• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Amerykański sen PFB

    2016-05-24
    Pierwsze miesiące 2016 roku były dla Orkiestry PFB niezwykle ekscytujące. Muzycy mieli okazję wypromować za oceanem Pomorze i tutejszą kulturę, grając w najbardziej prestiżowych salach koncertowych w USA. Jakie wrażenia przywieźli ze Stanów?

     

    Piotr Pożakowski, waltornia 

    Amerykańskie tournée naszej orkiestry było ciekawym doświadczeniem, przede wszystkim ze względu na jego skalę. 68 dni, 43 koncerty w 19 stanach, 19 tys. km przejechanych autokarami, 19 tys. km przelecianych samolotami. Instrumenty i stroje poleciały do USA tydzień przed nami, tam podróżowały ciężarówką. Gdy przyjeżdżaliśmy na miejsce – już na nas czekały. Po koncercie wszystko pakowane było do skrzyń, skrzynie do ciężarówki, i tak niemal codziennie.

    pfk_1Inny aspekt to poznanie samego kraju. Turystycznie byłem w USA już trzykrotnie i miałem możliwość poznać dość dobrze to, co w tym kraju jest najpiękniejsze – cuda natury. Nasza trasa koncertowa nie pozwalała na podziwianie przyrody, mieliśmy za to możliwość poznania tego kraju od innej strony. Najciekawsze było dla mnie życie muzyczne. Uniwersytety, dysponujące często wspaniałymi salami, których mogłaby pozazdrościć niejedna polska filharmonia,w mniejszych miastach są centrami życia kulturalnego. Są miejscem koncertów symfonicznych i kameralnych, przyjeżdżają tam największe amerykańskie orkiestry i soliści, a my byliśmy częścią tego. Gościliśmy w kilku salach poza uniwersytetami, z których najwspanialsze były The Palladium w Carmel, Armstrong Auditorium w Edmond koło Oklahoma City i Segerstrom Concert Hall w Costa Mesa koło Los Angeles. Występ w takich salach to dla każdego muzyka wielka przyjemność.

    Dni wolne staraliśmy się organizować we własnym zakresie. Odwiedzając wielkie miasta, korzystaliśmy z ich oferty kulturalnej. W Nowym Jorku byliśmy w Metropolitan Opera, na Brodway'u i w Nowojorskiej Filharmonii. Udało nam się także usłyszeć doskonały koncert symfoniczny w Davies Symphony Hall w San Francisco. Było warto! 

    Mateusz Mroczek, skrzypce 

    Będąc w Stanach doświadczyłem prawdziwego zderzenia cywilizacji. Obserwowałem Amerykanów, młodych, prężnych, pełnych energii ludzi. Druga, bardzo pozytywna kwestia to wrażenie, że pokonujesz drogę przez prawdziwie bezkresny, różnorodny kraj. Podróżowaliśmy z jednego wybrzeża na drugie, od Florydy po Nowy Jork – każde miejsce było inne, można było poczuć jego historię, a przez to historię całego państwa. Są tam pozostałości wojny secesyjnej, dostrzegalne różnice między Północą a Południem.

    Osobnym tematem jest Nowy Jork, który wygląda jak w filmach Woody'ego Allena, można w nim spędzić nawet kilka miesięcy, a nawet przez chwilę się nie nudzić. Widać mieszankę narodowościową, która żyje w jednym mieście w pokoju i świetnie funkcjonuje. A współpraca z amerykańską obsługą była czystą przyjemnością, to wspaniali ludzie. Inny rodział to wizyta w Kalifornii – pięknym stanie, w którym nigdy nie zachodzi słońce. Miałem wrażenie, że można tam żyć pod drzewem pomarańczowym i karmić się samym powietrzem.

    Wizyta w Stanach była ciekawym doświadczeniem, zobaczyłem kawał kraju i mam na ten temat same pozytywne odczucia. Bardzo się cieszę, że mogłem tam spędzić aż 2,5 miesiąca, grając koncerty dla cudownej publiczności.

    Mirosław Pachowicz, fagot 

    Zwiedzamy Amerykę z okien autobusu. Krajobraz się zmienia – widzimy wysokie, porośnięte gęstym lasem góry gdzieś w Ohio, teraz brązowo-białe; później patrzymy na sielskie pola Illinois w kolorach sepii; w końcu płaskie jak stół przestrzenie w Michigan, które czasem wieńczy samotne, rozłożyste drzewo. pfk_2Z okien autobusu podziwiamy żółtą prerię w Oklahomie czy Kansas, tak surową i nieprzystępną. Gdzieś daleko przed nami widać tylko drogę, a potem zielone wzgórza Kaliforni, które niczym Prowansja czy Toskania kuszą łagodnymi stokami winnic. Jest też Arizona i Kolorado – czerwone góry, ostre skalne krawędzie. To prawdziwa feeria barw, tak intensywna, tak kłująca, tak fascynująca. Gdzieniegdzie widać śnieg. Biały, prawdziwy w tym odrealnionym świecie marsjańskiej czerwieni, tutaj, u nas, na Ziemi.

    Mijamy miasta. Industrialne, zakurzone Charlestone. Strzeliste i błyszczące Richmond. Podczas lądowania kilomentrami rozciąga się Los Angeles. Z jednej strony łagodnie zamknięte błękitem oceanu, z drugiej – ucięte suchymi Górami Skalistymi. New Jersey to wielkie, kilkupoziomowe skrzyżowania, a za oknem jednego z hoteli w Newark co chwila lądują albo startują samoloty. Z fascynacją, niby rozświergotani, ale skupieni i oczarowani obserwujemy masy wód Niagary.

    Jest też Nowy Jork, wchłaniający niczym ruchome piaski. Rozświetlony, wielki, chyba zbudowany w całości ze światła i szkła. Jest las Vegas: kiczowate, plastikowe, beznamiętne, tętniące nocnym życiem na pokaz, pełne pogoni za wyśnionym bogactwem i chwałą.

    Przytafiły się także potkania po latach: przypadkowe, potwierdzające stare polskie porzekadła. I teraz będę tęsknił bardziej, bo doszła świadomość nieuchronności, bierności i bezsilności wobec dróg, którymi idziemy. Wychodzę z tego chyba obronną ręka. Nie wiem, co dalej. Mimo świadomości swojego miejsca, chcę więcej. Chcę mojej Ameryki.

     

    źródło: Polska Filharmonia Bałtycka

    fot.: P. Urbanek

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere