To jest mój zawód, część druga, w której reżyser okazał się sobą

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

„Właśnie się rozbierałam, kiedy do pokoju wpadła z krzykiem moja mama, chwyciła moje ubranie i wyciągnęła mnie z mieszkania.

Krzyczałam na mamę: to jest mój zawód! Puść mnie, to mój zawód!”

 

Cytat z „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze?” Aglaja Veteranyi

 

Już za chwilę słyszę wołanie Maria na schodach, że już się namyślał i już ma dla mnie wyniki castingu. Małgosia! – słyszę, you are not determined enough. You are not open. You are so afraid. I can’t see that you are dying for this part. But! But I like your face and I still think it’s (face) the best for the part. Ja już miałam łzy w oczach, ale już nawet nie chodziło o tę rolę czy o co tam, Lynda, tak miała na imię, tylko chodziło o mnie – o to, że wstałam o tej trzeciej nad ranem, żeby o piątej być na lotnisku, żeby dotłuc się do tej Brukseli i dolecieć na godzinę dziesiątą; że zobaczyłam swoje szczęście w tych butikach, kawiarniach, witrynach, ten uśmiech radosny matki Danuty na święta, że jej kupiłam wreszcie jakąś fajną torebkę i że nie musi się troszczyć o to, czy mam co jeść, za co popłacić rachunki, no i że jakaś emerytura, bo w Polsce najważniejsza emerytura, no i dumę w oczach ojca Teofila, że oto jest! moja dziewczynka poradziła sobie, co prawda nie zatańczyła w „Gwiazdach z wiadrami”, ani nie zaśpiewała w „Jego twarz brzmi nieznajomo”, ale dała radę. I co, na marne to wszystko? Na marne ten lot cały?

„Give me a hug!”, wyrywa mnie z rozmyślań Mario. Hug? No dobra, mogę tam już na do widzenia cię hug. No i pytam się go: „To dostałam tę rolę czy nie?”, a on mówi: „więc tak jak powiedziałem: jesteś w typie Lyndy, ale nie widzę twojej pasji, twojej złości, że umierasz dla tej roli”. O Ty! Zaperzyła się marchewka czy inne warzywo. Ty nie widzisz mojej pasji, ty nie widzisz mojej złości, zapocony kurduplu? To ja ci jeszcze pokażę, ty obrzydliwy, niedomyty drapichruście! Robimy casting jeszcze raz, a co! Przebieram się, rozrzucam te ubrania, szczerzę zęby, wrrrr! Zaraz ci moja pasja uszami wyjdzie! Pochylam brodę do dołu, wyobrażam sobie, że naprawdę zabijam, zapominam się w morderczym szaleństwie. Starałam się odpychać tę peszącą myśl, że jak szarpię tę moją sukienczynę to może mi i cała cipka na wierzch wyszła i ten obskurny typ się tym ekscytuje. Boże, był taki obleśny! Miał włosy do szyi, czarne, przetłuszczone, na skroniach przyprószone siwizną, urody mieszanej: trochę taki Indianin, Peruwiańczyk, Hiszpan, Włoch z urody, lekko skośne oczy i ciemna cera. Miał jakiś taki fulard wokół szyi, taki niby elegancki, ale jakby już nie pierwszej świeżości, białą koszulę, ale z takim jakby już żółtawym kołnierzem, spodnie w kancik, ale wyschnięte błoto na nogawkach. Śmierdział jakimiś tanimi perfumami i miał duże, widać było, że sztuczne, zęby. Zapomniałam o sobie i dostałam tę rolę! „Droga sprawiedliwych wiedzie przez doliny ciemnych i złych mocy.” No to chociaż jakiś punkt honoru zdobyty. A teraz czy zagram, czy nie – to już ode mnie zależy.

Po castingu apeluję o zmianę pokoju, bo ten na czwartym piętrze jest tak nieludzko zimny, że nie sposób tam wysiedzieć. Przenoszą moje rzeczy: Mario i ten drugi, z obsługi hotelu, ten w skórzanej kurtce. Mam ochotę zostać sama, rozebrać się, wziąć prysznic, zjeść cieciorkę, którą przywiozłam z Polski i w ogóle zrelaksować się… Mario mówi, żebym się przespała, że on wróci za dwie godziny, bo będziemy pracować przez całą noc. Pracować? Całą noc? Czy on coś pił?! Chyba się przesłyszałam. O co mu chodzi? Kładę się pod zimnym kocem – na szczęście wzięłam ze sobą swoją poduszkę grzewczą – zawsze jest przy mnie na wyjazdach – przyłożyłam tylko głowę i…słyszę pukanie! Jezus Maria, to Mario. Wrócił z miasta, wszystko już pozałatwiał i że mam się ubrać i zrobić seksowny make-up, za pół godziny w barze na dole. No jasne! Zaraz będę gotowa! Znowu staję na wysokości zadania, zrywam się z łóżka, wyciągam szpilki, sukienkę, lokówkę, kosmetyki, rajstopy. Staram się być ekspresowa, ale, wiadomo, takie rzeczy trwają. Wreszcie odstawiona, pakuję tylko w kieszenie telefon i dokumenty i idę do baru, gdzie się umówiliśmy. Siedzi tam Mario nad kuflem wypitego piwa i mówi: ”never let me wait so long! It’s the last time.” Ja myślę sobie: no nieźle. Kto tu do kogo przyleciał z rana? Koleś traktuje mnie jak swojego niewolnika, mam robić tak, jak on zaklaszcze, co za obrzydliwy typ, zero empatii i jakiegoś szacunku ogólnoludzkiego! Wychodzimy z tego baru, idziemy uliczkami Brukseli, w której powoli zapada zmierzch. Coraz więcej świateł, muzyki w klubach i restauracjach, w końcu to był piątek. Dochodzimy do jakiegoś baru. Jakaś mała spelunka. Mario wita się z barmanem i dj’em, mówią coś po francusku, to są chyba jego kumple. Ja proszę o sam wrzątek do picia, żadych drineczków, koktajlików, wina, herbaty, dziękuję, merci, danke shÖn! Coś mi świta w głowie jednak, żeby nawet tego wrzątku nie tykać na wszelki wypadek. Nawet ust nie maczam, udaję tylko, że piję, może są w zmowie i tylko czekają aż wypiję przezroczystą ciecz, która mnie otumani, uśpi, pozbawi świadomości. Ostrzegawczy głos babci napominał: „tylko nic nie pij! Tyle teraz tych tabletek dosypują!” Więc tak, nic nie piłam. I coś gadamy, gadamy i on coś mówi, że będziemy dziś pracować całą noc – on to naprawdę powiedział! – i mówi o serialu, że już to sprzedał w tylu stacjach telewizyjnych, mówi też, że chce robić w przyszłym roku festiwal w Polsce i czy bym nie chciała zostać jego prywatną asystentką, i ja tego słucham, słucham i on wraca do scenariusza, że to on zagra Maria. Mario zagra Maria. Maria, w którym zakochuje się moja postać, Lynda. WHAT?! Chwileczkę! I już widzę jego paskudne łapska na moim ciele, już zobaczyłam, jak mam całować jego sztuczne zęby, jaki jest obleśny, obskurny, paskudny i byłam już prawie pewna, jak będą wyglądać te nocne próby i ćwiczenia. I powiedziałam: „You know what? I don’t want to play Lynda. I think I won’t be good for the part”. Oooooo zagrzmiało, tego się chyba nie spodziewał. What? Zapytał. Powtórzyłam, że nie interesuje mnie jednak ta rola. Patrzyłam, jak krew się w nim gotuje. „No? You don’t want to play Lynda?” „No” powtórzyłam. „Ok, ok, it’s your lost, your waste. What a pity! And of course I am wasting my time right now.” Trochę się przeraziłam. Nie zrobiłam tak, jak chciał i proszę, drażnimy lwa. Wypił jeszcze dwa piwa. Poszłam do łazienki, spojrzałam w lustro i zadałam sobie pytanie: czego ja tak naprawdę chcę?

Poczułam się żałośnie: odpicowana w tę krótką spódniczkę, w ten makijaż, w te włosy jakby przyszyte do mojej skóry czułam, że gram znowu jakąś rolę. Znowu gram kogoś, kim totalnie nie jestem. Boże, chcę pracować przy poważnych rzeczach, ja daję swoje serce, a kończę na tym, że wałęsam się po brukselskich ulicach z jakimś napalonym frajerem. Ten świat śmierdzi brudem i smutkiem. A ja nie chce się tak dłużej czuć. Wyszłam z tej łazienki, uśmiechnęłam się i oznajmiłam, że chcę wrócić do hotelu. Cóż Brukselo, nie wyszło tym razem.

Mario prowadzi mnie labiryntem uliczek. Moja wyobraźnia szaleje znowu. Czy kiedykolwiek w ogóle dojdziemy do hotelu? W końcu nadal nie ustaliłam kim jest Mario, jak ma na nazwisko, czy był karany sądowo itd. Wreszcie dochodzimy do hotelu „Francois”. Mówi mi parę słów na dobranoc, i że on jeszcze idzie do biura sprawdzić parę rzeczy, że jeszcze przyjdzie później. Biuro o 22 w piątek wieczorem? A ja marzę już o prysznicu, poduszkę grzewczą wciągam pod tyłek i wygrzebuję z torby tę cieciorkę, co ją z Polski skitrałam. Obok torby maszeruje olbrzymi, czarny karaluch, chyba karaluch, nie wiem, nigdy nie widziałam na oczy prawdziwego karalucha, ale jestem już tak zmęczona i głodna, że nic mi on nie przeszkadza, już mi wszystko jedno, zaraz odstąpię karaluchowi trochę mojej cieciorki, zaraz sobie będziemy razem jeść, razem biesiadować, dwoje nieszczęśników na tej obcej ziemi pod niebem Brukseli, ja i mój towarzysz w znojach podróży, jego godność Karaluch.

Kończę radośnie tę puszkę, uszy mi się trzęsą, tak szybko jem i nagle zza ściany dochodzą mnie jakieś krzyki, jakby z pokoju obok. „What are you doing here?, wrzeszczy ktoś „You are making a girlhouse out of my hotel! I am gonna kill you!” Jaki girlhouse, o co chodzi? Jezus, co to? – pytam sama siebie i z przerażeniem przełykam ostatni kęs cieciorki.

 
Reklama

Autor

Małgosia Kowalska, aktorka, zawodowa, po szkole w Krakowie w klasie mistrzowskiej Jerzego Treli, ale w sumie mało gra; pisze, bo lubi; śpiewa nie tylko, gdy jest pijana; tańczy w miejscach publicznych mimo zażenowania znajomych; zachwyca się światem i ludźmi; ma siostrę- bliźniaczkę i czasem sama nie wie, która jest która; lubi rozmawiać: po angielsku, francusku, niemiecku, rosyjsku i jeszcze w wielu językach, które zna tylko ze słyszenia; pasjonatka jogi i medytacji; kiedyś biegała, ale przez kontuzję łąkotek, przestała; uwielbia kuchnię wegańską i dobre espresso, najlepiej na placu św. Marka w Wenecji za jedyne 10€.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama