Małgorzata Oliwia Sobczak – Przeszłość wciąż nas dogania

Marika Krajniewska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

– Małgorzata Oliwia Sobczak, dzień dobry.

– Dzień dobry.

– Jesteśmy tutaj, aby porozmawiać o Twojej najnowszej książce „Szelest”, ale nie tylko. „Szelest” jest nową serią czy pojedynczą powieścią?

– Jest pierwszym tomem nowego cyklu zatytułowanego „Granice ryzyka”, ale każdą część można będzie czytać w sposób zupełnie indywidualny i osobny, ponieważ w każdej części, podobnie jak w „Kolorach zła”, fabuła będzie skupiona na innej zagadce śledczej. Cykl będą łączyły osoby detektywa Oskara Kordy i dziennikarki Alicji Grabskiej. „Granice ryzyka”, jak wskazuje sam tytuł, będą mocnym i mrocznym cyklem skupionym na problematyce przekraczania granic i człowieka w sytuacji ryzyka – ryzyka rozumianego jako skutek podejmowania decyzji w teraźniejszości na podstawie doświadczenia decyzji podjętej w przeszłości. Podobnie jak w „Kolorach zła”, odnajdziemy tutaj zatem determinizm historyczny, rozumiany jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym przeszłość, nawet ta najbardziej odległa, warunkuje to, co jest teraz, i to, co będzie później.

– Czy to jest tak, że przeszłość nas dogania czy my podświadomie skłaniamy się, by w niej grzebać?

– W moich książkach przeszłość wciąż człowieka dogania. Z drugiej strony, moi bohaterowie natrętnie o tej przeszłości myślą, kompletnie nie mogąc się od niej odseparować – wszystko, co się wydarzyło wcześniej, wpływa bowiem na ich psychikę i na to, jakie relacje konstytuują z drugim człowiekiem, w jaki sposób myślą, jak działają, czy potrafią zaufać. „Szelest” to przede wszystkim książka o obsesji, która wyrasta z przeszłości. Obsesja w tej powieści przejawia się na kilku różnych płaszczyznach. W „Szeleście” mamy uporczywe myśli, powracające negatywne wspomnienia, ciągłe poczucie zagrożenia, niepewności, lęku. Mamy obsesję religijną. Mamy w końcu obsesję na punkcje kobiety i to ze strony kilku mężczyzn. To obsesja tak naprawdę nakręca wszystkich moich bohaterów, bo oczywiście wszystkie postacie pojawiające się w „Szeleście” są na swój sposób pokręcone, każdy ma swoje demony.

– Tak, jest to niewątpliwie książka obsesyjna, można tak powiedzieć. Wiesz co? Jest tam też, przynajmniej tak mi się wydaje, sporo intuicji i intencji. Chciałam Cię zapytać, czy w Twoim życiu intencja i intuicja grają pierwsze skrzypce?

– Zdecydowanie tak. Bardzo często kieruję się intuicją. Śmiejemy się, że każda kobieta w naszej rodzinie, ma wrodzoną intuicję wiedźmią, o której pisałam zresztą w pierwszej powieści „Ona i dom, który tańczy”. Bardzo zawierzam mojej intuicji i nigdy się z nią nie kłócę. Z drugiej strony intencjonalność to coś mocno wbudowanego w moją konstrukcję psychiczną. Zawsze wszystko muszę mieć zaplanowane, odpowiednio zorganizowane i zrealizowane punkt po punkcie – tylko wtedy jestem zadowolona ze swojej pracy.

– Dobrze. W takim razie pójdę dalej za tą odpowiedzią. Czy zdarza się tak, że mimo planowania bohaterowie zaczynają rządzić, a nie Ty?

– Och, tak, jak najbardziej! To planowanie jest bardzo potrzebne. Jest to ważna praca konstrukcyjna i koncepcyjna. Na samym początku zawsze sobie wszystko rozpisuję. Jeżeli jest to scenariusz książki, to zawsze w zeszycie. Kiedy zaczynam pisać, tworzę plan na pierwsze 50 stron, bo wiem, że Ci bohaterowie sami mi się przedstawią, sami coś o sobie powiedzą i pokażą mi, na ile ich stać. Zazwyczaj naprawdę ożywają na kartach książek, więc po 50 stronach znowu siadam i planuję, a później oni oczywiście zwodzą mnie ponownie.

– Czy w „Szeleście” któryś bohater Cię zaskoczył bardziej niż byś sobie tego życzyła?

– W przypadku „Szelestu” akurat tak się nie stało, po części dlatego, że ta powieść jest pod względem konstrukcyjnym bardziej uporządkowana niż „Kolory zła” i łatwiej było mi ją okiełznać. Ale w procesie twórczym zdarzyły mi się takie niespodzianki. Przykładowo w „Czerwieni” pod sam koniec książka przejęła kontrolę. Pisząc jeden z ostatnich rozdziałów, nagle zamarłam. Usłyszałam zdanie wypowiadane przez jednego z bohaterów, a po skórze przeszły mi autentyczne ciarki. Zdałam sobie sprawę z tego, że jest inaczej niż wcześniej zamierzałam, i ten moment nadał powieści nową jakość. W przypadku „Czerni” natomiast musiałam zmienić zakończenie, okazało się bowiem, że w pierwszej wersji książki niczym słaby śledczy dałam się zwieść sprawcy i wskazałam osobę niewinną. Na szczęście sprawiedliwości stało się zadość i ostatecznie posadziłam odpowiedniego drania.

–  Jakie kobiety są w Twoich książkach? Może najpierw w kryminałach.

– Wszystkie postacie w moich książkach są negatywnie doświadczone i pokiereszowane przez życie, wszyscy mają swoje trupy w szafie. Natomiast to chyba kobietom ze względu na ich wrażliwość najtrudniej jest się z tym uporać, stąd ta przeszłość tak obsesyjnie do nich wraca. Z drugiej strony to kobiety bardzo silne, wychodzące ostatecznie naprzeciw temu, co je goni. One nigdy się nie poddają.

– Tak słucham i zastanawiam się, czy potrzebujesz po skonstruowaniu takich postaci jakoś odetchnąć? To jednak są ciężkie losy tych bohaterów/bohaterek.

– Przeważnie nie potrzebuję odpoczynku. Gdy zamknę jedną opowieść, najczęściej od razu pojawia się inna historia, która kategorycznie domaga się opowiedzenia. Pisanie sprawia mi ogromną przyjemność, daje naprawdę dużego kopa. Wprawdzie faktycznie te fabuły nie są najłatwiejsze, dzieje się tam wiele potwornych rzeczy, ale potrafię na nie spojrzeć z dystansu. Zawsze, kiedy piszę te najbardziej okrutne, makabryczne, mocne sceny, wchodzę w rolę śledczego, który patrzy na morderstwo jak na analityczny materiał, bo tylko takie podejście pozwala złapać sprawcę. Dlatego te najbardziej drastyczne rozdziały w mojej książce są często odhumanizowane, surowe, bardzo metodyczne – stają się przeciwwagą dla scen, którym niejednokrotnie nadaję charakter skrajnie emocjonalny.

– Dbasz o psychikę czytelnika.

– Tak, staram się. O swoją i o czytelnika.

– Czy w Twoich kryminałach, czyli tych późniejszych książkach, zdarza się, że przemycasz trochę Małgorzaty Oliwii Sobczak?

– Coraz mniej. Chyba zasadą jest to, że to pierwsza książka autora jest zawsze najbardziej osobista i intymna, więc sporo mnie można odnaleźć w mojej powieści żuławskiej. Z każdym kolejnym utworem coraz bardziej separuję się od fabuły i bohaterów. To oczywiście wymaga większego wysiłku wyobrażeniowego, no ale ile można o sobie opowiadać? Z drugiej strony we wszystkich książkach mojego autorstwa można zasadniczo mnie odnaleźć; przede wszystkim moją wrażliwość i emocjonalność. Zawsze wyobrażam sobie, co by było, gdyby ta historia przydarzyła się mnie, jednocześnie staram się od siebie uciec, odskoczyć, bo to jest najbardziej fascynujące, że każdy człowiek inaczej percypuje rzeczywistość i gdy tak siedzimy naprzeciwko siebie, pewnie Ty zupełnie inaczej widzisz elementy tej przestrzeni, odbierasz inne bodźce, może w odmienny sposób postrzegasz przykładowo kolory, bo Twój umysł inaczej przetwarza rzeczywistość niż mój? To jest emocjonujące, że w powieściach można pisać z różnych perspektyw, wcielać się w różne osoby i wyobrażać „co by się stało, gdyby było się innym człowiekiem?”.

– Praca pisarza jest naprawdę fascynująca. Gdyby nie pisanie, to co?

– No właśnie nie wiem. Tak naprawdę zaczęłam pisać dosyć późno. Miałam zostać prawniczką, bo wydawało mi się, że to jest najbardziej humanistyczny kierunek, tym bardziej, że w czasach, gdy zaczynałam studia, wybór kierunków był jeszcze dość skromny, a ja wychowałam się w rodzinie prawniczej. Pojechałam na studia do Poznania, ale szybko się okazało, że to nie dla mnie. Podeszłam do pierwszej sesji, wszystko sobie pozamykałam, wróciłam do domu i oznajmiłam rodzicom, że studia rzucam. Wtedy odnalazłam kulturoznawstwo – bardzo rozwijający i inspirujący kierunek, po którym paradoksalnie nie ma konkretnego zawodu, więc nadal nie wiedziałam, co ze sobą w życiu począć. Następnie zrobiłam podyplomowe dziennikarstwo i choć przez chwilę zaiskrzyło, to nadal czułam, że to nie do końca mój świat. Z tego impasu wydobyło mnie złamane serce. To wtedy popłynęła ze mnie pierwsza opowieść. Okazało się, że pisanie mnie uratowało w najczarniejszym momencie życia, stając się jednocześnie moim przeznaczeniem.

– Czego Ci życzyć? Na tę chwilę?

– Żeby trwało, po prostu. Wszystko, co od kilku lat wokół mnie się dzieje, jest niesamowite. Czuję, że odnalazłam swoją drogę, że odnalazłam siebie. Daje mi to wielkie spełnienie, a trudno o piękniejsze uczucie. Każdemu życzę pracy, którą będzie kochał. Szkoda życia na coś, co nie daje satysfakcji, dlatego trzeba pamiętać o tym, że nigdy nie jest za późno na zmianę.

– Niech szeleści.

– Niech szeleści, dokładnie.

– Dziękuję Ci bardzo.

– Dziękuję również.

– Dziękuję bardzo Państwu również i zapraszam do „Szelestu”.

Fot. Wojtek Biały

KUP KSIĄŻKĘ “SZELEST”

 

 

Reklama