nie to, że akurat byłam w takim momencie życia, że bardzo mocno dopuszczałam opcję wyjazdu. Wyrobiłam sobie wizę, zaczęłam współpracować z producentami ze Stanów... Mając 37 lat i będąc matką dwójki dzieci zdałam sobie sprawę, że podświadomie porzuciłam swoje marzenia. Siedząc w domu wydaje ci się, że zaraz ktoś zapuka do drzwi i to wszystko się wydarzy, ale im jesteś starszy, im większą masz rodzinę, tym bardziej zdajesz sobie sprawę, że to mrzonki. Czas nie jest z gumy, jeśli sam tego nie sprowokujesz, to się nie stanie. Zresztą zaczęłam sobie myśleć – 37 lat, dzieci i kariera za granicą? No przecież gdzie, jak, nie da się. Aż w końcu zrozumiałam, że to strach. Ludzie są na wyciągnięcie ręki, samoloty latają – dlaczego nie spróbować? To tylko kwestia podjęcia decyzji. Zaczęłam szukać, rozsyłać, pytać znajomych. Przy miksie jednego z utworów współpracowałam z Dave’em Pensado – teraz jesteśmy na stopie koleżeńskiej i bardzo mi kibicuje. Poznałam go przez ludzi z Wielkiej Brytanii, którzy chcieli produkować ze mną piosenki. Byłam myślami daleko poza Polską, więc byłam łatwym kąskiem. Tak dałam się złapać na wędkę. To ciekawe również od strony psychologicznej – zawsze o wszystko walczyłam sama, ludzie uważają mnie za uparciucha, więc wtedy stwierdziłam, że skoro tak, to może nadszedł czas, żeby odpuścić i komuś zaufać. To zaufanie przyszło mi bardzo trudno, spędziłam pół roku na szperaniu w internecie i weryfikowaniu rzeczy, które do mnie mówił. Po tym czasie uznałam, że bardzo mnie to męczy, więc zaufałam. Byliśmy na stopie koleżeńskiej, znałam jego rodzinę, myślałam, że jest bezpiecznie. No i utknęłam na półtora roku, nie robiłam muzycznie nic. Czułam się jak mała dziewczynka, którą ktoś prowadzi za rękę. Potraciłam przez to trochę kontaktów. Do tego doszedł wątek religijny, nie wiem nawet, czy nie sekciarski. Krótko mówiąc – to była półtoraroczna jazda bez trzymanki. Mam jednak wbudowany jakiś zawór bezpieczeństwa, dzięki któremu się obudziłam. Wystarczył jeden telefon do prawnika i więcej się nie zobaczyliśmy. Straciłam dwa lata na tę znajomość. Dlatego też singiel „Closer” był takim prezentem dla słuchaczy, którzy czekali na coś, co było im obiecywane. Teraz pomyślałam, że warto słuchać siebie i że nikt nie jest w stanie załatwić moich interesów tak, jak ja. Mimo tego, że jest menadżer jeden, drugi, trzeci, to ja jestem centrum dowodzenia, muszę pilnować terminów i tego, żeby to się działo.

    tul_5

    Ten nowy podwójny materiał też będziesz sama prezentowała światu?

    Tak, w tej chwili jestem nastawiona na to, że będę go wydawała sama. Oczywiście dopuszczam możliwość, że może się ktoś pojawić, nawet w pewnym sensie o to zabiegam. Wiem jednak, że nigdy nie dopuszczę do sytuacji, w której ktoś mi coś obieca i powie, że za pół roku, że poczekajmy. Nic z tego. Pociąg już jedzie – albo wsiadasz, albo nie.

     

    fot.: Justyna Chrzanowska

     

    Reklama
    reklama Anywhere