• Współpraca
  • O nas
  • Polityka Prywatności
  • Reklama
    reklama Anywhere
    Anywhere .


    Twarzą w lawę

    2016-04-19
    Juliusza Verne poniosła literacka fantazja, gdy pisał o naturalnych podziemnych przejściach między wulkanami Islandii i Włoch. Takich atrakcji wulkany nie oferują. Ale to wcale nie przeszkadza w ich podziwianiu. Z bliskiej odległości.

     

    Gatunek ludzki realizuje swój popęd ku śmierci w rozmaity sposób. Może na przykład to robić pchając się na szczyty czynnych wulkanów. Nie żeby Freud miał coś do czynienia z wulkanologią, ale na śmiertelnie niebezpiecznych „gardłach ziemi” wielu ludzi doznaje spełnienia. Zwłaszcza, gdy te gardła plują ogniem. Turystyka wulkaniczna, kiedyś uważana za domenę ludzi niespełna rozumu, dziś staje się coraz lepiej zorganizowanym organizmem. Na wulkany całego świata można się wspinać teraz, zaraz. Oczywiście w zależności od zapotrzebowania na adrenalinę i zasobności portfela.

    Wariant I: turysta

    W tej kategorii mieszczą się przede wszystkim wulkany na obszarach atrakcyjnych turystycznie, czyli tam, gdzie – oprócz płynącej lawy – zobaczymy również pobliskie starówki oraz szereg przyjemnych knajp. Prym wiodą tu zdecydowanie Włochy, przynajmniej w wymiarze europejskim. Ludzie sami pchają się tu do wulkanów, o czym można się przekonać lecąc na weekend do Neapolu. Jedno z bardziej znanych włoskich miast nieprzerwanie trwa w cieniu stożka, zaliczanego do światowej czołówki jeśli chodzi o aktywność. Nie przeszkadza to ani mieszkańcom, ani tysiącom turystów: opcje „one day trip” można znaleźć na każdym rogu. Cena takich wojaży oscyluje w granicy kilkuset złotych. W pakiecie dostajemy wejście na sam szczyt wulkanu, widoki do i z krateru oraz wizytę w okolicznych ruinach Pompejów. Ku przestrodze, bo miasto w całości padło ofiarą wulkanu w 79 r. n.e., zamieniając się w wielką pumeksową trumnę. Warto nadmienić, że przy aktywności Wezuwiusza zdarzyło się to wystarczająco dawno, by mógł wszystkich zaskoczyć jeszcze raz.wulkan2

    Konkurencją turystyczną dla Neapolu są z pewnością wulkany wysp Morza Tyrreńskiego. Sycylijska Etna to najaktywniejszy wulkan w Europie, z podnóżem usianym polami lawowymi oraz jaskiniami, które stanowią dodatkową atrakcję. Równie dużo ma do zaoferowania Stromboli, mieszczący się na wysepce o powierzchni zaledwie 12 km kw. – nie dość, że można tu przyjechać na erupcje o każdej porze roku (wulkan jest nadzwyczaj regularny), to jeszcze bezpiecznie można je oglądać ze stosunkowo bliskiej odległości. A po wszystkim pójść do winiarni, bo tutejsza winna latorośl rosnąca na żyznych wulkanicznych glebach, należy do najlepszych w regionie. Alternatywą dla włoskich wulkanów jest przelot na Wyspy Kanaryjskie, gdzie mieści się mniej aktywny i przez to bezpieczniejszy Teide. Wjazd kolejką na sam szczyt kosztuje ok. 20 euro. Bogatsza wersja tego wariantu zakłada oczywiście wycieczki zamorskie. Kierunek, na który warto się zdecydować w tym przypadku to Hawaje. Amerykańskie terytorium dosłownie siedzi na lawie – tutejszy wulkan Kilauea wypluwa ją nieprzerwanie od ponad 30 lat i nie wygląda na to, by prędko przestał. Jeśli więc kogoś stać na szybki przelot na drugą stronę globu, niech się nie waha. Kilauea słynie zwłaszcza z nocnych erupcji: to niezapomniane spektakle ognia i wody. Prywatne wycieczki można wykupić „na godziny” – więcej zdąży się zobaczyć za wyższą cenę. Czterogodzinna eskapada kosztuje ok. 150 dolarów, za pół dnia z wulkanem zapłacimy ponad 700 dolarów. Dla stroniących od turystycznego natłoku godny polecenia jest francuski Reunion. Wyspa, położona kilkaset kilometrów na wschód od Madagaskaru, to miniatura Hawajów, głównie za sprawą hiperaktywnego wulkanu Piton de la Fournasse.

    Wariant II: traper

    Poprzednia opcja zakładała dreszczyk emocji w formie all-inclusive. W tej cywilizacja zostawia nas zdanych na pastwę wulkanu: znikąd hotelu, znikąd samochodu, który nas podwiezie do najbliższego schroniska. Wycieczkę na wulkan traktuje się tu jak regularną wielodniową eskapadę przez, najczęściej nieprzyjazne, odludzia. O ile wyprawy na Mt. St. Helens czy popularny od niedawna islandzki Eyjafjallajökull oferują umiarkowane odcięcie od cywilizacji, o tyle wyprawy na wulkany Kamczatki, Alaski oraz Afryki leżą na górnej półce ekstremy. Zarówno tej odczuwalnej, jak i cenowej: koszta takiej wyprawy liczy się w grubych tysiącach (za eskapady po Islandii trzeba zapłacić jak za mały samochód). Najbardziej kosztowne są wyprawy na Kamczatkę – firmy, które się w nich specjalizują, jasno podają, za co trzeba zapłacić. Wiza, dopłaty do standardu hotelowego (a te w Rosji bywają niskie), wstępy do rezerwatów i na teren parku narodowego – to kolejne koszta, a sama wycieczka swoje pochłania. Mimo wszystko chętnych nie brakuje: wulkany Kamczatki to w końcu także wymagające szczyty górskie. Nietrudno zgadnąć, że największe zainteresowanie budzi największy z nich – Kluczewska Sopka. Adrenalina wzrasta, gdy doda się do tego fakt, że to najbardziej aktywny wulkan w Eurazji (wypluwa z siebie 5% światowej lawy), a na swoim koncie ma już kilka ludzkich istnień. Wspinacze, oprócz znacznych trudności w terenie, muszą uważać na niespodziewane potoki stopionej skały, które co jakiś czas wypływają ze szczytu. Równie wiele atrakcji oferują afrykańskie stożki: brak odpowiedniej infrastruktury i warunki pogodowe odstraszają niedzielnych turystów. Ci, którzy zdecydują się na trekking w którejś z afrykańskich wulkanicznych mekk – Etiopii, Tanzanii czy pogranicza Rwandy i Demokratycznej Republiki Konga – mogą doświadczyć widoków unikalnych w skali światowej. wulkan3To tu znajdują się dwa spośród czterech jezior lawowych na Ziemi: Erta Ale i Nyiragongo. Co więcej, można dotrzeć do każdego z nich. Za przejrzenie się w roztopionej skale zapłacimy, bagatela, ok. 10 tys. zł. Na obszarze Alaski główną atrakcją, oprócz zdobywania wulkanów, jest ich… odkrywanie. W ubiegłym miesiącu grupa amerykańskich naukowców odkryła tuzin nowych stożków. Zawsze mogą być następne.

    Wariant III: łamacz praw

    Ta opcja nie obfituje w oferty i zapewne niewielu się na nią skusi, bo wymaga bycia na bakier z prawem. Niemniej jednak, znajdują się śmiałkowie, którzy się na nią decydują. Mowa o odwiedzinach miejsc, które w wyniku działalności wulkanów zostały zamknięte dla odwiedzających. Wśród takich znajdują się m.in. wysepka Anak Krakatau i południowa część wyspy Montserrat w archipelagu Małych Antyli. Pierwsza powstała po ogromnej erupcji wulkanów na Krakatau w 1883 roku, druga wyludniła się po dwuletnim wybuchu Soufriere Hills w połowie lat 90. Na obydwie obowiązuje zakaz wstępu: do Krakatau można podpłynąć najwyżej na odległość 3 km z uwagi na jego wysoką aktywność, na Montserrat tylko północna część jest otwarta dla zwiedzających. Nie powstrzymuje to śmiałków przed próbami dotarcia w objęte restrykcjami rejony. Chrapką dla wielbicieli wulkanów jest zwłaszcza wyludniona stolica Montserrat, Plymouth. czterotysięczne miasto stoi. Jeszcze, bo wulkan w każdej chwili może wybuchnąć. Lepiej się tam nie znaleźć w czasie erupcji.

     

    tekst: Mateusz Kołos

    fot.: www.pixabay.com, www.fotolia.com

    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere
    Reklama
    reklama Anywhere