• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Jakub Milszewski

    Redaktor naczelny. Pisze głównie o muzyce i turystyce, o tym pierwszym również na blogu 140db.pl. Kiedyś zostanie gwiazdą rocka, ale póki co śpiewa w chórze. Poza tym fan komiksów i kolekcjoner płyt. Z wykształcenia kulturoznawca, ale niech to zostanie między nami.


    Odwrócony Samson

    2017-10-31
    Jest sobie taka książka, średnio się ją czyta, ale z jakiegoś powodu jest strasznie popularna. W tej książce bohaterów jest całe zatrzęsienie, a jednym z nich jest pan Samson.

    Pan Samson jest rodzajem superbohatera, ale niezbyt rozgarniętego. Jest on silny jak dziesięciu Pudzianów plus sześciu The Rocków. Problem w tym, że jest dość nierozsądny, wręcz lekkomyślny, daje sobą manipulować i nieustannie wpada w kłopoty przez kobiety. Korzystając ze swojej siły, zabija na tysiące (głównie z powodu problemów, które sam wywołał). Na dodatek ma coś do zwierząt – a to morduje lwa, a to w niezwykle bestialski sposób trzysta lisów. Oszczędzę wam szczegółów. Sęk w tym, że pan Samson ma piętę achillesową, a jakże, i to na dodatek na czerepie, a są nią jego włosy. Prosta sprawa – kiedy pan Samson ma swoje włosy, jest silny. Kiedy ich nie ma, jest słaby. Z tego powodu w mojej wyobraźni wygląda jak połączenie He-Mana, Conana Barbarzyńcy i serialowego Herkulesa – mięśnie i długa blond grzywa, jakiej nie powstydziłby się modelki w reklamach odżywek do włosia. Nie chce mi się opowiadać reszty historii Pana Samsona, doczytajcie sobie. Zapamiętajcie jednak, że jest silny jak cholera, jego mięśnie mają swoje mięśnie jak na rysunkach Roba Liefelda, ale poza tym nie jest jakoś specjalnie rozgarnięty i utalentowany.

    Devin Townsend jest takim odwróconym Samsonem. Mięśni u niego tyle co kot napłakał, urodziwy za specjalnie też nie jest, owłosienia na głowie od jakiegoś czasu nie posiada, na dodatek sprawia wrażenie, jakby muchy nie był w stanie skrzywdzić. Do tego jest diablo-inteligentny i ma fenomenalne poczucie humoru, które sprawia, że osoby mające z nim styczność momentalnie stają się jego fanami, a ci, którzy o tymże poczuciu humoru słyszą, uznają go za interesującego dziwaka. A zatem Devin, w odróżnieniu od Samsona, nie ma włosów, nie jest silny, ale za to jest utalentowany po stokroć.

    Devin, moi drodzy, jest muzykiem i producentem. Jego kariera jest materiałem na pokręconą komedię. Swoje najdziwniejsze pomysły realizuje z zadziwiającą skutecznością. Były to np. dwie heavymetalowe płyty poświęcone zrealizowanej przy pomocy pacynek historii o kosmicie, który najeżdża Ziemię w poszukiwaniu kawy. Kiedy brakuje mu pieniędzy na zrealizowanie jakiegoś kolejnego pokręconego pomysłu i organizuje zbiórkę crowdfundingową, w jeden dzień dostaje od fanów na całym świecie tyle szmalu, że nagrywa i wydaje za to dwie płyty i DVD, produkuje serię pacynek i jeszcze zostaje mu kasa na schroniska dla zwierząt. Jeśli ktokolwiek zasługuje na miano szalonego geniusza muzyki rockowej, to właśnie ten nieśmiały Kanadyjczyk.

    Devin na dodatek lubi zaskakiwać. Kiedy już wydawało się, że wszyscy przyzwyczaili się do jego pokręconych inicjatyw, ten zapoznał niezwykle utalentowaną i obdarzoną niezwykle delikatną urodą wokalistkę Ché Aimee Dorval i przedstawił światu duet Casualties of Cool – jedyne w swoim rodzaju efemeryczne połączenie ambientu i country. Śliczne, sączące się spokojnie i bez pośpiechu piosenki, oparte na delikatnej elektronice, delikatnej gitarze i delikatnych głosach Ché i Devina stanowią granicę między Ziemią a przestrzenią kosmiczną, gdzie słuchacz dryfuje niespiesznie jak bohater animowanego teledysku do ich przecudnej piosenki „Mountaintop”.

    Miałem nawet ostatnio okazję z Casualties of Cool wylecieć na orbitę. Na scenę wyszli jedynie we dwoje, każde z gitarą. Prościutkie sample załatwiały resztę, przez chwilę był też bas. Drobna Ché w gustownej sukience i na obcasach czarowała głosem, żylasty Devin w marynarce z podwiniętymi rękawami spokojnie dogrywał swoje partie country i błyszczał lekkimi solówkami. Ktoś wyszedł z sali, bo spodziewał się Devina w wersji metalowej. Ktoś stwierdził, że to jakieś nudne, jednostajne. Reszta zgromadzonych na uroczystym bankiecie gapiła się w ten dziwny duet złożony z nieznanej śpiewającej piękności i muzycznego króla Midasa. Przez te pół godziny dość skromnej prezentacji materiału z debiutanckiego albumu Casualties of Cool zabrali publiczność, złożoną zresztą głównie z muzyków i ludzi z branży, którzy wiele już słyszeli, w świat muzyki country, które jest jednocześnie ambientem, prostej, a jakże złożonej, spokojnej, a jednocześnie niezwykle intensywnej.

     

    Poza Devinem jest jeszcze tylko jeden facet, którego mógłbym określić mianem szalonego geniusza. Zwie się Gautier Serre, choć funkcjonuje jako Igorrr, i też jest łysy, zapewne nie bez powodu. Ale o nim pogadamy kiedy indziej.

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere