• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere

    Wszystko o muzyce

    2017-11-09
    10 lat temu dwaj przyjaciele z dzieciństwa, Johan Gijsen i Bob van Heur, postanowili stworzyć własny festiwal muzyczny. Zamiast narzekać na holenderską branżę muzyczną, z odwagą spróbowali. Dziś na festiwalu Le Guess Who? w Utrechcie pojawia się publiczność z ponad 50 krajów świata. O tym, jak się robi wydarzenie muzyczne o zasięgu międzynarodowym, i o tym, czym jest muzyka. O nastrojach, ich zmienności i emocjach. O pięknie, które w dźwiękach można znaleźć, rozmawiamy z Johanem Gijsenem.

    Jak to było? Jak dwóch facetów wpadło na pomysł stworzenia własnego festiwalu?

    Dwóch przyjaciół z dzieciństwa. Siedzieliśmy kiedyś w pewnym barze i narzekaliśmy na holenderską branżę muzyczną. W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie „stop!”. Zdecydowaliśmy, że przestajemy narzekać. Zamiast tego zaczynamy z własnym festiwalem, który będzie prezentował odważną, niepopularną muzykę.

    koncert_1

    Co z ideą, która miała przyświecać wydarzeniu? I czy ona zmieniała się i zmienia na przestrzeni lat?

    Nie. Idea po dziś dzień jest ta sama. Na początku, przez kilka lat, skupialiśmy się na muzyce alternatywnej, indie, rocku, muzyce pop. Od 5 lat Le Guess Who? to bardziej festiwal z muzyką bez jakichkolwiek ograniczeń. To pewnego rodzaju platforma, ośrodek skupiający różne rodzaje muzyki. Jest tu sporo jazzu, free jazzu, sporo nowoczesnych kompozytorów. Jest też muzyka klasyczna, i wiele awangardy. Wszystko, co się tutaj dzieje, jest niepopularne. Oscylujemy wokół krańców muzycznego spektrum. Od samego początku z roku na rok program festiwalu jest coraz bardziej zróżnicowany, ale też coraz głębszy. Coraz liczniejsza jest też publiczność. Wreszcie, festiwal staje się coraz bardziej międzynarodowy.

    Mówisz „coraz głębszy”, co znaczy…

    Mam na myśli głębię muzyki. To, żeby była jak najdalej od muzyki popularnej.

    koncert_2

    Co jest ważne przy organizacji takiego festiwalu? Na co zwraca się uwagę?

    Moim zdaniem chodzi przede wszystkim o odważną, ryzykowną muzykę, którą można znaleźć wszędzie podczas Le Guess Who?. Muzykę tę prezentujemy w różnych miejscach. Ważne jest, aby zwracać uwagę nie tylko na to, aby stworzyć najlepszy program jaki moglibyśmy sobie wymarzyć, ale myśleć też, w jaki sposób zdobyć nową widownię. Pomyśl, free jazz gra się dla miłośników free jazzu, muzykę klasyczną dla fanów muzyki klasycznej. Tak to w większości działa na świecie. Mnie chodzi o to, żeby stworzyć nową, większą publiczność dla jazzu, muzyki afrykańskiej, chińskiej. To jest dla mnie, osoby tworzącej festiwal z instrumentalną i ryzykowną muzyką, ważne i to jest moja misja. Dać ludziom możliwość posłuchać muzyki, o której wcześniej nawet nie słyszeli. To prawdopodobnie nie do końca odpowiedź na twoje pytanie, co? (śmiech)

    Nie, ale fajnie powiedziane. Mówiąc o twojej festiwalowej misji, kiedy patrzysz wstecz na te 10 lat, co było najtrudniejsze?

    Chyba te wszystkie rzeczy, które dotyczą samych zespołów, muzyków, artystów występujących na festiwalu. Mowa o kontaktowaniu się, często przez menadżerów, o tych wszystkich dokumentach. Według mnie przez ostatnie 15 lat rynek muzyczny bardzo się zmienił. Dziś jest jednym wielkim cyrkiem, z polityką, ego i pieniędzmi w tle. Jesteśmy pasjonatami muzyki, którym zależy na tym, by budować jak najlepszy festiwal, ale jest w tym aktualnie wiele przemysłu. Jednocześnie jest wielu artystów, którzy są zaangażowani emocjonalnie w nasz festiwal. Rozmawiamy sporo ze sobą, i oni chcą grać. Kiedy mówię „przemysł” mam na myśli fakt, że artyści mają tych swoich menadżerów i agentów. To jest ekstremalnie trudne. Nie tylko dla nas, ale też dla samych artystów.

    Co przeczytałeś najfajniejszego o swoim festiwalu?

    Tak wiele było tych rzeczy…

    Jedna?

    Jest taki bardzo wpływowy magazyn. Nazywa się MOJO Magazine. Napisali w nim kiedyś „Oszołomieni, szczęśliwi, wyjeżdżamy przypominając sobie ponad wszelką wątpliwość, że są muzyczne festiwale, i jest Le Guess Who?”. Można chcieć więcej?

    Przeczytałem też „Le Guess Who? irytuje i inspiruje”, “Le Guess Who? jako uzdrawiające i łączące medium” oraz “Le Guess Who? udowadnia, że muzyka eksperymentalna nie musi być wyniosła i pozbawiona radości”. Nie o media jednak chodzi, tylko o muzyków i publiczność.

    koncert_3

    Skąd się wzięła nazwa festiwalu?

    To długa historia. Zaczęliśmy jako festiwal kładący nacisk na kanadyjską muzykę. W tamtym czasie, czyli 10 lat temu, kanadyjski ruch był bardzo interesujący i śmiały. My szukaliśmy też swojego kontekstu. Był więc kanadyjski zespół, który nazywał się The Guess Who. Oni śpiewają taką znana piosenkę „American woman”. Chcieliśmy, żeby ludzie wiedzieli, że zespół pochodzi z Kanady, a nie z USA ,jak wielu myślało.

    Ale tak w ogóle, czy „Le Guess Who?” cokolwiek znaczy?

    To, co ważne, to znak zapytania. Wszędzie bowiem jest mnóstwo znaków zapytania. Chodziło o to, żeby przyciągnąć nowych ludzi na festiwal i żeby posłuchali oni muzyki, o której wcześniej nie słyszeli. Ten znak zapytania jest symbolem zastanawiania się. Jest niczym myśl „Och, nigdy o tym nie słyszałem. Skąd to pochodzi? Nigdy nie słyszałem takiego free jazzu. Co to takiego?”.

    A miejsca, w których artyści występują? Jest ich dość sporo.

    Jest takie miejsce, które nazywa się Tivoli. Można tu znaleźć 6 pięknych sal. Wykorzystujemy każdą z nich. Pojawiamy się też w starych gotyckich kościołach w Utrechcie. W zeszłym roku stawili się widzowie z ponad 50 krajów i chcieliśmy zachęcić ich do tego, żeby pospacerowali i pojeździli po mieście rowerami. Zwracamy uwagę na kulturalne dziedzictwo i niezwykle inspirującą atmosferę.

    Dlaczego nie Amsterdam, tylko Utrecht? Ty tam mieszkasz, ale to jedyny powód?

    Tak, mieszkam tu, ale tak poza tym Utrecht to idealne miejsce, ponieważ centrum miasta jest niewielkie. Łatwo więc wszędzie dotrzeć. Ponadto wszelkie instytucje kulturalne i teatry są gotowe współpracować. W Amsterdamie jest wiele współzawodnictwa pomiędzy nimi. Kolejny powód to fakt, że każdy ma tutaj poczucie misji. Wszyscy ci ludzie pracują w tym samym celu. Właśnie tak to tworzymy, choć jest ciężko. Pewnie znacznie łatwiej byłoby nam w takich miejscach jak Amsterdam czy Nowy Jork. Ale poza tym uważam, ze Utrecht jest ładniejszy od Amsterdamu (śmiech).

    koncert_4

    Czy kiedykolwiek na festiwalu pojawił się ktoś z Polski?

    Tak. W zeszłym roku grał zespół Stara Rzeka. W tym roku będzie zespół Circuit Jerzego Bielskiego.

    Czy jest taki artysta, dla którego pojawienia się na festiwalu zrobiłbyś wszystko?

    Każdego roku staramy się zapraszać nowych artystów w charakterze kuratorów. Numerem 1 jest dla mnie Bjӧrk. Marzę o niej, tak.

    Przyszłość festiwalu - jak ją widzisz?

    Optymistycznie. Widzę nasz festiwal jako wydarzenie wysokiej klasy dla ludzi z całego świata, którzy przybywają do Utrechtu. Chciałbym, żeby całe miasto zaangażowało się w festiwal, nie tylko ludzie, którzy kupują bilety, ale też dzieci w szkołach, starsi, sklepikarze w Utrechcie, wszyscy. To moje marzenie na przyszłość. Chciałbym, żeby cały festiwal stawał się coraz bardziej śmiały.

    Masz poczucie misji kreując festiwal?

    To moje życie, moje dziecko. To sposób w jaki mogę zmieniać rzeczy poprzez sztukę. Chcę robić coś, co inspiruje wielu ludzi. Jestem pewien, że ludzie mogą zmieniać życie, słuchając jakiegoś piękna, o którym nigdy wcześniej nie słyszeli. To bardzo nierealistyczna rzecz. Wiesz, kiedyś pracowałem z dziećmi, które nie mogły być w swoich domach, bo ich rodzice byli uzależnieni. Wciąż chcę robić coś pozytywnego dla społeczeństwa.

    Czym jest muzyka dla ciebie?

    Jest bardzo ważna. Jest emocją. Pomaga mi. Myślę, że jest moim najlepszym przyjacielem, choć to pewnie kiepsko zabrzmi. Muzyka jest ze mną, kiedy jestem bardzo smutny, i też wtedy, kiedy jestem szczęśliwy. Daje mi wspaniałe emocje. Cieszę się nią bardzo. Zmienia moje nastawianie, zmienia sposób, w jaki odczuwam.

     

    tekst: Marta Dudziak

    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere