Nie projektujmy dla jednorazowego użycia. Projektujmy z myślą o następnym użyciu. William McDonogugh i teoria od kołyski po kołyskę

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

“ Historia każdego narodu jest ostatecznie zapisana w sposób, w jaki troszczy się o swoją ziemię” – Franklin Delano Roosevelt

 

Przyszło mi w udziale przeżyć czasy, kiedy z dwiema litrowymi butelkami na mleko, wdzięcznie brzdękającymi w mojej materiałowej siatce na zakupy, podążałam do tak zwanej mleczarni, aby wymienić je na nowe, wypełnione po brzegi krowim darem. Zamknięte były aluminiową folijką, której niepewność trzymania w objęciach brzegów butelki stanowiła dodatkową atrakcję możliwości zalania wszystkiego białym płynem. To były czasy, w których jedyną różnicę w opakowaniu mlecznych napojów stanowiły różne rozmiary butelek i kolory owej folijki. Dla odmiany zawartość szaroburej, papierowej torby rozpoznać można było po pierwszej literze oznaczającej mieszczący się w niej produkt. Szarobura kilowa torebka z “C” oznaczała, że kupujemy cukier, a taka sama szarobura torebka z “M”  wskazywała na mąkę i tak dalej. Ponieważ moje rodzące się już wtedy poczucie estetyki szarpało moimi emocjami jak świeżo złowiony węgorz na końcu wędki, to oprócz spoconej kolejki, w której stawałam, żeby wymienić swoje puste butelki, pamiętam z tamtego okresu głównie swoją wściekłość na tę całą szaroburość i na papier, na którym pani za ladą podliczała zapisane długopisem słupki cen, żeby później zapakować w niego odrąbane z bloku masło.

To nie jest wpis o żartach rodem z “Misia”, ani tęsknocie za tamtymi czasami, to jest wpis podążający za pytaniem, czy jest możliwe, że my wtedy jednocześnie otoczeni tą nijaką i przaśną brunatnością, byliśmy bardziej niż kiedykolwiek eko? Jak wielkie koło zatoczyliśmy od tamtych mleczarni poprzez zachłyśnięcie się każdym foliowym, kolorowym woreczkiem, do dnia dzisiejszego, w którym Paryżanie udają się na wieś z własnymi butelkami w torbie uszytej z lnu pochodzącego z ekologicznej, lokalnej uprawy, aby rolnik wypełnił ich oldschoolowe szkło świeżym, niepasteryzowanym mlekiem? Nagle proceder, który wydawał się nam kiedyś totalnym obciachem stał się super cool?

Czytam, że w proszku do prania mogą znajdować się rakotwórcze związki, które podczas zwyczajnego procesu usuwania plam mogą przedostać się do ubrań wywołując u nas śmiercionośną chorobę. Zastanawiam się, czy tu postawić naprawdę kropkę czy gigantyczny znak zapytania. Wrzucam ubrania do pralki i ze strachem, ale jednak mimo wszystko wlewam środek piorący i z trwogą patrzę jak z każdym obrotem bębna w moje spodnie włazi rak, który mnie zabije. Oczywiście, że rozwiązaniem może być zrobienie sobie własnego proszku do prania, ale pozwolę sobie na moment być adwokatem diabła i zakwestionować ten pomysł, bo czy to jest naprawdę rozwiązanie? Czy rozwój naszej cywilizacji ma nas doprowadzić na brzeg rzeki z tarką i boraksem? Ponieważ ekologia jest dla mnie wyjątkowo ważna i wbrew postawionym tu, mącącym ten pogląd znakom zapytania, jest bliska mojemu sercu, to zadaje sobie pytanie, jak być eko i nie dać się zwariować? Czy to jest normalne, że żyjemy na świecie, w którym zmuszani jesteśmy do czytania każdej etykiety i robienia doktoratu z chemii, który pozwoli je zrozumieć? Czy nie mamy prawa żyć w świecie wolnym od studiowania składu chemicznego klocków dla trzylatka? Czy nie mamy prawa założyć, że wszystko co jest wyprodukowane na nasz użytek, jest dla nas w stu procentach bezpieczne? 

Tak naprawdę, to ja nie chcę być “świadomym konsumentem”, chcę być konsumentem nieświadomym, wierzącym w swoje odwieczne prawo do życia na ziemi wolnej od ubrań, które mogą mnie zabić tylko dlatego, że nie przeczytałam tysiąc razy ze zrozumieniem etykiety proszku do prania.

Mam prawo żądać od producenta nie – poprawnego oznaczenia etykietą śmiercionośnego składu mojego detergentu, ale mam prawo wymagać, aby taki skład nigdy nie powstał, a jeżeli już, to żeby nigdy nie trafił na sklepowe półki. To nie jest kwestia wyboru pomiędzy kupieniem czegoś lub nie i to nie jest kwestia decyzji zrobienia sobie własnego proszku, ale kwestia sprzeciwu na świat w którym sami się zabijamy i to poprzez ścieranie plam. Utopia? Częściowo pewnie tak, ale czy bunt nie rodzi się często z utopii? 

Nasze prawo nie zaczyna się jednak i tym bardziej nie kończy na składzie proszku do prania. Nie tylko jako ludzie, ale jako społeczność tej planety mamy prawo do czystego powietrza, czystej wody, czystej gleby i czystej energii. Piszę to szczególnie jako mieszkaniec Krakowa, duszący się w oparach śmierdzącego smogu, posiadający absolutną świadomość zaniedbania w domaganiu się swoich praw.

Nurtuje mnie zagadnienie, które w moim przekonaniu nierozerwalnie łączy się z poruszonym tematem ekologii, a mianowicie czasu ludzkiej reakcji na całe to zło.

Abstrahując od teorii nastawienia drugiego policzka, bo nie o altruizm tu chodzi, w naturalnym odruchu, kiedy ktoś wyrządza nam krzywdę, powiedzmy wali w nas kamieniem to z drobnymi wyjątkami masochizmu nasza reakcja będzie natychmiastowa. Nie ważne, czy zareagujemy oddając cios tym samym kamieniem, czy rzucimy się do ucieczki, ale raczej nie pozostaniemy w swoimi miejscu z opuszczonymi rękoma. Trudno wyobrazić sobie lecący ku nam grad kamieni i zachowanie w tym momencie stoickiego spokoju i wyrazu twarzy proszącego o więcej. Jak więc to możliwe, że nie ma w nas naturalnego buntu i natychmiastowej reakcji na odbieranie nam prawa do życia na zdrowej planecie? Czy pozostajemy bierni, bo efekty wydają się być zbyt długofalowe i nie doświadczamy ich bezpośrednio na sobie? Bo zamach na planetę nie przyszedł z kosmosu i nie pozostawia otwartych ran czy blizn? Czy może dlatego, że łatwiej zepchnąć konsekwencje na następne pokolenia? Ale jak to się ma do miłości jaką obdarzamy dzieci? Bo przecież obdarzamy?

W 2002 roku architekt William McDonough we współpracy z niemieckim chemikiem Michaelem Braungartem napisali książkę pod zagadkowym tytułem “Cradle to Cradle: Remaking The Way We Make Things” (ang. od kołyski po kołyskę: przerabianie sposobu w jaki robimy rzeczy). Książka stała się w pewnym sensie manifestem ideologii, w której design inspirowany jest naturą. Jest to wizja ciągłego cyklu użytkowania i ponownego użycia materiałów, w efekcie którego nie powstają żadne odpady. Minęło 17 lat i zapoznając się z teoriami i działalnością McDonough’a, pioniera w projektowaniu przyjaznego środowisku, można by użyć jakże modnego stwierdzenia: “jakie to na czasie”. Teraz? 

W designie zwrot “od kołyski po kołyskę” sugeruje, że życie wszystkiego co zostało zaprojektowane nie kończy się z chwilą “śmierci” przedmiotu. Jest to teoria, która wychodzi poza ramy standardowego myślenia, w którym cykl przydatności rzeczy kończy się na wysypisku, a skupia na oparciu o cykl występujący w naturze, w której nic nie ginie. Idea, która promuje zamknięty obieg życia wszystkich przedmiotów, które z chwilą ukończenia swojego cyklu użytkowania staną się “pokarmem” biologicznym lub technicznym. W tym sensie założeniem idei “od kołyski po kołyskę” jest projektowanie wychodzące naprzeciw przyszłości i z myślą o następnych pokoleniach. Jednym z najważniejszych aspektów tej ideologii jest postawienie znaku równości pomiędzy odpadem a pokarmem. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale jeżeli w tym momencie pomyślimy o chociażby prostym kompostowaniu, to teoria przestaje być odrzucająca. 

Przykład kompostu wydaje się być zawsze tym najłatwiejszym do zobrazowania cyklu biologicznego, bo z założenia większość z nas w mniej lub bardziej bezpośredni sposób spotkała się z zagadnieniem przetwarzania jedzenia. Jeżeli, jednak pozwolimy naszej kreatywności poszybować dalej poza ramy konwencjonalnego myślenia, to spróbujmy wyobrazić sobie, że każdy jeden istniejący przedmiot może stać się “pokarmem” w nieskończonym cyklu regeneracji. Wszystko co zaprojektowane i wyprodukowane potencjalnie może mieć nie tylko drugie, ale trzecie i czwarte, i kolejne życie, i tak w nieskończoność. Idea “od kołyski po kołyskę” rozróżnia dwa rodzaje przepływu składników odżywczych: biologiczny i techniczny. 

W procesie biologicznym każdy materiał oddany ziemi ulega całkowitemu rozkładowi i staje się pokarmem dla nowego życia. Tym samym stanowi część niekończącego się cyklu wzrostu, rozkładu i odrodzenia. 

Cykl techniczny może zostać zaprojektowany tak, aby stanowił odbicie naturalnych procesów zachodzących w przyrodzie. Jest to zamknięty system, w którym wartościowe, supernowoczesne syntetyki i zasoby mineralne orbitują w nieskończonym procesie produkcji, odzysku i regeneracji. W tradycyjnym systemie przedsiębiorcy dążą do zredukowania lub kompletnego wyeliminowania odpadów. Według McDonough’a jest to system utopijny, prowadzący donikąd. Odpady nie powinny być redukowane lub eliminowane, ale aktywnie wykorzystywane.

Jeżeli pozostaniemy w utartych standardach, które z założenia wydają się nawet słuszne i podążymy drogą redukcji lub eliminacji to czynimy mniejsze zło. Można powiedzieć “aż”, ale jeżeli jest możliwa inna droga, to raczej nasuwa się stwierdzenie – tylko mniejsze zło. W systemie proponowanym przez McDonough’a stajemy się nie mniej źli, ale dobrzy. Nie tylko minimalizujemy negatywny wpływ, ale zwiększamy potencjał tego pozytywnego. 

W 2010 roku w Oakland, w stanie Kalifornia, z inicjatywy Williama McDonough’a i doktora Michaela Braungarta powstał  Cradle to Cradle Products Innovation Institute. Instytut między innym zajmuje się certyfikowaniem produktów starających się o miano “od kołyski po kołyskę”. Instytut rozpoznaje pięć poziomów certyfikatu: podstawowy, brązowy, srebrny, złoty i platynowy. Jak na razie nikomu nie udało się uzyskać poziomu platynowego. Co jednak pocieszające, to na dzień dzisiejszy instytut zanotował 625 aktywnych certyfikatów w kategoriach tak dalece różniących się od siebie, jak materiały budowlane, ubrania, środki czystości czy zabawki.

Williama McDonough’a można cytować na miliard różnych sposobów i każda kolejna dewiza wydaje się jeszcze ważniejsza i jeszcze bardziej oczywista i logiczna.  We wszystkich jednak wywiadach, wypowiedziach i prelekcjach powtarzają się te dwie, idące ręka w rękę ze sobą: “projekt jest pierwszym sygnałem ludzkiej intencji”, “regulacja jest sygnałem niepowodzenia projektu”, które w moim przekonaniu pozostawiają najwięcej do myślenia, może z prozaicznego powodu, że jestem projektantem, a może dlatego, że wierzę w odpowiedzialność jaka spoczywa na architektach i projektantach w kształtowaniu lepszej przyszłości. Każdego dnia pozostawiamy po sobie ślad i tylko od nas zależy jakie konsekwencje będzie on miał dla przyszłych pokoleń. Nie mogę nie zgodzić się z wizją przyszłości jaka inspiruje Williama McDonough’a w jego architektonicznej praktyce: “zachwycająco zróżnicowany, bezpieczny, zdrowy świat – z czystym powietrzem, glebą, wodą i energią, gospodarczo, sprawiedliwie, ekologicznie i elegancko zaspokojony.”

 

“Nie projektujmy dla jednorazowego użycia – wziąć, użyć, zmarnować. 

Projektujmy z myślą o następnym użyciu.”

Reklama

Banacek

W 1972 roku w paśmie telewizyjnym Mysery Movie stacji NBC