Kolorowe złoto

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kostaryka zajmuje zaledwie 0,03% powierzchni Ziemi, a mimo to na jej terenie znajduje się blisko 5% światowej różnorodności biologicznej. Położona między kontynentami, miliony lat temu stanowiła most dla niezliczonej ilości gatunków roślin i zwierząt, które mieszając się między sobą stworzyły jeden z najbogatszych ekosystemów na świecie. Jest to również kraj ludzi niezwykle pogodnych, gdzie walutą jest nie tylko Colón, ale także uśmiech. Zapraszam w podróż do Kostaryki – kraju, w którym urodziła się Matka Natura.

Od wulkanu do wulkanu

Reklama

Kostaryka to ziemia zrodzona z wulkanów. Przez kraj przebiega pacyficzny pierścień ognia, a między pasmami górskimi i rozległymi płaskowyżami kryje się prawie 200 wulkanów. Na szczęście tylko 5 z nich – Arenal, Turrialba, Rincón de la Vieja, Poás i Irazú jest aktywnych. Najbardziej rozpoznawalnym wulkanem Kostaryki jest Arenal, który wznosi się dumnie nad prowincją Guanacaste. Widzę go z daleka. Góruje nad maleńkim kościołem w La Fortuna i nad jednym z najpiękniejszych lasów deszczowych w kraju. Odbija się w lustrze jeziora leżącego u jego stóp, ale chowa się za chmurami każdego poranka. Tak, jakby nie chciał pokazać się bez słońca. A może wie, że nie przyjechałam tu dla niego? Jego szczyt jest niedostępny dla turystów, ale u podnóży można chodzić z głową w chmurach. Wybieram park Mistico słynący z mostów wiszących wśród bujnej roślinności, gdzie wita mnie zimny i wietrzny poranek. Temperatura powietrza wynosi zaledwie 15 stopni, a silny wiatr nie daje złudzeń – w Ameryce Środkowej też można zmarznąć. Wejście w las deszczowy sprawia, że przenikliwy wiatr i wszystkie nieistotne sprawy gdzieś znikają. Zostają jedynie gęste chmury, które, otaczając korony tropikalnych drzew, tworzą nieprawdopodobną scenerię. Ciszę przerywają nieznane mi odgłosy życia połączone ze skrzypieniem stalowych lin, podtrzymujących wiszące 30 metrów nad ziemią mosty. Wędrówka w tak pięknym otoczeniu, w zupełnej samotności (o 7 nad ranem większość turystów śpi), to najlepsze rozpoczęcie dnia, jakie mogłam sobie wymarzyć. Decyduję się odpocząć w gorących źródłach (dzięki Ci, wulkanie Arenal), które znajdują się pod niepozornym wiaduktem. Podgrzewana przez wulkan woda przepływa również przez kilka resortów wybudowanych tuż obok, jednak nie ma tam dzikich zwierząt bawiących się na brzegu, kawałków lawy płynących z nurtem rzeki czy małych zatoczek, uformowanych przez napływające kamienie i powalone wiatrem drzewa.

Kolory nieba

Po pokonaniu górskiej drogi pełnej ubytków w asfalcie i zwierząt przechodzących dziarsko z łąki na łąkę w najmniej oczekiwanym momencie, docieram do jednego z najpiękniejszych wodospadów w kraju. Jego wysokość jest imponująca (ma blisko 90 metrów) podobnie jak to, że znajduje się on w starym kraterze wulkanicznym. Według legendy, rdzenna ludność tego obszaru zbudowała kiedyś ogromnego złotego byka i wrzuciła go do wodospadu jako ofiarę dla swoich bogów. Podczas pełni księżyca byka można zobaczyć leżącego na dnie laguny, a od tamtej chwili obszar otaczający Catarata del Toro nazywa się Toro Amarillo – Żółty Byk. Wodospad jest otoczony bujną przyrodą, której niezwykle uroczymi przedstawicielami są kolibry. Obserwuję jak wesoło fruwają dookoła kwiatów, jednak szybko orientuję się, że coś tu jest nie w porządku. Kolibry nie są małymi, niewinnymi ptaszkami, które całe dnie spędzają na piciu nektaru – to bezwzględni i brutalni wojownicy, którzy w walce o terytorium nie znają żadnych granic. Przechodząc przez skąpaną w zieleni łąkę, docieram do kolejnych wodospadów. Te są o wiele niższe, jednak urokiem nie ustępują większemu koledze. Są dwa, a ich woda przybiera niezwykły, błękitny kolor. Jest też przeraźliwie zimna przez co kąpiel w maleńkich lagunach nie jest aż tak przyjemna, jak mi się wydawało. Temperatura powietrza sięga 35 stopni, a mimo to mam wrażenie, że pod wodą w moje ciało wbijają się setki lodowych igieł. Ciężko znaleźć argument, by zostać w tej lodowatej wodzie kilka minut, ale przekonuje mnie, że to jedyna okazja, aby wykąpać się w wodospadzie o kolorze nieba, gdy nad moją głową fruną ku słońcu bajeczne motyle blue morpho. Więc zostałam.

Między koniem a bykiem

Prowincja Guanacaste ze swoim klimatem tropikalnej sawanny od zawsze sprzyjała hodowli bydła. Zanim miasto Liberia stało się stolicą owej prowincji, do 1821 roku należało do Nikaragui i składało się z zaledwie pięciu hacjend. Stały one w cieniu rozłożystych drzew, a wokół ich bram pasły się dziko byki. Raz w roku właściciele gospodarstw zapraszali lokalnych kowbojów – Sabaneros– by ci dosiadali nieokiełznanych osobników. Całe miasto przyjeżdżało wtedy oglądać ich zmagania, a tradycja ta jest kultywowana po dziś dzień. Mam niezwykłe szczęście i kilka godzin spędzam w Liberii, gdzie głównymi ulicami miasta przejeżdżają Sabanerosdosiadający swoich pięknie przystrojonych koni. Ubrani w białe koszule, spodnie khaki i kapelusze, dumnie prezentują się na swoich rumakach, których liczba przekracza tysiąc. Między końmi spokojnie przechadzają się byki, do których co chwila podbiegają dzieci, by dotknąć ich pięknych rogów. Od 2013 roku przemarsz kowbojów ulicami miasta i wszystkie wydarzenia temu towarzyszące są uznane za niematerialne dziedzictwo kulturowe Kostaryki.

Krokodyle łzy

Na brzegu rzeki Tárcoles prawie zawsze leniwie wylegują się krokodyle. Stan wody, w której przebywają pozostawia niestety wiele do życzenia, gdyż Tárcoles jest najbardziej zanieczyszczoną rzeką w kraju. Ma to negatywny wpływ na zdrowie olbrzymich gadów, tak samo jak ich regularne dokarmianie przez nieodpowiedzialnych turystów. Dokarmianie modyfikuje zachowanie zwierząt, które kojarząc człowieka z jedzeniem stają się jeszcze bardziej agresywne. Kostaryka od 1948 roku nie posiada armii, a wszystkie wydatki związane z uzbrojeniem czy obroną kraju poświęca na ochronę przyrody, rozwój szkolnictwa i kultury. Różne organizacje walczą z agencjami turystycznymi, których główną ofertą jest wabienie krokodyli ku uciesze gawiedzi i uczą, że ingerencja człowieka w przyrodę nie zawsze przynosi pożądane efekty.

Rajskie plaże

Plaże Kostaryki mają piasek biały jak śnieg, czarny jak smoła i pomieszany, który, chociaż nie jest najbardziej urodziwy, pokrywa większość wybrzeża pacyficznego. Obawiałam się, że w szczycie pory suchej będę zmuszona walczyć o miejsce na plaży, ale tak się nie dzieje. Przez cały czas jestem sama na drodze, sama w przydrożnych barach z lokalnym jedzeniem. Gdy odkrywam kolejne bezludne plaże pełne małych krabów i papug skrzeczących nad moją głową zastanawiam się, czy aby na pewno nie łamię jakichś przepisów. W końcu znajduję turystów – są ściśnięci w Puntarenas, Jacó, Quepos i Dominical. Nikt z nich nie wychodzi za granicę tych turystycznych miejscowości, a ja zastanawiam się jakie znaczenie ma to, że większość z nich przyjechała tu z USA. Kostaryka to jeden z niewielu krajów, gdzie bez problemu można znaleźć dzikie plaże i mieć kawałek świata tylko dla siebie. Wystarczy tylko wyjechać z miejscowości…

Nazwa kraju została nadana przez Krzysztofa Kolumba w 1502 roku, który przekonany o odnalezieniu krainy płynącej złotem, nazwał ją Costa Rica – bogate wybrzeże. Pomylił się, bo to nie cenny kruszec jest największym skarbem kraju, a życie zamieszkujące jego gęste lasy, kręte rzeki i zbocza wulkanów – złoto w najpiękniejszej postaci. Mieszkańcy kraju powtarzają nieustannie Pura Vida co oznacza cieszenie się życiem i docenianie każdego nowego dnia. A więc, Pura Vida!

Reklama