Nie potrafię

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Nie potrafię. Gapił się w pusty ekran swojego laptopa i powtarzał na głos w nieskończoność te dwa słowa. Nie potrafię, nie potrafię. Napisał tylko tyle… „Nie potrafię”, trafiając precyzyjnie w odpowiednie litery na klawiaturze. Czcionka była adekwatna do wielkości problemu, z jakim od pewnego czasu się zmagał. Nie potrafił ułożyć sobie w głowie tego, o czym by chciał napisać. Przyzwyczaił się do tego, że nieustannie miał coś na myśli. Do tej pory zawsze coś mu chodziło po głowie i potrzebował tylko czasu, by odpowiednio to wyrazić. Wystarczyło pierwsze zdanie, by wpaść w trans i składając słowo za słowem tworzyć lepsze lub gorsze historie. Teraz nie było go stać nawet na pierwszą literę. O całym zdaniu mógł tylko pomarzyć.

Do tej pory nie zdarzyła mu się taka twórcza niemoc. Był przerażony.

Pustka w głowie była nie do zniesienia. Nic go nie interesowało, nic go nie podniecało i nic nie było na tyle ważne, by o tym od razu cokolwiek pisać. Miał kłopoty nawet z wypełnieniem ankiety zadowolenia w banku. Cholerną trudność sprawiało mu napisanie kilku słów na kartce świątecznej.

Wszystko wydawało mu się beznadziejne. Nawet jego nazwisko budziło w nim niechęć. Nic nie było warte tego, by chciał na to poświęcić choć chwilę, nie mówiąc już o drugim śniadaniu. Był nijaki. Bez werwy. Bez animuszu. Był zerem. Przestał odczuwać cokolwiek. Ten stan budził niepokój.

Żył z tego, co napisze. Czasami było coś takiego, że dech zapierało, ale najczęściej odwalał fuchy. Slogany, krótkie teksty na zadany temat, scenariusze filmów reklamowych, dowcipy na zamówienie, rymowanki. Wszystko brał jak leci. Odwalał pracę bez zastanawiania się, czy to się komuś spodoba, czy nie. Najważniejsze by można było fakturę wystawić…

To pracy podchodził na luzie. Robił, to co czuł, i rzadko się mylił. Był profesjonalistą. Nigdy nie czekał na wenę. Siadał, pisał, a potem dowiadywał się po stanie konta w banku, czy to, co robi, podoba się innym.

Teraz wszystko się skończyło. Tak jakby zamarzł w wiecznej zmarzlinie albo zastygł zalany przez gąbczastą lawę wypływającą z wulkanu niemocy. Ten kryzys miał głębszy kontekst.

Do niedawna miał bardzo ironiczne podejście do życia. Bez przerwy pojawiało się coś, z czego żartował. Sarkastyczne komentarze regularnie trafiały na jego wszystkie możliwe profile w społecznościowych portalach. Teraz zamieszczał tam głównie smutne czarno-białe zdjęcia z brzydkich podwórek. Te przepełnione śmieciami pojemniki, dziurawe mury z odpadającym tynkiem, nieudane bazgroły, które trudno nazwać graffiti. Jedynie takie obrazy wzbudzały teraz jakiekolwiek jego zainteresowanie.

Kiedyś był królem życia. W towarzystwie rozkwitał. Nie było imprezy w mieście, która mogła się odbyć bez niego. To napędzało jego świat. Nie było nocy bez przygód.

Od pewnego czasu jednak to wszystko wygasło. Ogień się przestał palić w kominku, który rozgrzewał jego namiętności. Czuł się jak wyciśnięta z życiodajnej pasty tubka. Teraz pozostało tylko wspomnienie po tym, co minęło. Nie miał jednak tych wspomnień opisywać, bo wydawały się beznadziejne jak polityka czy religia.

Był wydmuszką. Czuł się jak futerał bez instrumentu. Udawał tylko, że przejawia jakieś zainteresowania tym, co robi. Starał się bardzo i nic nie wychodziło na tyle, by choć przez moment sprawiało mu to przyjemność.

Nie potrafię– zabrzmiało jak wołanie o pomoc, jak alarm podczas burzy śnieżnej, jak nieudany seks z atrakcyjną dziewczyną, o której się marzyło przez lata.

Długo się zastanawiał, skąd się wzięły te jego wszystkie problemy. Konsultował to z mądrzejszymi do siebie, bo mimo wszystko tacy jeszcze byli w jego otoczeniu. Poszedł nawet do wróżki. Po tym swoistego rodzaju śledztwie doszedł w końcu do jedynego sensownego wniosku.

Nikt mu nie powiedział, że takie są skutki uboczne przejścia na dietę. W ulotce dołączonej do środka, który nosił szlachetne miano „suplementy diety”, nie było słowa o tym, że jego użycie może wiązać się z takimi problemami, jakie on przeżywał.

 
Reklama

Biorąc to wszystko pod uwagę, musiał się zastanowić nad podstawowym problemem.

Jeść albo nie jeść – oto jest pytanie.

Przeczytaj również

Macarena 24/7

Kiedy w duszy gra macarena. Dwadzieścia cztery na dobę, człowiek

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama