• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Dawid Portasz: Ziemianin

    2016-06-19
    Jak sam mówi – pochodzi z planety Ziemia, a jest obywatelem świata. Gitarzysta, wokalista i założyciel zespołu Jafia, z którym był nominowany do Fryderyka w kategorii „Muzyka korzeni”. O tym, jak do korzeni wrócić i osiągnąć stan uświęcenia opowiada Dawid Portasz.

     

    Drżały ci ręce, gdy podpisywałeś swój pierwszy kontrakt z wytwórnią?

    Nie było powodu, by zadrżały mi ręce. Jak już coś w życiu robię i decyduję się na podpisywanie czegokolwiek, to bez strachu.

    Wiążesz się umowami długoterminowymi.

    Absolutnie nie. Człowiek nie jest w stanie przewidzieć swojego jutra, a co dopiero tego, co będzie się działo za kilka lat. Nawet gdy podpisywałem ostatnią umowę z wytwórnią, nie miałem pewności, czy będę żył za trzy lata. Wszystko robi się z nadzieją, że ma to sens i będzie dobrze.

    Dawid_Portasz_1
    Czy byłbyś w stanie podpisać taką umowę ze sobą i osiąść w jednym miejscu na dłużej?

    Nie wyobrażam sobie tego. Jestem takim człowiekiem, który wszędzie jest w stanie poczuć się jak w domu. Dla mnie najważniejsze jest otoczenie ludzi, którzy nie są towarzystwem wzajemnej adoracji, ale ludzi, którzy są kreatywni, wpływają na mnie dobrze i sprawiają, że mam ochotę do życia i robienia rzeczy, które kocham. Jeżeli tacy ludzie są wokół mnie, to mogę czuć się dobrze wszędzie. Nie lubię miejsc, gdzie jest zimno, dlatego nie zagrzeję dłużej miejsca tam, gdzie są śniegi. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek ze sobą spisał zobowiązanie, żeby się gdzieś osadzić, bo to nie jest w mojej krwi. Ziemia jest moim domem.

    A dlaczego by nie kupić psa i domu z ogródkiem?

    Tu pojawia się pytanie: gdzie? Kilkakrotnie miałem swoje miejsca, w których nie miałem czasu przebywać. Potem drogi pokierowały mnie gdzie indziej i takie miejsce po prostu stało. Może jeżeli miałbym obrzydliwie dużo pieniędzy, to bym sobie takie miejsce sprawił dla przyjemności, żeby trzymać w nim swoje rzeczy i wracać co jakiś czas.

    Gdzie teraz mieszkasz?

    Dobre pytanie. Przemieszczam się między Hagą, Londynem, Warszawą, Toruniem, Gorzowem i Piłą. To są miejsca, w których przebywam, ale oficjalnie mieszkam w Hadze.

    Gdzie zaczęła się twoja historia?

    Piła stała się miejscem, które pokochał mój dziadek, tam osadziła się moja rodzina. Tak więc jestem pilaninem i to miasto okazało się bardzo inspirujące. Jest tam dużo lasów, jezior – lubię takie warunki do tworzenia. Choć wcześnie zacząłem wyjeżdżać i zwiedzać świat, bo byłem go bardzo ciekaw, to w Pile napisałem najwięcej muzyki. W domu zawsze było dużo ludzi z całego świata, mój dziadek mówił w pięciu językach. Miałem okazję być świadkiem tego, jak dziadek opowiada tę samą historię w kilku różnych językach i bardzo mi się to podobało. U nas nigdy nie było takiego podejścia, że trzeba uważać na czarnych, albo że ze względu na nasze korzenie mamy unikać Arabów. W domu wszyscy byli witani jak rodzina i taką atmosferę chłonąłem od dziecka. Taki jestem teraz – kocham ludzi i dla nich gram muzykę.

    Jesteś obywatelem świata?

    Lubię tak mówić. Gdy podróżuję, a ludzie pytają skąd pochodzę, przeważnie mówię, że jestem z planety Ziemia. Obywatel świata? Jak najbardziej. Wszyscy powinniśmy dojrzeć do tego, by tak na siebie patrzeć.

    W ilu językach mówisz?

    Perfekcyjnie mówię w niewielu językach. Kiedyś musiałem na długo zostać w Czechach, dlatego udało mi się nasiąknąć językiem czeskim. Mówię płynnie po angielsku, po niemiecku na tyle, by się komunikować, radzę sobie z rosyjskim, a teraz uczę się hiszpańskiego.

    Dlaczego to akurat Bob Marley zainspirował młodego ciebie? Przecież mógł to być jakikolwiek inny muzyk.

    Kiedyś spędzałem wakacje u rodziców mojej mamy i znajomy fryzjer dziadka przyniósł płytę właśnie Boba Marleya. Miałem 12 lat i słuchałem muzyki takiej, jakiej słuchał tato, czyli gospel oraz tradycyjnego jazzu i soulu. Zauważyłem, że w muzyce Marleya jest wszystko to, co najbardziej lubię, a to nie jest żaden z tych gatunków, które znałem. Nawet nie wiedziałem, jak nazywa się ten nowy styl, dopiero ten fryzjer powiedział, że to reggae, a ja poszedłem do pokoju i zapisałem „rege”. Od tego momentu szukałem wszystkiego, co się z tym wiąże. Ta podróż była długa i barwna, a w końcu okazało się, że zatoczyła koło i wróciłem do Boba Marleya. On powiedział wszystko w tej muzyce. To, co robią inni, zbudowane jest na fundamencie wymurowanym właśnie przez niego.

    Religijność i filozofia reggae łączą się czy wykluczają?

    Tak naprawdę wykluczają. Reggae jako muzyka powinna być oddzielona od wszelkiej filozofii, ale nie jest. Ludzie postrzegają reggae jako muzykę słoneczną i plażową, bo pochodzi z miejsc, gdzie są plaże i palmy. To jest muzyka nie o słońcu, a o rewolucji. Bycie rasta oznacza bycie człowiekiem takim, jakim się on narodził – nienasiąkniętym tym, co za życia daje nam system. Każdy wie, że na czerwonym świetle trzeba się zatrzymać, ale czy naprawdę tak jest? Dla rasta istnieją nie zasady a moralność, własne prawo i wewnętrzne reguły. To nie jest religia ani filozofia – to bycie sobą. Obecnie reggae stało się muzyką religijną, która niesie ze sobą filozofię rastafari – a ta mówi o kolejnym wcieleniu Chrystusa, którym miał być Haile Selassie. Ja od tej religii trzymam się z daleka. Reggae nie powinno wiązać się z żadną filozofią i religią, oprócz tego, że jest to koncepcja odnalezienia siebie na nowo.

    Powrót do korzeni jest możliwy w dzisiejszym świecie?

    Wierzę, że jest to możliwe, ale nie mówi tego człowiek, któremu się to udało. Wręcz przeciwnie. Czuję się bardzo uwikłany w system i w to, co on nam dyktuje, ale żyję życiem takim, by jak najbardziej się od tego wyzwalać. Chcę oduczyć się tego, co nam wpojono. Nie oglądam telewizji, nie znam ludzi sławnych, nie interesuje mnie to, czy jestem ubrany modnie czy nie. Kupuję rzeczy drogie, bo drogi mam gust, ale to nie znaczy, że muszę coś mieć, bo jest od Armaniego.

    Dawid_Portasz2Pieniądze blokują drogę powrotu do korzeni?

    Pieniądze to bardzo silna energia, większa niż jakakolwiek wartość nominalna. Niektórzy nie radzą sobie z dużą ilością pieniędzy, a niektórzy twierdzą, że bez pieniędzy w ogóle nie są w stanie sobie poradzić. Uważam, że jeżeli ktoś żyje dla pieniędzy to nie wrócił do korzeni. W tym świecie jednak nie da się robić dobrych i interesujących rzeczy bez używania pieniędzy. Jeśli chciałbym zrobić koncert za darmo dla ludzi, którzy bardzo tego chcą lub mają jakiś problem, mogę to dla nich zrobić. Ostatecznie jednak muszę zapłacić ekipie. Trzeba oswoić się z myślą, że kasa będzie odgrywać rolę w naszym życiu.

    Często zdarza mi się bronić muzyki reggae w środowisku pozareggae’owym. Dlaczego ten gatunek wciąż jest odbierany negatywnie?

    Ktoś powiedział kiedyś: „Genius minds think alike”. Gdy spotykają się ludzie, którzy mają otwarte umysły, to prawie nie mają o czym rozmawiać, bo się zgadzają. Ale jeżeli mamy do czynienia z ludźmi zaprogramowanymi przez edukację, religię czy telewizję, to każdy będzie twierdził: „moja racja jest mojsza”. Cały ten system, w którym żyjemy jest niefortunnie skonstruowany – dzieli nas, więc może istnieć, ale jeżeli istniałaby jakaś jedność, to automatycznie staje się to dla systemu niebezpieczne. Tak naprawdę wszyscy chcemy tego samego – być szczęśliwym, mieć co jeść, dach nad głową, osiągnąć spokój. Wszyscy wierzą w jednego Boga, a każdy ma swojego. Jeżeli nie nastąpi nadzwyczajna – nazwijmy ją boską – interwencja, to nie ma szans, że cokolwiek się zmieni. Ludzie są zbyt podzieleni. W Europie obecnie promowana jest nienawiść, panuje fobia wobec imigrantów. To eugenika, która nakazuje rządzącym podtrzymywanie podziałów. Zapanowało przyzwolenie do nienawiści, a chyba nie o to chodzi.

    Jak więc mam reggae bronić?

    Reggae nie trzeba bronić. Reggae jest jak lew, wystarczy go wypuścić i on już sam się obroni.

    Nie trzeba słuchać reggae, żeby kierować się w życiu wyższymi celami. Ale ta muzyka szczególnie uwrażliwia, dlaczego tak jest?

    Są ludzie, którzy nie lubią reggae, ale wciąż są bardzo wrażliwi i otwarci. Nie broniłbym reggae aż tak mocno. Dróg jest wiele, a ta muzyka jest jedną z nich. Ona uwrażliwia, otwiera na samego siebie – z tym wiąże się filozofia I&I, czyli ja zewnętrznego i wewnętrznego. Pierwsze widzą ludzie, drugie widzimy tylko my sami. Dobrze, jeśli człowiek osiągnie taki stan, kiedy pierwsze i drugie to to samo ja.

    Czy ta idea nie zestarzała się już w świecie relacji internetowych?

    To oczywiste, że każdy eksponuje to zewnętrzne ja, bo to, jak nas postrzegają, jest dla wielu najistotniejsze. Ja tak nie uważam. Najbardziej trzeba zadbać o to wewnętrzne ja i to tak, by emanowało. Żeby to była prawda. Jeżeli mnie tak widzą, to taki jestem, a nie taki, jak sobie założyłem, a w dodatku ten kostium mnie uwiera. Nie chciałbym się nigdy w takim osobowościowym więzieniu znaleźć.

    Dotyka cię nieprawdziwość chociażby Facebooka?

    Muszę mieć kontakt z tym medium i stało się to niewygodną częścią mojej pracy. Facebook pokazuje dziwną stronę tego, czym jesteśmy w stanie być jako ludzie. Usypia chęć do działania, bo gdy człowiek wstanie rano i powie jak ktoś źle był ubrany na gali, to już mu ulży i będzie mu lepiej. Coraz bardziej mnie boli, gdy czytam wpisy na Facebooku i mam wrażenie, że gniję w środku. Czasami, gdy wyłączam komputer, czuję się brudny, zarażony i poraniony tym, jak wszyscy mają do powiedzenia coś o niczym.

    Dawid_Portasz3Co działa w takich momentach jak detoks?

    Muzyka. Czuję się wolny, gdy mam gitarę, to mnie odcina. Lubię grać bez śpiewania, muzyka bez tekstu jest lekarstwem. Pójść sobie z gitarą do lasu – to mnie oczyszcza. Obcowanie z drzewami to obcowanie z potężną katartyczną energią, ale my tego nie robimy – to teraz już jest głupie. Jaka energia? Jakie obcowanie? Życie jest we wszystkim, wszystko to wibracja energii. Ci, którzy tego nie dostrzegają, okradają się z niesamowitej magii przeżyć. Wiem, że świata nie zmienię. Tylko siebie można zmieniać, ale wierzę, że dzięki muzyce można wysłać sygnał – zasadzić ziarenko, które kiedyś wyrośnie.

    Jest coś ważniejszego w życiu niż muzyka?

    Dla mnie nie, jednak dla kogoś ważniejsze może być coś innego.

    A kobiety?

    Kobiety są inspiracją. Przebywanie z kobietami rozwija mnie – przez to, że są prawomózgowe, w odróżnieniu od mężczyzn. Z facetami można rozmawiać tylko na konstruktywne tematy, oni są mało abstrakcyjni w swoim myśleniu. Jeżeli mężczyzna ma szczere relacje z kobietami, to pozwala to zrozumieć siebie i cenię takie więzi nade wszystko. Nie lubię tematów jak piłka nożna czy samochody, lubię futbol międzynarodowy, ale nie jestem w stanie oddać się kibicowaniu. Myślenie kobiet jest bliższe tworzeniu i kobiety rzeczywiście odgrywają w moim życiu ważną rolę.

    Byłbyś w stanie poznać kobietę przez Internet?

    Jestem bardzo „hands-on”. Muszę położyć na czymś ręce, muszę zobaczyć. Ja nawet nie robię zakupów przez Internet. Dlatego muszę się poznać realnie – nie uznaję kontaktów wirtualnych.

    A czy jest coś takiego jak pełnia szczęścia w życiu?

    Ona istnieje i to w dodatku nieustannie. Jednak nie mamy stałego dostępu do tej częstotliwości. Człowiek nie zawsze jest w takim stanie ducha, który pozwala mu się wbić na tę falę i po prostu być szczęśliwym. Ktoś śpiewał, że w życiu piękne są tylko chwile. Myślę, że nie chwile, a całe życie jest piękne, ale tylko w niektórych chwilach jesteśmy w stanie czuć się szczęśliwi.

    Miałeś w życiu takie chwile?

    Tak, ale nie szukam sobie powodów do bycia szczęśliwym – ja je naturalnie znajduję. Miałem okresy w życiu, kiedy czułem się szczęśliwy wtedy, gdy robiłem rzeczy niezdrowe i niehigieniczne. Byłem na niekończącej się imprezie. Potem okazało się, że to mnie w ogóle nie czyni szczęśliwym. Zapragnąłem wrócić na siłownię, jeść zdrowo, mniej palić i to zacząłem robić. O godzinie 6:15 na siłowni mówiłem do siebie: „Robisz to”! I byłem szczęśliwy. Są ludzie, którzy chcą słuchać mojej muzyki – ten fakt czyni mnie szczęśliwym. Co więcej – to są fajni ludzie. Kiedy rozmawiam z nimi po koncertach to okazuje się, że mają ciekawe poglądy, otwarte głowy i rozumieją to, o czym staram się nadawać. Tej jakości nigdy nie zamieniłbym na ilość.

    Co jest świętością dla ciebie?

    Świętość to słowo, do którego można głęboko zajrzeć. Słowo święty dla wielu oznacza „niepokalany”, ale święty jako „holy” to tak naprawdę „wypełniony”. Odnalezienie tego, co oznacza bycie sobą jest właśnie tym wypełnieniem. To jest dla mnie święte. Umysł niewolnika myśli o tym, co jest legalne i co dozwolone, a umysł wolnego człowieka skupia się na tym, co jest właściwe. Człowiek holy nie będzie zastanawiał się nad tym, czy coś jest prawnie usankcjonowane. Będę zawsze apelował, by ludzie myśleli o tym, co jest właściwe. Ci, którzy piszą prawo, wcale nie mają wysokiego stopnia moralności.

    A co będzie, gdy świętość osiągniemy? Jerzy Pilch w ostatniej swojej książce mówi o tym, że najbardziej przerażająca jest świadomość nieświadomości po śmierci. Że tak naprawdę nie będzie nam dane obserwować z góry swoich dzieci i to jest najsmutniejsze w istnieniu ludzkim.

    Smutna prawda jest taka, że – bez względu na to kto, cokolwiek i kiedykolwiek powiedział na temat tego, co będzie po śmierci – na 99 % nie miał racji. Nikt z nas nigdy tam nie był i nikt stamtąd nie wrócił. Nie mam wyobrażenia, co będzie wtedy, gdy nie będzie już opakowania. Mam wewnętrzne przeczucie, niepoparte żadną nauką, że niedorzeczne byłoby, gdyby coś tak niezwykłego jak życie, miało się skończyć sześć stóp pod ziemią. Świadomość człowieka wędruje, a my prawdopodobnie wielokrotnie już tutaj byliśmy i będziemy jeszcze w różnych miejscach. Twierdzę, że nie jesteśmy ciałem, które ma duszę, a duszą, która ma ciało. Dusza nie jest w stanie umrzeć. Patrzę na trzyletnie dziecko, które ledwo co dosięga do klawiszy, a gra Chopina. Czy to jest możliwe, żeby człowiek tak po prostu się urodził i ot tak, grał Chopina? Uważam, że ten człowiek już gdzieś czymś nasiąknął i ta dusza już coś wie. To jest moje zdanie i każdy po zajrzeniu wewnątrz siebie miałby także swoje. Jednak niektórzy twierdzą: tym niech zajmie się ksiądz. Ja nie uznaję pośredników. Jak to napisał Mickiewicz: „Gdzie kto będzie po śmierci, za życia odgadnie/ Gdzie chylił się za życia, tam po śmierci wpadnie”.

    Zakładasz istnieje wyższej siły?

    Nie zakładam – co do jej istnienia jestem przekonany. Doświadczam jej nieustannie.

    Spotykamy się w warszawskim Miejscu Chwila. Jest trochę art deco, trochę vintage, popartowo. Dobrze czujesz się w takich miejscach?

    Tak, to miejsce od pierwszej wizyty bardzo mi się spodobało.

    Wybrałbyś stąd jeden przedmiot, który określiłby ciebie?

    Portret Jokera. Joker w filmie to było dobro – pokazane jako zło. On był głosem prawdy, a Batman był przedstawicielem systemu, który próbował ją ujarzmić. Joker miał prawo spalić miliony – i też bym z chęcią tak zrobił. To była tak naprawdę dobra postać przedstawiona w złym świetle. Umiera Prince i telewizor mówi, że on po prostu umarł. Ale on nie umarł tak po prostu. Whitney Houston przedawkowała narkotyki, Michael Jackson miał problemy ze środkami przeciwbólowymi – to są prawdziwe ikony, które Batman przedstawia w złym świetle i szkaluje.

    Rozmawiamy rok po premierze ostatniego albumu Jafii. Jesteś z siebie zadowolony?

    Jestem zadowolony z tego roku, ale z siebie jeszcze nie do końca. Czuję, że robię za mało i pracuję za mało, chciałbym więcej. Mam dużo obwarowań, które trzymają mnie w klatce niemożliwości, ale jest to tylko moja wina. Jestem szczęśliwy z tego, co przyniosła nam ta płyta.

    Czy Fryderyk coś by zmienił?

    Być może. Nie gram dla nagród czy Fryderyków. To miłe, gdy ktoś stwierdzi, że coś jest warte uwagi. Cieszę się z tej nominacji.

    20 lat na scenie to 20 lat wiecznego szczęścia czy muzyczny rollercoaster?

    Jedno i drugie. Granie muzyki sprawia, że życie jest nomadyczne. Dlatego właśnie nazwaliśmy album „Ka Ra Va Na” – trzeba się przyzwyczaić, że idzie się w nieznane. Nie będzie wypłaty co miesiąc i stabilnego życia, ale sama przyjemność robienia tego, co się kocha, jest niezastąpiona. Nic bym nie zmienił w swojej przeszłości. Może pracowałbym ciężej i bardziej odpowiedzialnie myślał o swoim życiu. Ale jeżeli wszystko to, co wydarzyło się do tej pory, doprowadziło mnie do miejsca, gdzie jestem – to nie było to złe. Podoba mi się ta nomadyczna droga i nie umiałbym żyć inaczej. Temu się oddałem.

     

    Dziękujemy miejscu Chwila (Warszawa, ul. Ogrodowa 31/35) za udostępnienie wnętrza na potrzeby sesji zdjęciowej.

     

    tekst: Aleksandra Budka

    fot.: Edyta Bartkiewicz

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere