• Oferta
  • O nas
  • Partnerzy
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Jacek Tomczak

    W wieku dziewięciu lat zaczął tańczyć breakdance. W wieku siedemnastu uznał, że dusza też potrzebuje fikołków, więc zaczął pisać. Swoje laboratorium myśli rozwija na autorskim blogu "Jaco jest jak". Nie wie, czego jest fanem i nie deklaruje, o czym będzie pisał. Jedynym kryterium doboru tematu jest poruszenie.


    Płyta, w której się rozsiądziesz

    2017-03-02
    Hip-hopowców zwykle spotyka jedna z dwóch dróg. Pierwsza to wyrośnięcie z ulicznej zajawki. Druga to przypadki takie jak płyta "Influence" – przykład pasji, która nigdy nie miała odejść.

    Flue byłby zespołem na miarę weselnej kapeli, gdyby nie kilka kluczowych faktów. Po pierwsze, za scratche i sample odpowiada w nim DJ Plash. To producent oraz DJ na wiodących imprezach tańca breakdance w wielu miejscach na świecie. Marcin Przeplasko robi to od kilkunastu lat, więc jeśli chcecie wiedzieć, jak mu idzie, przeczytajcie początek tej recenzji raz jeszcze. Razem z nim skutecznie intrygują Piotr „Bolan” Bolanowski na klawiszach, Damian Niewiński przy perkusji oraz Grzegorz Sipiora na gitarze basowej. 

    Kwartet rozpoczyna swój album niespełna dwuminutowym, instrumentalnym intrem. Brzmieniowo wprowadzają elegancję i spokój, ale nie dajcie się zwieźć – już w drugim, tytułowym utworze po prostu wariują. Klawisze czynią całość lekką, gitara basowa zapewnia doniosłość, a robota wspomnianego DJ-a dodaje odkrywczych smaczków jak pieprz cytrynowy. 

    Przez cały album przepływa równowaga, choć co utwór inne dźwięki zdają się dominować. Niezależną wyspę stanowią gościnne występy Audessey, rapera z Atlanty. W trzech utworach zaproszony MC wykłada teksty głęboką, miękką barwą na tle przestrzennych, samplowanych podkładów solidnie wspartych żywymi partiami. 

    „Mandala” to utwór, który zasługuje na osobny akapit. Choć czwarty na płycie, dla mnie stał się pierwszym na playliście. Z połączenia instrumentów i sampli udało się kwartetowi wycisnąć dynamiczny, głęboki pejzaż. Jako singiel na youtube utwór trwa ledwo dwie i pół minuty. Wersja na płycie przeciąga splot sampli z instrumentami do ponad pięciu minut. Jeśli wiecie jak mandala wygląda, dzięki Flue możecie ją usłyszeć.
    Choć album brzmi jak niegrzeczny koktajl z rapu, funku i jazzu, ma w sobie uniwersalność. Taką, która mimo różnych upodobań pozwala wszystkim uznać Monicę Belucci za piękną. U chłopaków z Flue nie chodzi zatem o skojarzenia z rapem lub ich brak. Prędzej chodzi o sposób zachowania się w przestrzeni, jaką daje im muzyka.

    Flue jest czymś świeżym nie tylko z uwagi na gatunkową fuzję. Albumów na pograniczu gatunków było już wiele, ale żaden nie brzmiał jak ten. Ponadto sposób dotarcia do albumu „Influence” jest zaskakujący w swojej oczywistości. Gdy zazwyczaj albumy można odnaleźć w kilku serwisach streamingowych na raz do odsłuchu za darmo, Flue nie afiszuje się z całym dziełem. Udostępnia jedynie próbki. Napiszę za siebie – po degustacji kupiłem płytę. Opowiedziałem o niej znajomym, a teraz zbieram prośby o przesłanie empetrójek. Pachnie jak wczesne lata dwutysięczne, prawda?

    Jeśli ktoś chce zapytać, gdzie jest haczyk w tej historii, odpowiadam: nie ma. Jest w niej natomiast ciekawostka na koniec. Wydanie albumu było możliwe dzięki zbiórce pieniędzy od fanów w serwisie polakpotrafi.pl. Muzycy zebrali dość pieniędzy nie tylko na wydanie płyty, lecz także na wytłoczenie edycji winylowej.

    „Influence” jest dziwadłem w najlepszy ze sposobów. Poza tym dobrze jest myśleć, że ludzie uwierzyli w tak oryginalny projekt. Od zespołu dostaliśmy coś, co nie wyczerpuje swojej formuły i jest dalekie od ograniczeń każdego z gatunków, z którego czerpie. Ciężko jest o tym pisać. Dobrze jest tego słuchać. Wracam pod głośnik.

     

    Zdjęcie: Mikołaj Bujak

    Reklama
    reklama Anywhere
    Przeczytaj również
    Reklama
    reklama Anywhere