• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Wojciech Zawioła

    Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: „Jest takie miejsce...” i „Szukaj mnie”, a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Wielbiciel twórczości z duszą. Autor i prowadzący audycji „Lewitacja” w Radiu RPL.FM.

    Strach na murawie

    2017-05-02
    Godzinę przed meczem, dziesięć kilometrów od stadionu. Jeszcze przed hotelem, w dodatku obok autokaru, a nie w jego środku. Eksploduje ładunek wybuchowy. Ranny zostaje jeden z piłkarzy, reszta w panice pada na podłogę autokaru. Atak terrorystyczny, którego celem byli piłkarze Borussii Dortmund zaskoczył wszystkich. Ale czy słusznie?

    Ów atak to nie do końca zaskoczenie. Można było się tego spodziewać, bo sport to dziedzina życia bardzo głęboko wrośnięta w zachodnią kulturę. A sport na najwyższym poziomie śledzi cały świat. Jeśli celem tego ataku było zasianie strachu to został on osiągnięty.

    Mecz nie powinien się odbyć nawet następnego dnia. Piłkarzom potrzebny był czas, z pewnością nie doszli do siebie po upływie doby. Nie byli nawet w stanie podjąć zespołowej decyzji, by na murawę nie wychodzić. Czy w takiej sytuacji UEFA zdecydowałaby się na przyznanie walkowera drużynie Monaco? Szczerze wątpię.

    Dortmund przypomniał o Monachium 1972 roku. Tam zginęło jedenastu sportowców z Izraela. Igrzysk nie przerwano, ponieważ zdecydowano, że „show must go on”. Przypomina mi się fragment książki „Ostatnia Olimpiada” Aleksandra Krawczuka, który może tłumaczyć takie decyzje: „Końcem naszej cywilizacji, przynajmniej w jej obecnym kształcie, będzie ów moment, w którym znicz olimpijski zapłonie po raz ostatni”.

    Sport jest i będzie celem terrorystów. Stał się nim kiedy zbliżyła się do niego polityka. Te dwa światy są od siebie dalekie tylko pozornie. W rzeczywistości były blisko siebie od zawsze. Ideały Pierre’a de Coubertina upadły dość szybko. W 1936 roku igrzyska olimpijskie w Berlinie pokazały, jak polityka może zbrukać szlachetną rywalizację. Adolf Hitler uniknął podania dłoni ciemnoskóremu sprinterowi amerykańskiemu Jessemu Owensowi.

    Ponad trzydzieści lat później świat obiegły zdjęcia zaciśniętych pięści sportowców należących do organizacji Black Power walczącej z rasizmem w USA. Nieco później pokazując „wała” w Wielkiego Brata z ZSRR uderzył Władysław Kozakiewicz.

    Ale to tylko gesty. W Dortmundzie była bomba. Zagrożenie życia. To prawie jak wojna, w którą na siłę sport jest wciągany.

    A prorok naszych czasów George Orwell pisał w 1945 roku na łamach Tribune: „Sport uprawiany na serio to wojna minus strzelanie.”

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere