Wyobraźnia muzyczna, czyli wejście smoka

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Pewnie każdy z was tak ma, ja na pewno tak właśnie mam, że gdy słyszę muzykę, jakąś piosenkę, to ta w połączeniu z określoną sytuacją, otoczeniem, okolicznościami przyrody, a nade wszystko moim nastrojem, zrywa pęta wyobraźni, która natychmiast zaczyna tworzyć przed naszymi oczyma przeróżne, często niesamowite wprost obrazy. Stajemy się wtedy bohaterami naszych ulubionych filmów i idąc na przykład przez miasto, mamy siłę i odwagę niczym Rambo, Aragorn czy nawet sam James Bond, by stawić czoła całemu legionowi miejskich chuliganów – oczywiście do czasu, kiedy nie dostaniemy w ryj.

Pamiętam, jak kiedyś z Grzegorzem Małeckim tonęliśmy na Facebooku w zachwytach nad tematem muzycznym z filmu „Wejście smoka” autorstwa Lalo Schifrin’a. Nie muszę chyba dodawać, że słuchając go, widziałem siebie sprawnego jak modliszka, groźnego niczym żmija i nie do zatrzymania, jak nie do zatrzymania jest cios wirującej pięści. Podejrzewam, że Grzegorz miał podobne spostrzeżenia z tą jednak różnicą, że on bardziej „robi” — z tego, co wiem — w stylu tańczącego tygrysa.

Muzyka to magia. Może na przykład spowodować, że nasz stary samochód, zmienia się nagle w pięciusetkonnego potwora, gdy tylko z głośników popłynie — dajmy na to — Kenny Loggins i jego „Danger Zone” z filmu TOP GUN. Opieramy wtedy łokieć o drzwi i żując niewidzialną lub, jeśli ktoś woli, wyimaginowaną gumę, wciskamy gaz do dechy i mkniemy drogą na Ostrołękę, nie bacząc na fotoradary. Albo będąc szefem w jakiejś firmie i nucąc pod nosem „Imperial March” z Gwiezdnych Wojen, dużo łatwiej nam przyjdzie zwolnić z pracy długoletniego pracownika, męża i ojca dwóch bliźniaczek (niech się cieszy, żeśmy go nie udusili). Ale muzyka to nie tylko utożsamianie się z bohaterami filmów, to również wspomnienia zdarzeń, którym kiedyś ona towarzyszyła. Słysząc w radiu „Hungry eyes” z filmu Dirty Dancing nagle, nie wiadomo skąd, staje nam przed oczami obraz dziewczyny, tej poznanej 30 lat temu na wakacjach w Swornychgaciach, a kiedy poleci coś z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa z miejsca nachodzi nas ochota na konserwę turystyczną.

Rzecz jasna, żeby tak się działo, człowiek musi być obdarzony pewną dozą wrażliwości i dość bogatą wyobraźnią. Ja mam to szczęście, że posiadam i jedno, i drugie — i to w nadmiarze. Teraz podam trzy przykłady, kiedy utwór muzyczny może wpłynąć na wyobraźnie, na ciało, albo może spowodować powrót do przeszłości za sprawą przedziwnego snu.

Taka sytuacja.

Siedzę na dziewiętnastowiecznym, pięknie odrestaurowanym fotelu fryzjerskim u mojego cyrulika, który przy użyciu ostrej — jak brzytwa — brzytwy, modelował moją nienagannie wymuskaną brodę. W pewnym momencie do uszu moich dobiegła jakaś włoska melodia. Najprawdopodobniej była to muzyka z któregoś z filmów Felliniego, może nawet była to „Fogaraccia” z filmu Amarcord. Męski fryzjer, plus fotel, plus cyrulik, plus pelerynka i na koniec brzytwa w połączeniu z włoską melodyjką, szybko poruszyły strunę mojej nadwrażliwej duszy. Pod zamkniętymi powiekami zaczęły przelatywać obrazy, które nagle przeistoczyły się w swoisty film, mój film. Chcąc mieć pierwsze i ostatnie zdanie w doborze repertuaru, postanowiłem narzucić wyobraźni swój własny scenariusz. I tak, tuż przy mnie, w sekundzie stanęła Sophia Loren, która położywszy swą smukłą stópkę na mojej nodze, zaczęła zsuwać sobie pończochy, rolując je powoli na swym opalonym udzie. Niestety, wyobraźnia, ta — jak się okazało — autonomiczna i złośliwa istota, natarczywie i bezlitośnie, niczym wiertło dentystyczne faszystowskiego sadysty z „Maratończyka” Johna Schlesingera, wwiercała się boleśnie w mój mózg i postawiwszy na swoim, pokazała mi zgoła inną interpretację muzyczno-fryzjerskich okoliczności. Nagle ku mojemu przerażeniu zobaczyłem, jak przez drzwi do zakładu wchodzi, jak zwykle spocony i zasapany Clemenza i łapiąc za leżącą na blacie brzytwę, podrzyna mi gardło w akcie zemsty za to, że nigdy nie zaprosiłem Don Vito Corleone do siebie na kawę. Krew lała się po moim białym fartuszku, a fryzjer, żegnając się czule z Clemenzą, śmiał się, pokazując palcem na moje rozpłatane gardło. Tak mnie to wszystko przestraszyło, że zaraz zacząłem trząść głową na lewo i prawo, krzycząc na całe, acz podcięte, gardło: „No, no, no!” – jak niejaki Woof w filmie „Hair” Milosa Formana, kiedy to więzienny fryzjer próbował mu obciąć, te jego bosko długie blond hery. Wystarczy! – wrzasnąłem i otworzyłem szeroko oczy. Uf! Wszystko zniknęło jak zły sen. Zniknął Clemenza z brzytwą, zniknął dentysta-sadysta, niestety zniknęła też Sophia. Najbardziej zmartwiło mnie jednak to, że zniknęły również bosko długie blond włosy.

Innym razem muzyka może wywołać pragnienie dokonania zmiany w swoim życiu i sprowokować nas do konkretnego działania. Taka sytuacja.

Wstałem rano. W łazience spojrzałem w lustro, błąd. Nie zobaczyłem tam twarzy cudzoziemca, a jedynie gębę gminnego referenta. Nagle z radioodbiornika w kuchni zaczęły się wydobywać dźwięki „Crocketts Theme” Jan’a Hammer’a z filmu Miami Vice. O tak, pomyślałem, czas na zmiany, czas na przygodę. Co zrobię? Pójdę do pracy? Nie, to byłoby zbyt banalne. Potrzeba mi czegoś szalonego, porywczego, jakaś przygoda, o której będę mógł później opowiadać, rozgoryczonym swoim życiem, przyjaciołom. Ha! To jest myśl. Ubrałem się więc stosownie do przeżywania wielkich przygód. Wojskowe buty, zielone bojówki, surowa, gruba koszula, skórzana lotnicza kurtka, okulary typu „aviator” i kapelusz, jak u Indiany Jones’a. Otworzyłem drzwi, wyszedłem przed dom i stanąłem w rozkroku. Słońce uderzyło mnie w twarz. Zaraz mu oddałem, gdyż jak wspomniałem, miałem okulary przeciwsłoneczne. Zapaliłem papierosa i wciągnąłem głęboko dym. Coś mnie zabolało. To nadkwasota, refluks do wymiany — pomyślałem. Zaraz po przygodzie do lekarza, koniecznie. Wyszedłem na ulicę i czekam. Czekam na przygodę. W głowie ciągle temat z Policjantów z Miami. Ludzie się głupio patrzą. I co się tak głupio patrzycie? Zazdrościcie? Stoję i czekam. Czekam. Czekam, tak, czekam. Nic. Nic się nie dzieje. Dziwne, w filmie już dawno coś by się wydarzyło. Co z tą przygodą? Nagle patrzę, a tu przejeżdża autobus. Nabity jak jasna cholera. A cha! – mówię. — Zaraz będzie przygoda. Ale dalej nic. Autobus nie przejeżdżał tak, żeby od razu chciało się na niego wskoczyć, przebiec po dachu, wpaść do kabiny kierowcy, wyrzucając go następnie przez okno i opanowując kierownicę, uratować pasażerów przed… No właśnie przed czym? Bez sensu. Stoję dalej. Biegnie dziecko! Ta da! Teraz wkroczę. Biegnie, znaczy, przed czymś ucieka? Może przed grupą afgańskich terrorystów, którym to dziecko wykradło tajne plany zburzenia Domu Towarowego „Skarbek”? W gruncie rzeczy, to może lepiej niech je złapią i wysadzą. A może ucieka przed zmutowanym mutantem, który na skutek nowej mutacji, zupełnie nie zamierzonej, stracił oko i ma ich teraz tylko dziewięćdziesiąt pięć, ale i tak bez sensu, bo na plecach, wiec jak biegnie do przodu, to wali łbem o latarnie? Ale też nie, żadnych mutantów. Okazało się, że dziecko nie ucieka tylko goni, młodszą siostrę. I tak sobie stoję, stoję. Przygody jak nie było, tak nie ma. Wróciłem do domu. Nalałem gorącej wody do wanny. Leżąc w pianie, zapaliłem papierosa. Z głośników wydobywa się „The end” grupy The Doors, a w głowie pojawiają się obrazy już dawno przeze mnie zapomniane — Wietnam, wzgórze 875…

I jako ostatni podam przykład, kiedy muzyka może wywołać u nas wspomnienia z młodości, może nawet nie naszej. A wspomnienie owo, senne dodam, wyglądało mniej więcej tak:

Rok 1984. Jadę moim Polonezem 1500 w kolorze kość słoniowa. Trasa na Wisłę. Jesień. Z radia, model „Safari 5” marki UNITRA, wydobywają się wzruszające dźwięki, jakże pięknej piosenki Zbigniewa Gniewaszewskiego „Ktoś kogoś kocha”:

 
Reklama

„Maleńka moja, znów uśmiechnij się do mnie,

strach pozwól zabrać wczorajszym dniom,

nie bądź smutną dziewczynką

 
Reklama

popatrz dobrze, piękny jest świat…”

Dociskam pedał gazu stopą odzianą w but typu adidas wyprodukowany w Nowotarskich Zakładach Przemysłu Skórzanego Podhale. Koszula flanelowa, do której przypięty jest znaczek Solidarność oraz plakietka zespołu RSC. To sugeruje, że jestem takim „wolnym duchem” z apaszką szamotaną wiatrem. Na szyi skórzany rzemyk z medalikiem Jana Pawła II. Promienie zachodzącego słońca napotykają na zieloną barierę ochronną, przytwierdzoną do szyby mojego samochodu, na której widniej napis MICHELIN. Pędzę na złamanie karku. Wskazówka prędkościomierza jeszcze się unosi, pomimo osiągnięcia poziomu blisko 104 km/h. Życie mi niemiłe? Ale co tam, jestem taki młody. Na tylnym siedzeniu chlebak, gitara i zapasowy alternator. Wyprzedzam ciężarówkę wiozącą stalowe profile — jakże oni muszą mi teraz zazdrościć. Muszę zwolnić, nie słyszę Gniewaszewskiego. Do celu jakieś 58 km. Jeszcze półtorej godziny i będę na miejscu. Moja dziewczyna załatwiła nam pokój w Zakładowym Ośrodku Wypoczynkowym „Mraźnica”. Na miejsce dojedzie wprost z tajnej pielgrzymki młodzieży akademickiej w Ujsołach. Rano ruszymy na pieszą wycieczkę szlakiem wiodącym przez przełączkę Trzech Siwych Zakonników wprost na szczyt Hajnkowego Zadu. Tam u stóp drewnianej kapliczki rozpalimy ognisko, nasadzimy podwawelską na wystrugane patyki i poczytamy Stachurę. Potem wezmę gitarę, by rzucić Gniewaszewskim wprost w oczy mojej dziewczyny.

…nie bądź smutną dziewczynką

popatrz dobrze, piękny jest świat…

Ja pierdolę! — obudziłem się z krzykiem. Rzut zaspanego oka na kalendarz. — Jak cudnie jest w tym 2018 roku.

Na koniec dodam tylko, że wszystkie podane przeze mnie przykłady muzyczne, możecie śmiało wysłuchać na YouTube.

 
Reklama

Przeczytaj również

Macarena 24/7

Kiedy w duszy gra macarena. Dwadzieścia cztery na dobę, człowiek

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama