• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Aleksandra Budka

    Wymarzyła sobie, że zawodowo będzie słuchać muzyki. Dziś nie tylko muzyki słucha, ale też o niej opowiada i pisze. Pasjonatka radia i klimatu retro, kolekcjonerka płyt, okularów i torebek. Od wielu lat związana z radiową Trójką. Fanka Grzegorza Ciechowskiego, przez co jej serce jest z pewnością biało-czarne. Kawę zaś pije zawsze białą.


    Kinga Głyk: Cisza także jest potrzebna

    2017-11-10
    Na spotkanie przyszła ze swoim tatą, Ireneuszem Głykiem. Znanym muzykiem, ale – jak się dowiedziałam – przede wszystkim jej najlepszym przyjacielem. Kinga Głyk koncertuje na całym świecie, wydaje właśnie trzecią płytę i ciągle szlifuje swój talent. I udowadnia, że w muzyce nie ma ograniczeń, bo dziewczyna też może grać na basie.

    Sesja zdjęciowa promująca twój najnowszy album „Dream” przypomniała mi trochę klimat płyty „Paradise Valley” Johna Mayera. Wyglądasz jak jego kobieca wersja, tyle że z gitarą basową.

    Padł nawet pomysł, żeby na kapeluszu umieścić jeszcze kwiatki! Ta sesja była niesamowitym przeżyciem, pierwszy raz brałam udział w takim profesjonalnym wydarzeniu, gdzie jest nie tylko fotograf, ale i kilkoro ludzi zajmujących się mną i dbających o ostateczny efekt. Pracowaliśmy 12 godzin nad tym, aby najpierw zrobić, a potem wybrać zdjęcia. Pomysł na okładkę był od początku taki, jaki widzisz finalnie. Zrobiliśmy 500 zdjęć różniących się małymi szczegółami, na przykład moim spojrzeniem. To pokazało, że zdjęcie może mieć duszę.

    Czy ten wizerunek to twój pomysł?

    To pomysł fotografa. Powiedział, że tak to widzi i widział to dobrze. (śmiech) Na początku myślałam o tym, żeby na okładce płyty „Dream” być bardzo zamyślona albo bardzo szczęśliwa. Autor zdjęć wytłumaczył mi jednak, że uśmiech na zawołanie nigdy nie będzie prawdziwy. Tak więc nie będzie to szczere. Peter Hönnemann to znany niemiecki fotograf, głębia tego, co robi, jest niesamowita. Ja pocę się czasem na scenie z wysiłku i skupienia, z niego też lało się podczas sesji zdjęciowej.

    Kinga-Glyk--2

    Czy Polska stoi młodymi jazzmanami?

    Mam nadzieję! Liczę, że coraz więcej młodych jazzowych muzyków będzie potrafiło zarazić tą muzyką nową generację słuchaczy. Gdy chodziłam do liceum, niewiele osób wokół mnie słuchało jazzu. Dobrze, że są młodzi artyści, którzy pokazują, że warto posłuchać tej muzyki i się w nią zagłębić. Aczkolwiek myślę, że ludzie są leniwi i nie bardzo chce im się zastanowić, o co chodzi w tej muzyce. Mogą się jej bać. Ale chyba warto spróbować, prawda?

    To o co chodzi w tym „trudnym” jazzie?

    Nie wiem, czy chciałabym swoją muzykę nazywać jazzem i zamknąć ją w tej szufladzie z etykietą jazz, funk albo blues. Dla mnie muzyka jest muzyką – po prostu. I jest na pewno czymś więcej niż tylko odgrywaniem gam i pasaży. Gdy słucha się różnych nagrań, słychać różnicę pomiędzy tym, że ktoś szybko zagrał albo cały band gra bardzo równo, a tym, kiedy ktoś zagrał nawet nierówno, ale ma przekaz w tym, co gra lub śpiewa, a to cię dotyka i wywołuje dreszcze. Chciałabym właśnie przekazać coś więcej niż tylko to, że gram. Nie śpiewam, ale treść mogę także przekazać za pomocą tytułów utworów. Na tej płycie są one bardzo wymowne – marzenie, wolność, cisza… Te słowa zawierają historię. Utwór „Difficult Choices” jest o trudnych wyborach, wszyscy je mamy. Grając muzykę, staram się namalować obraz ciężkich wyborów. Instrument daje mi możliwość przekazania tej historii ludziom.

    To domena młodych - każdy szuka swojego środka wyrazu, czy to instrument, czy pióro – pragniemy się wyrażać. Ale jakie trudne wybory ma dwudziestolatka?

    Myślę o głębszych problemach. Zastanawiam się nad tym, dokąd zmierzamy. Życie to przejściowy moment, a z trudnymi wyborami borykamy się każdego dnia. To, jak traktuję rodziców, jak zachowuję się, gdy ogarnia mnie złość. Trudnym wyborem jest ten pomiędzy wyjściem ze znajomymi do kina a ćwiczeniem. To trudny wybór, ale warty poświęcenia.

    Nie uwierzę, że nie przechodziłaś okresu buntu.

    Miewam takie momenty. Ale cieszę się, że mam przy sobie tatę, mieszkamy nadal razem. Zachęcił mnie do pracy, mam problem z systematycznością, więc potrzebuję kogoś nad sobą. Tata zawsze troszczył się o mnie. Pierwszy raz zetknęłam się ze sceną, gdy miałam 12 lat, graliśmy w rodzinnym GŁYK P.I.K. TRIO. Tata na wibrafonie, mój brat na perkusji i ja na gitarze basowej. Wtedy niewiele rozumiałam z tego, co gram, grałam po prostu to, co czułam. To był świetny start. Ćwiczyłam w domu, ale na scenie działa to przecież zupełnie inaczej, wyniosłam z tego świetną lekcję. Tata nigdy nie zmuszał mnie do grania, choć przecież jest muzykiem i mógł mi to sugerować. Z bratem byliśmy wolni w swoich wyborach.

    Kinga-Glyk--3

    Rodzice-muzycy dzielą się po połowie na tych, którzy pragną takiej samej kariery dla swoich dzieci i tych, którzy kategorycznie odradzają muzycznej ścieżki.

    Gdyby nie tato, jego wsparcie i czasem delikatne popchnięcie, którego potrzebowałam, nie byłabym w miejscu, w którym dziś jestem. Były potrzebne i ciężkie momenty, które docenia się po czasie. Tato jest moim menedżerem, perkusistą w moim zespole i przyjacielem, z którym spędzam 24 godziny na dobę.

    W środowisku okołojazzowym nie obowiązują parytety. To scena opanowana przez mężczyzn. Jak czujesz się w tym męskim świecie?

    Zawsze lubiłam przebywać z chłopakami, grałam świetnie w piłkę nożną i ogrywałam kumpli! Mężczyźni na scenie wspierają mnie, są przecież silniejsi. W ogóle uważam, że mężczyźni są nam, kobietom, potrzebni. Inaczej widzą pewne rzeczy, inaczej reagują, nie panikują. Jest wielka różnica między płciami, ale to jest fajne! Prowadząc swój zespół, ciężko jest mi czasem zdominować kolegów. Jednak myślę, że szanują mnie i moje zdanie jest ostateczne jako szefowej w zespole. (śmiech)

    Spotkałaś się z dyskryminacją? Przecież nawet twój tata przed laty powiedział, że bas to instrument dla chłopców.

    Powiedział to w dobrej wierze! (śmiech) Bas jest ciężki, a struny są grube. Kobiety nie zwykły grać na tym instrumencie, choć dziś jest to bardzo popularne! Mnóstwo dziewczyn na całym świecie sięga po bas. Gdy zaczynałam, nie było ich wiele, więc uwaga o tym, że bas nie jest kobiecym instrumentem, była całkiem słuszna. Ja zawsze wiedziałam, że chcę grać na basie, nie miałam co do tego wątpliwości. A komentarze? Były raczej pozytywne. Chłopaki mi zazdrościli.

    Wydałaś właśnie trzeci autorski album i to wszystko bez wsparcia talent show.

    Miałam takie propozycje. Oglądałam ostatnio „The Voice Of Poland” i stwierdziłam, że to nie dla mnie. Nie chciałabym nigdy udowadniać, że coś potrafię. Nie odnalazłabym się pod presją ocen. Szansą na to, żeby poznał mnie świat, było zamieszczenie filmu w Internecie. Moje wideo zostało udostępnione na portalu basowym Bass Players United, gdzie w 5 dni osiągnęło 22 miliony wyświetleń. To był przełomowy moment. Ale przecież tak nie musiało być. Internet jest wielką potęgą – zamieszczam coś w Polsce, a za chwilę może to obejrzeć ktoś w Brazylii czy Stanach. Napisało do mnie bardzo wiele osób z prośbami o płyty.

    Ile w tym wideo i w popularności za granicą talentu, a ile szczęścia?

    Fifty-fifty. Żyję tym, co robię, 24 godziny na dobę. Czasami do późna w nocy odpisuję na maile albo planuję nagrania czy posty. Dużo pracuję, a to, co robię, robię w stu procentach. Nie olewam. Tak było od samego początku. Radzę się ludzi wokół, podpytuję, konsultuję. Walczę. Praca i zaangażowanie to podstawa.

    Kinga-Glyk-4

    Nie jesteś już debiutantką, choć twój wiek wskazuje na to, że mogłabyś nią być. To już jest poważna sprawa i ogromna odpowiedzialność.

    Obracam się w gatunku, w którym trzeba mieć świadomość tego, co i gdzie się gra, i co mówi. To nie jest granie czterech dźwięków, choć to też trzeba umieć. W trio jestem frontmanką – i to też jest odpowiedzialność. Trzeba poprowadzić zespół, a bas ma tylko cztery struny! To nie takie hop-siup. (śmiech) Wyzwanie wielkie, ale póki co cieszę się z tego. Chcę się rozwijać, nie zatrzymywać, nie mówić – wyszła płyta, więc mogę iść teraz do kina. Teraz tym bardziej trzeba się dokształcać. Nigdy nie chodziłam do szkoły muzycznej, uczyłam się prywatnie.

    Boli cię to, że nie chodzisz do kina? (śmiech)

    No dobrze, chodzę, ostatnio byłam na „Blade Runner 2049”. (śmiech)

    Jak czujesz się jako frontmanka?

    Zaletą jest to, że dużo rzeczy zależy ode mnie, to ja mogę zdecydować, w którą stronę idziemy. Ale z kolei jeśli wydarzy się coś nie tak, ja za to odpowiadam. Wychodzę na scenę, ale ludzie nie wiedzą, czy mam humor dobry, czy zły. A w każdym przypadku trzeba dać z siebie wszystko.

    Grono muzyków tworzących twój album jest międzynarodowe. Dlaczego wybrałaś właśnie ich?

    Na perkusji zagrał Gregory Hutchinson, na instrumentach klawiszowych Nitai Hershkovits, na saksofonach Tim Gerland – wszyscy są sporo starsi ode mnie, każdy jest z innego kontynentu. Wiele nauczyłam się w studiu, to przeżycie zagrać z muzykami światowej klasy. Wyzwaniem był język angielski, trzeba szybko się komunikować. Dali mi do zrozumienia, że zrobią wszystko, aby było tak, jak ja to sobie wymyśliłam, podążali za moimi pomysłami. Mają w sobie coś takiego, że chciałam z nimi pracować.

    Rozkład koncertowy na najbliższe miesiące to głównie koncerty zagraniczne. Jakie są różnice w odbiorze muzyki w różnych krajach?

    Do Włoch jechałam z nastawieniem na bardzo ekstrawertyczną publiczność, a okazało się, że ludzie byli bardzo wsłuchani w muzykę i nie reagowali tak entuzjastycznie na wszystko, jak słuchacze niemieccy. Zachowanie podczas koncertów jest więc całkiem inne, niż bym się tego spodziewała. Złamały się więc pewne stereotypy. Świetnie grało mi się na Ukrainie - ludzie byli bardzo wdzięczni za to, że mogli przyjść na koncert. W Indonezji grałam podczas ogromnego festiwalu Java Jazz, świetnie przygotowanej imprezie skupiającej bardzo wielu artystów z całego świata. To niesamowity kraj. Ale każda publiczność ma w sobie coś innego i każdy wyjazd czegoś mnie uczy. Mam w głowie obrazy z podróży, pamiętam atmosferę wielu koncertów. Koncertuję dużo w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Współpracuję z agencjami koncertowymi w Niemczech, Stanach, Francji i we Włoszech.

    Czy masz jeszcze jakieś marzenia?

    Zawsze mówię, że marzenia spełniają mi się, zanim zdążę o nich powiedzieć. Mam marzenia! Mniejsze lub większe, na przykład marzenia o kolejnej płycie, o życiu w zgodzie z ludźmi wokół, o pozostaniu sobą. Nie dać się zwieźć, być wdzięcznym za to, co się ma, mieć z tego radość. Nie wiem, co będzie w przyszłości, dlatego cieszę się dniem dzisiejszym.

    Zanim zabrzmi cisza po naszej rozmowie, zapytam o to, jak brzmi.

    Cisza między dźwiękami także jest muzyką. Grając, człowiek boi się momentu ciszy, ale ona jest potrzebna. W rozmowie także. Boimy się spotkania z myślami, z tym, co wewnątrz. Cisza jest czymś pięknym, dlatego utwór „Silence” znalazł się także na płycie. Jest bardzo krótki, nie bez powodu umieszczony został na albumie jako ostatni, bo zostawia właśnie ciszę. Pozostawia z myślą, że cisza w życiu jest potrzebna.

    Kinga Głyk – dwudziestoletnia basistka, córka perkusisty Ireneusza Głyka. W czerwcu 2016 roku jej wideo z nagraniem ballady Erica Claptona „Tears in Heaven” na portalu Bass Player United uzyskał 22 miliony wyświetleń. W październiku 2017 roku ukazała się jej trzecia płyta – „Dream”, stworzona we współpracy z międzynarodowymi muzykami.

     

    Zdjęcia: Peter Hönnemann

    Reklama
    reklama Anywhere