• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Wojciech Zawioła

    Obserwuje, a potem opisuje i komentuje. Autor dwóch powieści: „Jest takie miejsce...” i „Szukaj mnie”, a także czterech biografii: Mariusza Czerkawskiego, Roberta Lewandowskiego, Karola Jabłońskiego i Agnieszki Rylik. Dziennikarz Canal Plus Sport i prezenter wiadomości w TVN i TVN24. Wielbiciel twórczości z duszą. Autor i prowadzący audycji „Lewitacja” w Radiu RPL.FM.

    Nogi zrobią to, co każe im głowa

    2016-06-17
    Przyznaję, uległem stereotypom. Imię i nazwisko jak zmyślone, sesja w „Playboyu”, porażka w kwalifikacjach na igrzyska tuż po niej. Nie wyglądało to najlepiej. Ale potem ją poznałem. Kobietę piękną i ambitną, świadomą swoich zalet i mądrą życiowo. Oto Aida Bella, była zawodniczka w trudnej dyscyplinie, jaką jest short track.

    Lubisz pozować, prawda?

    Lubię.

    Dlaczego?

    Myślę, że tak naprawdę każda kobieta lubi. Sama praca podczas sesji jest przyjemna, ale zarazem bardzo trudna i męcząca. Lubię jednak efekt końcowy, bo daje mi olbrzymią satysfakcję. Przyjemna jest świadomość, że być może ktoś mówi: wow, jak fajnie wyglądasz!

    aida_bella

    A nie jest to według ciebie ekshibicjonizm?

    Sportowcy mają większe poczucie własnej wartości. Zwłaszcza tej cielesnej. Wpływ na to ma nieustające obcowanie z ciałem. Masaże, szatnie koedukacyjne – to wszystko ma znaczenie. Nie ma czasu na zastanawianie się, gdzie się przebierasz przed biegiem. Jesteś na zawodach i musisz się skupić na nich, a nie na swoim ciele. A jeśli chodzi o pozowanie, to nie mam problemu by się ubrać, przebrać czy nawet trochę rozebrać do sesji.

    Na pewno wiesz, że mam na myśli twoją sesję do magazynu dla mężczyzn, bardzo znanego zresztą.

    Oczywiście.

    To było zupełnie inne rozbieranie się niż to wśród sportowców w szatni. Takie ze świadomością, że będzie cię oglądać mnóstwo ludzi.

    Na pewno tak. I uważam, że ta sesja ma dwie strony medalu. Jedna strona to fajna zabawa i pamiątka na całe życie. Byłyśmy w „Playboyu”, bardzo prestiżowym magazynie, znanym wszędzie na świecie. Ta okładka będzie już na zawsze. Ta druga strona medalu to dobro dyscypliny. Takiego marketingu, jaki zafundowałyśmy short trackowi z Martą, nie było nigdy wcześniej. O dyscyplinie zrobiło się głośno, wiele par oczu zostało skierowanych na łyżwiarstwo na krótkim torze i mówiło się o tym wszędzie. To już się pewnie nigdy nie powtórzy. A nam się za to… oberwało. Niesłusznie, bo można było to zamieszanie bardzo skutecznie wykorzystać. Ale niestety nie udało nam się zakwalifikować do igrzysk w Soczi i stwierdzono, że byłyśmy zbyt zajęte promowaniem siebie. A ja się z tym nie zgadzam.

    A tymczasem promowałyście dyscyplinę. Ale nie tylko, bo zbierałyście też fundusze.

    Tak. To był duży zbieg okoliczności. Firma OTTO, która wtedy opiekowała się mną, Martą i kilkoma innymi sportowcami (między innymi Zbyszkiem Bródką), stworzyła akcję marketingową „X dni do Sochi” i wymyśliła kampanię z kalendarzami i naszymi zdjęciami. Wszystko po to by zwrócić uwagę na łyżwiarzy i ich problemy finansowe. Na portalu Polakpotrafi można było wpłacać dowolną sumę pieniędzy, by nas wesprzeć w zamian za kolację z nami, trening, czy naukę jazdy na łyżwach. Można było też kupić zdjęcia, kalendarz. Zaczęliśmy o tym mówić w mediach. Zainteresowała się nami telewizja, powstało sporo materiałów na ten temat. Któregoś dnia odebrałam telefon z propozycją sesji w „Playboyu”. Zgodziłam się…

    Trudno było się zdecydować? Co tobą powodowało?

    Przede wszystkim miałyśmy z Martą bardzo mało czasu na decyzję. Pomyślałam wtedy, że taką propozycję dostaje się raz w życiu. Chciałam to wykorzystać i pobawić się w ten sposób, nie zaniedbując treningów oczywiście. Sesja bowiem nie była najważniejsza, była przy okazji. Wszystko zorganizowałyśmy tak, by nasza forma nie ucierpiała. Przyjechałyśmy do Warszawy dzień przed wylotem na zawody Pucharu Świata. Nie było więc mowy o zaniedbaniu czegokolwiek. „Playboy” pojawił się w ostatnim momencie przygotowań.

    Fala krytyki przyszła dopiero kiedy nie awansowałyście do Soczi? I jesteś przekonana, że ta sesja nie wpłynęła na formę?

    Tak.

    To dlaczego takie były opinie?

    Najłatwiej znaleźć kozła ofiarnego. A przecież nie mogłyśmy przewidzieć braku awansu na igrzyska. Nikt nie powiedziałby słowa gdybyśmy awansowały mimo sesji. Szukano przyczyn i najprościej było ich szukać tam gdzie ich nie było. Wcześniej mówiło się sporo w mediach o naszej kampanii i wyjeździe do Soczi. No i skoro się nie udało to trzeba było czymś to wytłumaczyć. Padło na „Playboya”…

    Kończąc temat sesji… Mąż nie miał z tym problemu?

    I tak, i nie. Pierwsza próba rozmowy na ten temat na pewno była dla niego szokiem i powiedział kategoryczne „nie”. Ale po chwili się z tym oswoił i powiedział, że wszystko zależy, jakie będą zdjęcia. Pytał jak dużo chcę pokazać i jak dużo muszę pokazać, bo to dwie różne rzeczy. Chciał też mieć możliwość autoryzacji zdjęć.

    A jak już je zobaczył to co?

    Do jednego zdjęcia miał zastrzeżenia. Udało się jednak wypracować kompromis i zamienić na inne. W domu nie rozmawialiśmy o tym zbyt dużo. Myślę, że częściej rozmawiał o tym z kolegami niż ze mną (śmiech).

    aida_bella_3

    Aida Bella… Jak to możliwe, że tak się nazywasz? Wpisując w Google pojawia się nawet włoski statek o identycznej nazwie. Bella idealnie wpasowuje się w to, jak się prezentujesz. A do tego to egzotyczne imię…

    Bardzo wiele osób mnie o to pyta. A ja do tej egzotyki już się przyzwyczaiłam. Najpierw oczywiście pojawiło się imię i szczerze mówiąc w moim mieście Opolu byłam kojarzona ze sportem również dzięki imieniu. Rodzice nadali mi to imię, bo ich wspólna znajoma takie nosiła. Wbrew domysłom nie są miłośnikami opery, więc to nie był powód wybrania tego imienia. A jeśli chodzi o nazwisko, to kiedyś było dość zwyczajne. Masz mnie zapisaną w telefonie pod panieńskim, więc wiesz, że było normalne (śmiech).

    Potwierdzam.

    Bella jest po mężu… Mam męża Polaka, nie Włocha, choć jak mnie podrywał mówił, że ma włoskie korzenie. Myślał, że może to dobry sposób (śmiech). Kiedyś doszukiwaliśmy się włoskiego pochodzenia, ale nie było takich śladów.

    To wygląda jak chwyt marketingowy. Wyjdę za tego gościa bo nazywa się Bella. Przejmę jego nazwisko i znajdę się w „Playboyu”…(śmiech)

    Mało tego… Ludzie myślą, że to mój pseudonim artystyczny. To mi nawet pomaga. Jestem świadoma, że ludzie bardziej kojarzą mnie właśnie z powodu imienia i nazwiska.

    Kiedy zakończyłaś karierę pisało się, że jesteś bez pracy i środków do życia. Tak było?

    Wiesz, jakie potrafią być media. Udzielałam wywiadu jednemu z portali internetowych. Dałam wtedy do zrozumienia, że zakończenie kariery nie było moim wyborem, zostałam poniekąd do tego zmuszona. Powodem był między innymi konflikt powstały po sesji dla „Playboya”. Wtedy zapytano mnie czym się zajmuję, skoro nagle przestałam trenować i startować. I chyba powiedziałam wtedy za dużo. Ale jestem szczera i mówię to co myślę. Nie zawsze dobrze na tym wychodzę. Wtedy naprawdę zawalił się mój sportowy świat i nie miałam pracy. Nie wiedziałam też co chcę robić w życiu. Po szesnastu latach treningótrudno mi było odnaleźć się w nowej sytuacji. Mimo skończonych studiów na kierunku fizjoterapia nie chciałam pracować w tym zawodzie. Mój świat się kończył, a ja nie miałam planu B, bo nie spodziewałam się, że po sezonie, w którym są igrzyska olimpijskie, powiem po prostu „Koniec. Mam kolejny plan”. Planu nie było. I to wtedy powiedziałam w wywiadzie, że nie mam pracy i nie mam co ze sobą zrobić.

    A potem pojawił się GKS Katowice.

    Tak, dzięki temu wywiadowi. Sam prezes do mnie zadzwonił i zapytał czy to prawda. Było też kilka ofert na portalach społecznościowych. Ludzie pisali, że mają dla mnie pracę. A GKS skusił mnie, bo to była praca w sporcie. Poza tym mój mąż wiele lat był piłkarzem pierwszej ligi, więc miałam z tym trochę do czynienia. Pomyślałam, że spróbuję. Przez te pół roku sporo się nauczyłam.

    aida_bella_2

    Co tam robiłaś?

    Zacznę od tego, że kiedy nie zakwalifikowałam się do Soczi, pomyślałam, że mogę być ekspertem od tej dyscypliny w telewizji podczas igrzysk. I spodobało mi się to. Dodatkowo trafiłam na kurs prezenterski w akademii telewizyjnej. Skończyłam go i to mi dało pewien obraz pracy w tym medium. Po drodze pojawiły się jeszcze studia podyplomowe marketingu sportu. Skończyłam taki kierunek na SGH. A w Katowicach byłam odpowiedzialna za telewizję klubową, przeprowadzałam wywiady, prowadziłam kilkunastominutowy magazyn „Gieksa news”. I konferencje prasowe. To było dla mnie nowe, a wszystkiego uczyłam się sama. Dostałam operatora i… wolną rękę. Miałam w drużynie dwudziestu piłkarzy, których musiałam poznać. Wstyd się przyznać, ale początkowo chodziłam ze ściągą. Zanim mnie zaakceptowali pojawiały się komentarze, że przyszła blondynka z „Playboya”. Poza tym kobieta gadająca o piłce… Wiadomo, jakie podejście mają do tego faceci. Myślę jednak, że mnie polubili (śmiech).

    Rozważałaś wyjazd za granicę na stałe? Odnalazłabyś się poza ojczyzną?

    Spędziłam bardzo dużo czasu za granicą, bo sportowcy ciągle podróżują po całym świecie. Nigdy jednak nie było czasu na zwiedzanie, a z wyjazdów pamiętam doskonale głównie lodowiska i hotele. Lubiłam to, ale nie chciałabym mieszkać poza granicami naszego kraju.

    …poza tym była chyba świadomość, że zaraz wrócisz do domu…

    Tak. Lubię moje domowe ognisko, poczucie bezpieczeństwa. Tu w Polsce czuję się że jestem w domu.

    Jesteś ciepłą kobietą?

    Mam dwa oblicza. Jestem ciągle w biegu, jakbym miała nigdy niewyczerpujące się baterie. Jeśli pojawia się ciekawy projekt wsiadam w samochód i jadę go realizować. Ale z drugiej strony lubię też te chwile, kiedy jestem przede wszystkim żoną, matką. Kiedy sprzątam, piorę, gotuję i chodzę po domu w dresie. W zależności od sytuacji zakładam maskę. W domu jestem ciepła, ale lubię tez wyzwania. Wtedy spełniam się zawodowo. Lubię tę sportową adrenalinę.

    Bardzo mocno skręcasz w stronę telewizji i nawet widać błysk w oku, kiedy o tym mówisz.

    Tak? Na pewno kręci mnie praca w telewizji. I cieszy mnie to, co robię. Komentuję  dyscyplinę, którą kiedyś uprawiałam, więc nie muszę się jakoś specjalnie przygotowywać. Znam wszystkich zawodników, wiem kto jak jeździł, jak jeździ teraz itd. To mi daje łatwość i swobodę. Ale na wizji pojawiam się rzadko, a to inna specyfika.

    Dlaczego short track, a nie po prostu łyżwiarstwo szybkie?

    Przypadek. W szkole zawsze jeździłam na wszelkiego rodzaju zawody sportowe. Jestem osobą aktywną i zawsze miałam smykałkę do sportu. Zawsze też sprawiało mi to przyjemność. A dlaczego łyżwy na krótkim? Mieszkałam koło lodowiska i zaczęłam zabawę na łyżwach od błękitnej sztafety i złotego krążka. I rozkręciło się. Właściwie byłam w tej dyscyplinie od prawie samego początku jej istnienia w Polsce.

    Ludzie myślą, że jedno i drugie to ściganie się na łyżwach, ale różnic jest mnóstwo.

    To są dwie kompletnie różne dyscypliny. Krótki tor to tylko jedna z różnic. Zawodnicy w szybkim w ogóle nie mają ze sobą fizycznego kontaktu na torze. Sporadycznie zdarza się, że razem upadają. A w short tracku pędzi czwórka lub piątka zawodników, którzy ciągle dotykają się ciałem, przepychają się i wielokrotnie wywracają. Musimy mieć nieprzecinalne kombinezony, które zakładamy pod spód. Do tego konieczne są kaski, okulary, bo to niebezpieczny sport. Przy upadku należy uważać na płozy, można wpaść w swoiste nożyce. Nie wiadomo przecież gdzie lód nas poniesie. Short track jest bardzo nieprzewidywalny, wszystko się może zdarzyć. Nie liczy się czas, tylko miejsce. Obowiązuje system pucharowy. Żeby dotrzeć do finału trzeba mieć nie tylko dużo siły, ale i sporo szczęścia. Ale w Polsce to chyba łatwiejsza dyscyplina do uprawiania niż łyżwiarstwo na długim torze, bo lodowiska nie muszą być jakoś specjalnie przygotowane. Podczas każdego treningu, ze względów bezpieczeństwa, muszą być jedynie ustawione materace.

    Skoro to jest niebezpieczne to… nie bałaś się nigdy?

    Strach pojawił się po porodzie. Przed urodzeniem dziecka zamykałam oczy i niech się dzieje co chce. Potem nawet autem zaczęłam wolniej jeździć. Taka wewnętrzna blokada. Zaczęłam mieć większą świadomość tego, że to naprawdę niebezpieczny sport, a w domu czeka na mnie moja rodzina. Wystarczy moment nieuwagi, błąd techniczny i wpada się w bandę albo ledwo unika się kontaktu z płozą rywala. W rezultacie po porodzie bałam się na każdym szybkościowym treningu. Ale na zawodach było już inaczej – pełna koncentracja i maksimum zaangażowania. Inaczej nie miałoby to sensu.

    Macierzyństwo zmieniło cię jako sportowca?

    Bardzo zmieniło. Nie dążyłam już do celu za wszelką cenę. Przestałam myśleć, że muszę, a zaczęłam myśleć, że chcę. Psycholog sportowy, z którym pracowałam, miał ze mną ciężko. Przed porodem obecność moich rywalek – Amerykanek, Koreanek – powodowała, że stawiałam siebie na straconej pozycji. A po porodzie cieszyłam się, że mogę z nimi startować. Ale to rozluźnienie zaowocowało lepszymi wynikami. To wtedy z koleżankami zdobyłyśmy w Malmoe brązowy medal Mistrzostw Europy w sztafecie. To dzięki podejściu. Twierdzę, że nogi zrobią to, co głowa im każe.

    A można się z tego utrzymać?

    Nie.

    Ale jakoś zarabiałyście? Stypendia?

    Stypendia były uzależnione od wyników. To nie było dobre rozwiązanie. Jadąc na Mistrzostwa Europy miałyśmy przekonanie, że to dla nas najważniejsze zawody. Ale nie tylko dlatego, że chcemy zdobyć medal. Najważniejsze było stypendium. Bo bez niego nie dałoby się kontynuować kariery. W tej sytuacji dochodziło do sytuacji, w której zawodniczka czy zawodnik zadowalali się szóstym miejscem, bo ta pozycja dawała stypendium. Walka o medal była zbyt dużym ryzykiem, bo mogło się skończyć odpadnięciem z rywalizacji. A stypendium było na 10 miesięcy, do następnych zawodów. Jeśli na nich nie udało się awansować na konkretne miejsce, nie było żalu, że nie wskoczyło się na podium, tylko że nie będzie stypendium, co oznaczało brak środków do życia. To bardzo niestabilny sport. Za samo bycie w reprezentacji Polski stypendium nie przysługiwało.

    Niedawno rozkręciłaś swojego bloga sportowamama.com. Skąd pomysł?

    Chęć uzewnętrznienia się. Jestem osobą kontaktową, bardzo otwartą. Mam wrażenie, że mam się czym dzielić. Zostałam mamą w trakcie trwania kariery sportowej, a kobiety boją się zachodzić w ciążę uprawiając wyczynowo sport. Boją się, że to nie wyjdzie. I chcę się dzielić swoimi spostrzeżeniami. Piszę przede wszystkim, ale nie tylko do sportowych mam.

    aida_bella_4

    Robisz teraz coś sportowo?

    Biegam, jeżdżę na rowerze, na rolkach. I uwielbiam to robić na świeżym powietrzu, więc kluby fitness czy siłownie odpadają.

    Ale łyżwy odstawiłaś. Dlaczego?

    Na swoich łyżwach nie mogę pójść na zwykłą ślizgawkę. One wymagają specjalnego przygotowania tafli, band. Wystarczyłoby, że ktoś we mnie wjedzie albo ja się potknę. Ryzyko jest olbrzymie. Nie mogę więc zakładać ich tak po prostu w miejscu publicznym, by sobie zwyczajnie pojeździć. A treningi odstawiłam, z różnych względów.

    Zachowałaś sportową duszę?

    Ciągle jest we mnie duch sportowy. Jestem kibicem, komentuję w telewizji zawody sportowe, bywam na imprezach sportowych. Trzymam kciuki za polskich sportowców. Zawsze będę kochać sport, nie wyobrażam sobie życia bez niego.

    A jakie plany?

    Nie planuję przyszłości. Lubię jak życie mnie zaskakuje… I już niedługo coś mnie zaskoczy. Wiem to (uśmiech).

     

    fot.: Monika Szałek

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere