• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Wojciech Kuczok

    Pisarz, scenarzysta, grotołaz, felietonista, fan piłki nożnej. Laureat Nagrody Literackiej Nike. Człowiek o wielu pasjach. Z nami będzie dzielił się tą filmową, co miesiąc polecając jeden obraz wart obejrzenia.


    ŚMIERĆ LUDWIKA XIV (reż. Albert Serra)

    2017-11-11

    Tak się narobiło, że jestem obłożny; polazłem, gdzie nie trzeba, oś spadło na nogę, teraz leżę i jęczę. Premiery kinowe omijają mnie z daleka, na leżąco dokonuję więc przeglądu zaległości. A jak człowiek jest w lekkim choćby cierpieniu, to mu się od razu chce pocieszać cierpieniem cudzym. Nic tak nie balsamuje ran jak Schadenfreude. No i trafił mi się film idealny – nie dość, że wybitny, to jeszcze wzmocniony recepcją hiperempatyczną: oto ja, na leżąco, z lewą stopą popsutą obejrzałem film skupiony w całości na leżącym z lewą stopą popsutą Ludwiku XIV. Z laptopem na brzuchu wpatruję się w twarz ikony francuskiego kina, Jean-Pierre Leauda, która cierpi – czasem spoglądając wprost w kamerę w długich statycznych ujęciach. Tak sobie gramy w pingponga tymi obłożnościami, tyle że ja mam z tego przyjemność estetyczną, a on, Król Słońce w ostatecznym zachodzie, przyjemności już nie ma żadnych. Gangrena go zżera i choć lekarze wiedzą, że jedynym sposobem jest nogę zawczasu odjąć, nikt nie śmie się podjąć tej świętokradczej czynności. Ludwik XIV pada ofiarą własnej boskości – żaden śmiertelnik nie poważy się wykrawać skalpelem gnijących fragmentów absolutu. Leaud, symbol Nowej Fali, począwszy od „400 batów” powracający w roli Antoine Doinela jako jedna z najpiękniejszych twarzy kina, ostatnio w stanie aktorskiego spoczynku, znienacka zagrał swoje opus magnum. Jego Król Słońce przykuty do loża śmierci to arcymistrzowski popis, rola właściwie ograniczona do mimiki i gestów – drżące policzki, władcze, monarsze ruchy dłoni i coraz słabszy, starczy głos umierającego, wycie z bólu na jednej nucie, na wdechu i wydechu. Choć sam reżyser plecie frazesy o tym, że chciał zrobić film o banalności umierania, właśnie w zderzeniu przepychu kostiumów, monstrualnych peruk, precjozów i barokowych zastaw z postępem rozkładu, właśnie w tym niebanalnym kontrapunkcie rodzi się efekt metafizycznego dreszczu i wielkość tego filmu. Bohaterem filmu nie jest władca ani też jego dwór, lecz sama śmierć, która lęgnie się w królewskim łożu, w półmroku sypialni rozświetlanym tylko płomieniami świec (brawa dla operatora). Tykanie zegara odmierza w ciszy czas, który pozostał, przygląda się temu galeria ożywionych barokowych portretów – dworzanie życzeniowo dopatrują się znamion poprawy w każdym królewskim geście lub zachciance; „król odzyskuje siły” jest tu refrenem równie bałamutnym, co kaczyńskie „prawda jest już blisko”. Ale to także wynik hipnotycznego kultu jednostki – każdy przebłysk dogasającego życia wywołuje owacje dworzan: Król zjadł jajko! Brawo! – wielki wódz u schyłku życia staje się na powrót małym dzieckiem, któremu należy przyklasnąć, kiedy raczy coś wsunąć. Nie bójcie się tego filmu, choć Albert Serra jest synonimem arthouse’u i bliżej mu do Tate Gallery niż do sal kinowych. To kino totalne (zwłaszcza jeśli oglądać go w pozycji leżącej).

    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere