O trudnych wyborach człowieka z analogową duszą

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Rozmawiamy. On wie wszystko, ja niewiele, żeby nie powiedzieć nic. Zazwyczaj lubię takie momenty, gdy mogę się czegoś nowego dowiedzieć, gdy mogę chłonąć jak gąbka. W tej sytuacji nie chłonę nic. On mówi językiem, który jest poza moim zasięgiem. Lubię to tłumaczyć mym „humanizmem”, a dokładniej mą duszą humanistki, która o ile z matematyką nie ma problemu, to z informatycznym zagadnieniami mija się zupełnie.

Trzeba mi, wybaczcie kolokwializm, jak krowie na rowie, trzeba wręcz łopatologicznie, inaczej się nie da. Kolejny raz, gdy ktoś mówi o zagadnieniach z technologią związanych, udowadniam samej sobie i światu, że jestem SUPERUDAWACZKĄ, mechanicznie kiwam głową i lekko się uśmiecham, bo nawet nie wiem jakie pytania zadawać. W końcu dociera do mnie, że ON pracownik sklepu komputerowego odpłynął w swój świat, że dzieli się ze mną wiedzą tajemną, o której pojęcia nie mam i nie będę miała. I nagle słyszę:

— Przepraszam, przepraszam za szybko?

— Nie, nie — uśmiecham się, odpowiadając półgębkiem. — W porządku.

I wtedy pada to straszne pytanie:

— Dobrze, to proszę podać konkrety, jaki ten laptop ma być?

I ja mimo całej swej niekompetencji wiem, że chodzi mu o parametry istotne dla niego, czytaj gościa, który na całej tej informatyce, technologii zjadł zęby, ale mimo to odpowiadam po swojemu, że komputer, no laptop powinien być srebrny albo biały, lepiej biały i żeby nie miał klawiatury numerycznej, żeby się mi na nim dobrze pisało i tyle. I wiem, że niepotrzebnie otwierałam usta, niepotrzebnie postawiłam na szczerość. On nie wie, co odpowiedzieć, w końcu się uśmiecha, półgębkiem i mówi, takich laptopów mamy sporo. Jest SUPERUDAWACZEM w byciu miłym dla osób nicniewiedzących.

I ja już wiem, że on chce się wycofać, więc kulturalnie mu to umożliwiam, mówiąc, że ja się jeszcze zastanowię. Po czym uśmiecham się pięknie, mówię głośno „do widzenia” i „dziękuję” i kieruję swoje kroki do sklepu po drugiej stronie ulicy. Sklepu papierniczego, w którym bez problemu dostanę długopis, który będzie idealnie sunął po kartce i znajdę notatnik, o właściwej wielkości, najlepiej kołonotatnik z czystymi kartkami, a może znajdę coś jeszcze lepszego. Oto i jestem w sklepie, w którym ludzie mówią moim językiem. Znajduję wszystko, czego potrzebuje ma poraniona dusza. Po kilku minutach wychodzę ze sklepu z wielką siatką rzeczy (nie)zbędnych i co najważniejsze jestem najszczęśliwsza na świecie. Po drodze wstępuje do jeszcze jednego sklepu po dwie butelki wina, jakiś ser, oliwki i bagietkę i czuję, że ten wieczór będzie naprawdę piękny.

Dzwonię do koleżanki, żeby zaprosić ją na wieczór. Nie, nie kupiłam komputera. O super, że użyczysz mi swojego faceta, który rozumie moje niezrozumienie, co do komputerowych kwestii. W przyszłym tygodniu przyjdzie obejrzeć mojego starego rupciai będzie wiedział, co powinnam kupić nowego. Super. Dziś na wieczór użycz mi siebie, dobra bądź o ósmej. Rozłączam się, bo jeszcze przez chwilę jestem posiadaczką może i starego przegrzewającego się komputera, ale za to czuję się też całkiem nieźle, bo mogę udawać, że te pieniądze na laptopa mogę wydać, na co tylko chcę. A może, tak właśnie powinnam zrobić, rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś tam gdzieś. Wrócę do tworzenia na papierze, analogowo. Mogę przecież zacząć pisać na maszynie. Teraz jeszcze nie umilam sąsiadom poranków i późnych wieczorów dźwiękiem maszyny, ale kto wie, może niedługo w mailach będę prosiła redaktorów o ich adresy, na które będę mogła przesyłać swoje maszynopisy.

PS W skrytości serca wierzę, że nie tylko ja mam analogową duszę.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Reklama
[instagram-feed]

Reklama