• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Paweł Kapica: Jak w rodzinie

    2016-05-27
    Umówiłam się na wywiad z koncertmistrzem Polskiej Filharmonii Kameralnej Sopot – Pawłem Kapicą. – Kurczę – pomyślałam. – Orkiestra, poważna sprawa, więc wywiad też będzie poważny, może nawet trochę nudny. Okazało się, że po rozmowie wracałam do domu uśmiechnięta i pełna pozytywnej energii.

     

    Na początku chciałabym, żebyś przybliżył czytelnikom, czym właściwie zajmuje się koncertmistrz.

    Orkiestra jest podzielona na kilka sekcji. W przypadku naszej, czyli smyczkowej, jest ich pięć – pierwsze skrzypce, drugie skrzypce, altówki, wiolonczele i kontrabasy. Ja jestem liderem pierwszych skrzypiec, a to zwyczajowo przekłada się na bycie „przewodniczącym” całej orkiestry, swego rodzaju łącznikiem z dyrygentem. W czystej teorii wygląda to tak, że koncertmistrz ma z nim największy kontakt, ponieważ często reszta orkiestry nie ma możliwości, żeby obserwować dyrygenta przez cały czas, ale może grać z kimś. Zawsze jest tak, czy to w orkiestrze, czy w chórze, że gra się czy śpiewa na kogoś. W każdym zespole, nieważne, czy składa się z pięciu czy dziesięciu osób, jest ktoś, kto jest punktem odniesienia dla innych muzyków. W orkiestrze jest to dyrygent i właśnie koncertmistrz. koncertmistrz1Poza tym moim zadaniem jest nastrojenie orkiestry przed koncertem – jeśli się tego nie zrobi, rozbieżności między instrumentami są bardzo widoczne. Jestem też odpowiedzialny za szereg zadań czysto praktycznych, takich jak prowadzenie prób sekcyjnych, przygotowanie utworów czy – nie wiem, czy ktoś zrozumie, o co chodzi – ustalenie smyczków (śmiech). Zaznaczam w nutach rzeczy, do których wszyscy powinni się odnieść, po to, żeby nam się lepiej grało i żeby efekt był lepszy. Generalnie jest szereg podskórnych spraw związanych z profesjonalnym graniem w orkiestrze czy generalnie na instrumentach, którymi się zajmuję, a których człowiek niezwiązany z muzyką zwyczajnie nie zrozumie. To trochę tak, jakbym zaczął mówić o programowaniu do kogoś, kto zupełnie nie zna się na komputerach. Podsumowując, koncertmistrz jest kimś, na kogo się gra.

    Czyli masz wpływ na to, jak będzie brzmiała cała orkiestra.

    W pewnym sensie tak, ale nie przedstawiałbym tego aż tak mocno, bo największy wpływ ma zawsze dyrygent. On jest odpowiedzialny za ogólną wizję całego utworu czy symfonii. Ale na pewno mam wpływ na to, jak będą grały pierwsze i drugie skrzypce. Często między nami są dyskusje, jak zagramy dany fragment – szybciej czy wolniej, głośniej czy ciszej. Bywa, że dyrygent zostawia nam pewną swobodę i mówi: „Proszę państwa, teraz gramy na koncertmistrza”. Na pewno jakiś wpływ mam, czasem większy, czasem mniejszy.

    Przez to, że jesteście niewielką grupą, możecie mieć większy kontakt z publicznością.

    Zdecydowanie. Wyjaśnienie specyfiki tej muzyki można znaleźć już w nazwie naszej filharmonii. Gramy utwory kameralne, czyli te pisane na składy od dwóch do około piętnastu instrumentów, nie więcej. Taka orkiestra, jak nasza jest teoretycznie przeznaczona do grania w mniejszych pomieszczeniach, bliskiego kontaktu z ludźmi. W odróżnieniu od muzyki symfonicznej, którą gra się w dużym składzie, dla dużej publiczności, w dużych, często monumentalnych salach, nasza jest bardziej intymna i faktycznie czujemy się swego rodzaju jednością z publiką. Sama widzisz, że nasza sala koncertowa jest niewielka, może nawet trochę za mała, bo mieści około 250 osób, a my często wypełniamy Operę Leśną, np. na festiwalu Sopot Classic, na który przychodzi nawet 4,5 tys. ludzi. Wtedy gramy co prawda w powiększonym składzie, koncerty są, nazwijmy to, „monumentalne”. Bardzo podoba mi się to, że w wakacje możemy zagrać dla olbrzymiej publiczności, to jest przeciwieństwo tego, co dzieje się tutaj, w naszej siedzibie. Sprawia mi to olbrzymią satysfakcję, za każdym razem jestem bardzo podekscytowany faktem bycia na scenie Opery Leśnej i tym, że widzę tych wszystkich ludzi. Druga rzecz – czujesz, że oni tam są, emocje, które płyną z ich strony, to wszystko się kumuluje i do ciebie dociera. Muzycy to tacy ludzie, którzy są nawet nadwrażliwi na pewne emocjonalne sprawy. Istnieje coś takiego, jak wymiana energii pomiędzy widownią a wykonawcami, a przy czterech tysiącach osób to wrażenie staje się niesamowicie intensywne.

    Pamiętam jeden z momentów, wakacyjny koncert, na których miałem okazję grać solo jeden z fantastycznych utworów miłosnych - „Medytację” z opery „Thaïs” Masseneta. To niebywałe, jak mocno odczuwałem widownię, przyciemnione światło wieczoru. Wszystko to w połączeniu z muzyką tworzy zupełnie wyjątkowy nastrój, wprowadza ludzi w fantastyczne rejony wyobraźni. Podobnie było także z muzyką Gershwina. Wspomnienia i przyjemności z PFK są więc olbrzymie.

    Jakaś przygoda zapadła ci szczególnie w pamięć?

    Tych przygód, dobrych i złych, jest tyle, że w tym momencie przychodzi mi do głowy tylko jedna, a pewnie jest cała masa ciekawszych wydarzeń. W zeszłym roku, podczas tournée z Krystianem Zimermanem, wielką gwiazdą, ekscytującą osobą, byłem niesamowicie podekscytowany już samym faktem, że mogłem siedzieć obok niego. koncertmistrz2Facet roztaczał taką aurę, że cała orkiestra grała czterdzieści razy lepiej, serio! Nadszedł pierwszy koncert, na sali koncertowej spokojnie 3 tys. osób. Mamy 10 minut do wyjścia, pełna koncentracja, a ja patrzę, że w moich skrzypcach jest struna do wymiany, a to bardzo zły omen przed samym koncertem. Strunę trzeba wymienić, rozciągnąć i rozegrać, a to zajmuje trochę czasu, w przeciwnym wypadku instrument zwyczajnie gra nieczysto. A tutaj perspektywa grania przed trzema tysiącami ludzi, do tego także solówki, sytuacja dosyć stresująca. Dochodzimy do drugiej części koncertu, póki co wszystko jest ok, więc już wiem, że dalej też będzie dobrze. Później schodzę z estrady, sprawdzam, a struna jest zupełnie poniżej skali i jestem w szoku, że w ogóle udało się zagrać czysto. To niesamowite, że nie było tego słychać! Co do śmieszniejszych sytuacji – graliśmy kiedyś koncert w Austrii, w pałacu Esterházy, w którym niegdyś nadwornym kompozytorem był Józef Haydn. Wiadomo, że jeśli gramy z prestiżowym miejscu, to odczuwa się ciśnienie. Cała sala nabita ludźmi, wszystko przygotowane, orkiestra siedzi na swoich miejscach. Wychodzi nasz dyrygent, podnosi ręce, a nagle odpina mu się pas od fraka i spada na ziemię (śmiech). Od tej pory włączył nam się pełen luz, wszyscy mieli uśmieszki na twarzach, oczywiście nikt nie komentował, ale atmosfera bardzo się rozładowała. Generalnie w pracy orkiestry zdarza się mnóstwo zabawnych i trudnych sytuacji, na ten temat można napisać książkę.

    Nawiązując do utworów – ostatnio Polska Filharmonia Kameralna wydała album z ostatnią z symfonii Beethovena. Brałeś udział w nagraniach?

    Nie we wszystkich. Zacząłem pracować w orkiestrze w 2006 roku, wtedy kilka symfonii było już zarejestrowanych. Ale od tego czasu tak, można mnie usłyszeć na płycie.

    Było inaczej niż na co dzień? W końcu nagrywaliście w innym miejscu, z dodatkową orkiestrą, ze śpiewakami.

    Dla mnie – nie. Jesteśmy orkiestrą kameralną, smyczkową, ale bardzo często gramy w powiększonym składzie, w razie potrzeby ściągając dodatkowych muzyków z całej Polski, którzy na co dzień grają w czy to Teatrze Wielkim w Warszawie czy w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, a także w gdańskich orkiestrach. Jest to dla nas normalne, przede wszystkim w kontekście wyjazdów zagranicznych. Często koncerty w Niemczech, w najlepszych salach koncertowych w Europie, to występy z programem symfonicznym, na dużą orkiestrę. Wtedy pojawia się nasza – smyczkowa, a do tego instrumenty dęte. Tak więc nie było to nic wyjątkowego, zwyczajnie powiększony skład, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Taki system funkcjonuje u nas od początku istnienia tej orkiestry, czyli od ponad 30 lat.

    Nie ciągnie cię czasami do większego zespołu?

    Grywałem w orkiestrach symfonicznych. Co tu dużo mówić – na pewno w orkiestrze kameralnej nie zagramy Mahlera, Brucknera czy wielkich dzieł Szostakowicza. Z drugiej strony muzyk orkiestry symfonicznej, w której siedzi dwudziestu skrzypków, indywidualnie ginie. Nie słychać go w tej masie. A w grupie kameralnej, w której mamy ich sześciu, każdy ma wpływ na brzmienie orkiestry, i w tym dobrym znaczeniu tego słowa, i w tym złym. Wszystko słychać, nie da się nic ukryć, każdy musi być nieustannie w wysokiej formie, bo uszy nie kłamią. Dlatego właśnie orkiestra kameralna jest czymś, co bardzo mi odpowiada, chociażby ze względu na higienę pracy, czyli utrzymanie formy. Jeśli chodzi o mnie, o moje podejście do grania, do bycia muzykiem, to właśnie jest jedna z najważniejszych rzeczy, na które zwracam uwagę. W orkiestrze symfonicznej gra się zupełnie inną muzykę, ale moim zdaniem nie ma takiej satysfakcji, że coś zależy od pojedynczego muzyka.

    Wydaje mi się, że muzyka jest inna tylko w teorii, bo jednak nagraliście Beethovena, który pisał utwory odpowiednie właśnie dla orkiestry symfonicznej. Orkiestra kameralna nie do końca mi do tego pasuje.

    Oczywiście, że tak. Beethovena grywa się w wielkim składzie, ale także w mniejszych orkiestrach, takich jak nasza. W takich sytuacjach mamy kilka osób, jak to mówimy, „doangażowanych”. Powiedzmy sobie szczerze – zagranie IX Symfonii w naszym stałym składzie byłoby zwyczajnie niemożliwe.

    koncertmistrz3Ale i tak zagraliście w mniejszym składzie niż standardowo.

    Nie analizowałem tego tak mocno, ale faktycznie tak było. W związku z tym wymagało to od nas większej precyzji. Mimo wszystko, kiedy w sekcji skrzypiec jest sześciu muzyków, to trzeba też grać głośniej niż kiedy jest ich dziesięciu, więc trzeba z siebie więcej dać.

    Obchodzisz w tym roku dziesięciolecie grania w Orkiestrze PFK.

    Tak, faktycznie jestem tu już dziesięć lat, z małą przerwą.

    Wygląda na to, że coś cię tu przyciąga, skoro wróciłeś do grania właśnie tutaj.

    Na to wpływa szereg czynników związanych nie tylko z graniem. Ale mówiąc o tym, dlaczego gram właśnie tutaj... Na pewno duże znaczenie ma to, że jest to orkiestra kameralna, że gramy w małym składzie, że potrzebne jest tu duże zaangażowanie w pracę. Odpowiada mi też precyzja i podejście naszego dyrektora, prof. Rajskiego. Różnie się o tym mówi, ale ja jestem w tej kwestii podobny do niego, więc bardzo mi to odpowiada. Poza tym znałem go już wcześniej, z czasów, kiedy grałem w orkiestrze warszawskiej, którą kierował.

    To on cię tu sprowadził?

    Do Trójmiasta ściągnęła mnie moja ówczesna partnerka, dzisiaj już żona, tak więc można powiedzieć, że sprowadziła mnie tu miłość. Mieszkam tu ponad dziesięć lat i w tym momencie nie widzę siebie w innym mieście. Stwierdziłem, że to jest najlepsze miejsce do życia w Polsce. W sumie to też ma wpływ na to, że gram właśnie w sopockiej orkiestrze – to jest miasto, w którym jest coś wyjątkowego, ma zupełnie inny klimat. Jest małe, a jednocześnie dużo się tu dzieje. A w PFK widać też trochę niesamowitego ducha przeszłości, są wśród nas osoby, które grają tu od samego początku, czyli 1982 roku i koncertowały w niesamowitej ilości miejsc. Marzę o tym, żeby zagrać w tylu miejscach, co oni, w topowych salach koncertowych w Europie, z Berlinem i Paryżem na czele. To jest coś, co teraz rzadko zdarza się orkiestrom kameralnym. Zmieniły się czasy, zmienił się też profil orkiestry, nasza sytuacja ekonomiczna też jest inna niż w latach osiemdziesiątych, wtedy był złoty czas dla polskich muzyków orkiestrowych.

    Profesor Rajski w ostatnim wywiadzie dla Live&Travel wspominał, że nie dostajecie zbyt dużych dotacji, a to utrudnia działalność.

    Tak, w porównaniu z dużymi, instytucjonalnymi orkiestrami, dostajemy naprawdę niewielką pomoc. Jesteśmy instytucją pośrednią pomiędzy grupą, która działa na własny rachunek a zespołem, który dostaje fundusze na podstawowe działania na miejscu. Szereg koncertów organizuje nasze biuro, nasz manager czy agenci, i to są typowo impresaryjne wydarzenia, na które jesteśmy zapraszani.

    Live&Travel to magazyn związany z podróżami, więc nie mogę nie zapytać o koncerty wyjazdowe.

    Podróżujemy sporo. Tak jak mówiłem, nie jest to tyle wyjazdów, ile było kiedyś, ale taka jest specyfika bycia muzykiem, nie wyobrażam sobie tego bez podróży. To, ile się jeździ, gdzie się koncertuje, jest dla nas pewnym miernikiem sukcesu. To jest naturalna rzecz, a przy okazji coś fantastycznego – jedziesz zagrać koncert, sprawia ci to przyjemność, dostajesz za to pieniądze – raz mniejsze, raz większe, ale jednak – a przy okazji widzisz kawał świata.

    A gdzie byś wrócił najchętniej?

    Tylko raz byłem w Meksyku, więc tam poleciałbym z przyjemnością, chciałbym zobaczyć jego południowe zakątki. Europę zjeździliśmy wzdłuż i wszerz, tu wszystko jest już oczywiste, można się gdziekolwiek wybrać w każdej chwili. Najbardziej pociągają mnie inne kontynenty. Wkrótce jedziemy koncertować w Chinach, do Pekinu i Szanghaju. To jest bardzo ekscytujące – byłem w tym kraju wcześniej z moim kwartetem, to jest zupełnie inny świat.

    koncertmistrz4À propos kwartetu: dużo działasz poza PFK, zresztą też w kameralnym gronie.

    Tak, NeoQuartet to, że tak powiem, nasze własne dziecko. Czwórka ludzi z Trójmiasta, z którymi znam się i przyjaźnię odkąd sprowadziłem się do Gdańska, więc już kupę lat. Poznałem wtedy środowisko muzyczne i wraz z trzema innymi muzykami, przy piwie, postanowiliśmy założyć zespół. Stwierdziliśmy zgodnie, że samo granie w orkiestrze to nie jest to, co nas do końca kręci, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że robienie czegoś na własną rękę jest równie ważne. Wszyscy lubimy muzykę bardziej awangardową niż czysta klasyka, usiedliśmy, zastanowiliśmy się, co chcielibyśmy grać i postawiliśmy na muzykę współczesną, dość kontrowersyjną działkę, jeśli chodzi o odbiór, z dosyć niszową widownią. Ale dla nas jest to niezwykle inspirujące, wymagające twórczości i kreatywności. Nasza muzyka jest często atonalna, pozbawiona melodii, słychać w niej szumy, wszystko na zasadzie eksperymentu. Obok instrumentów jest w niej sporo elektroniki, przez to na skrzypcach gra się zupełnie inaczej niż w orkiestrze, wydobywa się z nich inne dźwięki. Mamy duży kontakt ze współczesnymi kompozytorami, dzięki temu często jesteśmy współtwórcami tych utworów, a nie tylko odtwórcami. Pracę muzyka klasycznego można porównać do pracy aktora. W obydwu przypadkach dostaje się gotowy tekst, który jest później twórczo interpretowany. Główny nurt opiera się na interpretacji, a nie improwizacji. W muzyce współczesnej mamy obie możliwości. Czasem jest tak, że kompozytor daje nam wskazówki, a czasem nawet swobodę. Pod tym kątem jest to dla nas bardzo inspirujące, powiedziałbym też, że odświeżające. Żeby to dobrze robić, trzeba to lubić. Kręci nas też to, że tu nie ma granic, możemy pójść w każdym kierunku, jaki nam się spodoba i będzie to można włożyć do worka z muzyką współczesną. Jest coraz więcej festiwali, w samym Gdańsku kilka, to też jest fajne i bardzo wciągające. Inna sprawa to fakt, że samo tworzenie czegoś od podstaw i trwanie przy tym, tak jak my trwamy przy naszym zespole już od dziesięciu lat, to ogromna satysfakcja. Wyszliśmy od idei i udało nam się to zrobić. Podejmowaliśmy szereg działań, krok po kroku. Były i porażki, i sukcesy, taka nieustanna sinusoida. Ale wciąż idziemy do przodu, czujemy się dzięki temu wolni i wiemy, że jeszcze wiele przed nami. Mamy nawet swój własny festiwal – NeoArte – Spektrum Muzyki Nowej, w tym roku będzie już piąta edycja. Oczywiście najwięcej gramy my, bo to nasze dziecko, ale powstają z tego niesamowicie ciekawe kooperacje, także międzynarodowe. Podsumowując, jest to bardzo twórcza robota.

    No właśnie, jest też NeoArte.

    Tak, to jest nasze stowarzyszenie. Nie da się działać w Polsce, w naszych warunkach, bez podparcia instytucjonalnego, osobowości prawnej. To daje możliwość lepszego zarządzania finansami, a przede wszystkim pozyskiwania różnego rodzaju funduszy od podmiotów prywatnych czy państwowych, podobnie działa PFK i jej fundacja. To jest coś, co jest niezbędne przy tego typu działaniach. Bardzo trudno jest stworzyć np. festiwal, będąc osobą fizyczną. Stowarzyszenie założyliśmy jednak nie tylko po to, żeby pomóc sobie, ale też w celu szerszej promocji muzyki współczesnej. Bez stowarzyszenia nie osiągnęlibyśmy tego, co mamy. Wspieramy młodych kompozytorów, w ramach festiwalu organizujemy darmowe warsztaty i spotkania z twórcami. Myślimy o pomocy systemowej, ale do tego jeszcze długa droga, bo mamy mnóstwo pracy poza stowarzyszeniem, jesteśmy pracownikami filharmonii, jest wśród nas wykładowca Akademii Muzycznej w Gdańsku. Tutaj potrzebne jest opanowanie sztuki dobrego zarządzania sobą w czasie.

    Masz w ogóle wolny czas?

    Tak, to jest kwestia odpowiedniego zorganizowania się. Mam żonę i dwójkę dzieci, z którymi staram się spędzać jak najwięcej czasu. W każdą niedzielę wieczorem w domu robimy naradę, co będziemy robić w przyszłym tygodniu, jakie są plany, co będzie się działo, wszystko po to, żeby nie spotykały nas jakieś niespodziewane kryzysy związane z brakiem czasu. Bardzo nad tym pracujemy. Oczywiście czasami niespodzianki się zdarzają.

    A co robisz, jak jesteś sam ze sobą?

    Uwielbiam być sam ze sobą, to wynika ze specyfiki bycia muzykiem. Każdy z nas ma za sobą setki godzin, które poświęciliśmy na samotne ćwiczenia. Czasami musimy być sam na sam ze swoim instrumentem, to buduje więź z nim i z muzyką, a do tego uczy samodzielnej i samotnej pracy. Co do wolnego czasu – lubię czytać. Lubię słuchać muzyki, bardzo różnych rodzajów. Czasami zwyczajnie mam ochotę pobyć w ciszy, pójść na spacer, może dlatego, że pracuję też uszami. Zdarza się, że uprawiam sport, żeby zachować formę, bo mimo wszystko bycie muzykiem też wymaga siły i samozaparcia. Długie próby i koncerty są czasami bardzo obciążające. Każdy, kto myśli o profesjonalnym graniu, czy to w orkiestrze, czy kwartecie, a nawet solo, musi w pewnym momencie przemyśleć kondycję, formę i budowę swojego ciała, żeby je wspierać.

    Dlaczego wybrałeś skrzypce? Czemu nie np. fortepian?

    To jest zabawna historia. Moi rodzice nie byli muzykami, za to babcia była pianistką. Jak byłem mały, to pozwalała mi i mojemu bratu brzdąkać na pianinie, ale w pewnym momencie powiedziała: „Koniec! Albo uczycie się grać, albo więcej nie dotykacie instrumentu”. Ja, jako że jestem młodszy, byłem bardzo wpatrzony w swojego brata. On powiedział, że nie chce się uczyć, więc ja tak samo, miałem wtedy sześć lat. Po dwóch latach brat powiedział babci, że jednak chce się uczyć, więc ja podobnie. – „Tak, też jestem zainteresowany!” – powiedziałem. Jako że brat był starszy, został oddelegowany na wiolonczelę, a ja, mniejszy, na skrzypce. Co ciekawe, mój brat po jedenastu latach nauki w szkole muzycznej zrezygnował z grania. Mi wewnętrzny głos powiedział, że powinienem przy tym zostać. Jak miałem te czternaście lat, sprawa wcale nie zapowiadała się jakoś ciekawie. Nie byłem zdolnym dzieckiem, które wygrywało konkursy i wszyscy się nim zachwycali.

    koncertmistrz5Wiadomo już jak będzie wyglądał tegoroczny Sopot Classic?

    Festiwal odbędzie się 3-8 sierpnia, a Koncert Inauguracyjny tradycyjnie będzie miał miejsce na scenie Opery Leśnej. W tym roku Orkiestra wystąpi z wybitną śpiewaczką operową – Aleksandrą Kurzak. W trakcie Festiwalu zabrzmi także muzyka filmowa polskiego kompozytora Jana A.P. Kaczmarka, zdobywcy Oscara za muzykę do filmu „Marzyciel”; muzyka barokowa w wykonaniu niemieckiego zespołu La Stagione, natomiast koncert finałowy to „Vivaldi contra Piazzolla”. Jednak do festiwalu jeszcze sporo czasu, mamy po drodze wyjazd do Chin i nagranie dwóch płyt, do tego koncerty, więc skupiam się na tym.

    To strasznie dużo pracy!

    W życiu muzyka bywa tak, że mamy np. tydzień wolnego, bo nic się w najbliższym czasie nie dzieje, ale za chwilę jest znów miesiąc bez dnia dla siebie czy rodziny. Ta praca rządzi się swoimi prawami, tutaj nie ma reguły. Jesteśmy już do tego przyzwyczajeni (śmiech). Ale bardzo mi to pasuje, oddaję tej pracy całego siebie i staram się robić wszystko jak najlepiej. Czasami zdarzają się przygody, ale satysfakcja, kiedy widzisz tych wszystkich ludzi, którzy biją ci brawa, jest niezastąpiona.

    Chyba jesteś wobec siebie bardzo wymagający.

    Na pewno, ale też bez przesady, trzeba do tego podchodzić z dystansem i z humorem. Wracając do PFK, bardzo podoba mi się nasz repertuar. Gramy dużo klasyki, osobiście uwielbiam Mozarta, Beethovena czy symfonie Haydna. Atmosfera małego zespołu także jest niezwykle istotna, czujemy się tu trochę jak w rodzinnej firmie. Każdy wie, że jest różnica między małym, rodzinnym biznesem a korporacyjnym molochem. Wielkie orkiestry symfoniczne nazywane są w środowisku muzycznym „fabrykami”, tam idzie się jak do pracy – zrobić swoje. U nas nie odczuwa się do końca tego, że właśnie w tym momencie się pracuje. Mamy większy wpływ na to, co się dzieje i to nadaje naszej pracy większego sensu. Każdy w zespole ma swoją wartość i czuje to, że niesie ze sobą coś dobrego, to satysfakcja jest od razu większa.

     

    tekst: Katarzyna Szewczyk

    fot.: Tomasz Sagan

    Galeria
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere