Constantin  Brâncuși. Geniusz modernistycznej rzeźby

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nie uważa się za wielkiego rzeźbiarza. W pomalowanej na biało pracowni panuje nieskazitelny porządek; każdy przedmiot ma swoje miejsce. Gdy na wernisażu ktoś podchodzi pogratulować mu sukcesu, zniecierpliwiony macha dłonią. Jak to się stało, że Constantin Brâncuși stał się jednym z najsłynniejszych współczesnych rzeźbiarzy?

Marzyciel

Urodził się 19 lutego 1876 roku w niewielkiej rumuńskiej miejscowości Hobița. W jego rodzinie nikt nie posiada wyższego wykształcenia; Constantin będzie pierwszą osobą, która dostąpi tego zaszczytu. Na razie z zazdrością myśli o znajomych z miasta, którzy w wolnym czasie bawią się na dworze. W jego życiu wszystko jest skomplikowane i trudne. Rodzice marzą, by syn poszedł w ich ślady, przejął gospodarstwo. Brâncuși ma jednak inne plany. Odkąd dotknął gliny, po nocach śni mu się tworzenie rzeźb. Marzy o zostaniu artystą. Na przeszkodzie stoją pieniądze. Materiały do nauki są drogie, jednak Constantin nie poddaje się. Ma szczęście.

W Akademii Sztuk Pięknych w Bukareszcie liczą się nie tylko znajomości, ale przede wszystkim talent. A tego Brâncușiemu nie brakuje. Spędza godziny nad działami Platona, którego szczerze podziwia. Powie później: „Rzeźbiarz jest myślicielem, a nie fotografem jakiejś absurdalnej metafory czy sprzecznej powierzchowności”. Dodaje: „To co rzeczywiste, to nie zewnętrzna forma, ale istota (esencja) rzeczy. Wychodząc od tej prawdy jest niemożliwością wypowiedzieć coś rzeczywistego naśladując zewnętrzną powierzchowność”. Już wtedy o Brancusim mówi się, że jest jednym z najlepszych studentów na roku.

Asceta

Do Paryża, miasta artystycznej bohemy, przychodzi na piechotę. Dla Francuzów to niecodzienny widok, dlatego przychylnie patrzą na Constantina. On sam w jednej z nielicznych rozmów z przyjaciółmi wyznaje, że nigdy nie był szczęśliwszy. W Paryżu przeżyje ponad 50 lat. Szybko orientuje się, że aby tworzyć doskonałą sztukę musi poświęcić się jej całkowicie. Rezygnuje z życia towarzyskiego, swoje potrzeby ogranicza do minimum. Najwięcej czasu spędza w studio, w którym je, śpi i pracuje. Na wernisaże chodzi niechętnie, przez co zyskuje miano ascety i mistyka chodzącego w chodakach. Bywają dni gdy „nie oddałby nawet 15 minut swojego czasu za nic, co istnieje na tym świecie”. Najlepiej czuje się w pracowni, w której panuje nieskazitelny porządek. Starannie ułożone dłuta i bloki białego kamienia, marmuru, onyksu i wapienia to widok, do którego muszą przywyknąć nieliczni znajomi Brâncușiego.

Isamu Naguchi, uczeń rzeźbiarza: „Gdziekolwiek przebywał wszystko musiało być białe. Nosił białe ubrania, jego broda była już wtedy biała. Miał dwa białe psy, które karmił liśćmi pływającymi w mleku. Moje wspomnienia o Brâncușim, to zawsze ta biel i te błyszczące, śmiejące się oczy”. Już wtedy Constantin tworzy idealnie wypolerowane rzeźby na pograniczu abstrakcji i sztuki naiwnej. Krytycy zarzucają mu wykonywanie prac w jednym, ściśle określonym stylu. Brâncuși wzrusza ramionami. Mawia: „Nigdy nie szukam czystej czy abstrakcyjnej formy”. Zanim zacznie pracować staranie ogląda każdy blok kamienia. Zdarza się, że całymi dniami nie wychodzi z pracowni. W ten sposób powstaje m.in. „Śpiąca muza” lub inspirowany dziełem Auguste’a Rodina „Pocałunek”. W sztuce szuka perfekcji, równowagi między rzeźbą a materiałem. Może dlatego stale powraca do sprawdzonych motywów i kształtów. Nadal jednak Brâncuși może pomarzyć o Stanach.

Rzeźbiarz

Wszystko zmienia się w 1928 roku. Brâncuși, teraz uznany twórca współczesnych rzeźb, wysyła jedną z prac do Ameryki. Nie przypuszcza, że urząd celny nałoży na niego specjalny podatek wwozowy. Mało tego! Do oficjalnego pisma ktoś dołącza notatkę, że rzeźba nie przypomina dzieła sztuki a kuchenny robot. Constantin jest wściekły. Żaden z krytyków nie potraktował go w podobny sposób. Długo nie może znaleźć sobie miejsca. Za radą Marcela Duchampa, przyjaciela, który pomaga Brâncușiemu sprzedawać rzeźby i organizuje mu wystawy, składa pozew do sądu. Proces wygrywa. Sprostowanie urzędu celnego drukuje każda gazeta, dzięki temu Constantin staje się jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w Stanach. Bez ogródek wyjawia: „Bez Amerykanów nie byłbym w stanie stworzyć tego co zrobiłem, ani po prostu egzystować”. To prawda. Wyzwolona sztuka, a do takiego miana pretendują dzieła Brâncușiego, podoba się Amerykanom. W Nowym Jorku, mekce współczesnych artystów, ustawiają się kolejki gotowe podziwiać prace „niepodobne do niczego”. Syntetyczne, o uproszczonym i nieco abstrakcyjnym kształcie rzeźby Constantina idealnie wpisują się w ten schemat. Mimo dużej rozpoznawalności Brâncuși nigdy na stałe nie opuszcza Paryża.

Gdy na początku lat 50. otrzymuje francuskie obywatelstwo długo nie może uwierzyć w swoje szczęście. Nie cieszy się nim długo. Pięć lat później, 16 marca 1957 roku, umiera. Pozostawia po sobie kilkadziesiąt wyjątkowych rzeźb, o których mówi się czasem, że są najbardziej oryginalnymi wizytówkami współczesnej rzeźby.

Reklama