Łukasz Simlat: Ty! A jak ty się właściwie nazywasz?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

I nagle taka dojmująca cisza zapanowała na planie. Ludzie milczeli. I wtedy poczułem, że się coś wydarzyło. Krzysztof Kolberger spojrzał na mnie tak znacząco, Wojtek Wójcik podszedł i pyta: 

„Ty! A jak ty się właściwie nazywasz?

Z Łukaszem Simlatem rozmawia Grzegorz Kapla 

Grzegorz Kapla: Śniegu już nigdy nie będzie, Rojst ’97, Sonata, Furioza, Broad Peak… Jesteś wreszcie naprawdę zapracowany.

Łukasz Simlat: Dlaczego wreszcie? 

Bo był taki czas, że nie grałeś tyle, ile mógłbyś grać. 

Naturalną koleją rzeczy są momenty takie i takie, mówię to z pełną świadomością. Pewnie nadejdą też, to naturalna kolej rzeczy, momenty przesytu moją obecnością na ekranie, przesytu tym rodzajem aktorstwa jaki uprawiam. I myślę, że też jeszcze nadejdą takie dobre momenty, bo jeżeli ktoś robi coś dobrze, z pasją, jeśli wkłada w to serducho, to ten dobry moment musi przyjść. Wierzyłem, że mnie to spotka. 

Czy rola w Bożym Ciele była tym decydującym momentem? Wtedy się zakręciło w twoim zawodowym życiu?

Myślę, że to się stało już wcześniej. Kiedy skończyłem szkołę było najtrudniej, z doskoku musiałem się posiłkować zupełnie innymi zawodami. Prowadziłem, korzystając z umiejętności nabytych w szkole teatralnej, jakieś imprezy, bo tej prawdziwej pracy nie było. Ale w końcu dostałem propozycję od Izabeli Cywińskiej w 2004 roku. Kochankowie z Marony to była moja pierwsza duża rola i ona spowodowała, że coś zaczęło się dziać. Oczywiście pamiętam te momenty, kiedy narzekałem, że ten telefon nie dzwoni, ale teraz pracuję dużo i już to czuję. Czuję zmęczenie i czasami myślę, że chciałbym zmierzać do tego momentu, kiedy można sobie pozwolić na pewnego rodzaju komfort i aż tyle nie pracować. 

Ale pracujesz w dobrych produkcjach. 

Jestem w dobrych rękach? 

Bezwzględnie. Sonata ma rewelacyjne recenzje i mówią, że to metafizyczny film, chociaż niełatwy temat. 

Aż byłem trochę przestraszony kiedy dostałem scenariusz Sonaty. Pomyślałem sobie, że takich filmów już w Polsce było całkiem sporo. 

Maciej Pieprzyca zrobił kiedyś taki film. Chce się żyć i do dzisiaj go pamiętamy.

Prawda, ale i potem tych filmów przeróżnych widzieliśmy naprawdę sporo tej, więc kombinowałem co z tym zrobić, jak to ugryźć żeby niczego nie powielić. Postanowiliśmy sobie, że kompletnie nie chcemy robić następnego martyrologicznego filmu opowiadającego o ludzkim nieszczęściu. Postanowiliśmy narzucić na ten temat płaszczyk poczucia humoru i to w takim „niepolskim stylu”. Nazwałem to, a moim zdaniem dobrze się to udało, filmem ze skandynawskim poczuciem humoru. A to jest ten rodzaj poczucia humoru, za którym przepadam. W tym kierunku zmierzaliśmy i mam nadzieję, że to się udało i myślę, że ten właśnie walor decyduje, że film Bartosza Blaschke niesie ten promyczek, nadzieję. 

Ponieważ to wiwisekcja prawdziwej rodziny, żywych ludzi, którzy wpuścili was do swojego życia, musiałeś rozpoznać gdzie są granice tego na ile sobie możesz w tej roli pozwolić. 

Bałem się tego momentu. Wiedziałem, że muszę z Małgosią Foremniak, z całą naszą filmową rodziną pojechać do prawdziwej rodziny. No i tuż przed wyjazdem do Murzasichla przypomniała mi się  anegdota jak Robert De Niro przyjechał do Polski w 1989 roku, bo miał zagrać Wałęsę. 

Oj tak! Zdjęcia z tego spotkania królują w internecie. 

Spędzili wspólnie cały dzień, przy czym, pod koniec dnia, De Niro  powiedział, że chce jechać do hotelu, pakuje się i jedzie na Okęcie, i że się nie będzie tłumaczył dlaczego wraca, bo on nie będzie tego człowieka grał. Więc się bałem takiego zderzenia. Jedziemy i oto jesteśmy przyjęci z pełną odwagą, świadomością przez rodzinę Płonków, bez krzty udawania przez nich czegokolwiek, bo są ludźmi hardymi i odważnymi i to spowodowało, że mieliśmy możliwość umieszczenia tego żabiego oka. Byliśmy, funkcjonowaliśmy z nimi w ich domu, funkcjonowaliśmy w relacjach partnerskich, ale nie da się uciec od sytuacji, żabie oko musiało z nami być. Mieli pełną świadomość tego, że są podglądani, aczkolwiek funkcjonując razem przez kilka dni robiliśmy wszystkie rzeczy, które człowiek w życiu robi. „Kawę chcecie? Pomogę, obiorę ziemniaki”. 

Tak się uczyliśmy rodziny Płonków. Od tej pory musieliśmy być za to zadanie odpowiedzialni. Oczywiście Bartek Blaschke jako scenarzysta i reżyser to wszystko w partyturze scenariuszowej umieścił, ale do nas należało aptekarskie wyważenie tej sytuacji, żeby nie przeciążyć tematem, żeby nie dociążyć emocjonalnością, która jest spowodowana przez rangę tematu, o którym opowiada film. W życiu są sytuacje ciężkie, lżejsze ale nawet tym najcięższym towarzyszy jakaś odrobina absurdu, kolorytu, który otacza trudną i czasami drastyczną sytuację. I tak się staraliśmy o tym myśleć. Wyważyć tak, żeby ten film był do samego końca okraszony poczuciem humoru, bo tak się mieni nasze życie.

Muszę zapytać, bo bardzo lubię tę twoją postać, o Rojsta, w którym jak mówią, naprawdę bardzo wysoko zawiesiłeś poprzeczkę.

Tak mówią? 

Tak mówią. Stworzyłeś fascynującą postać i widza naprawdę interesuje jaka przemiana się w nim dokona i czy będzie wiarygodna. To nie jest łatwe zadanie. Gratuluję.

Czyli się udało?

Doskonale. 

To  jest tak jak w muzyce, dostajesz partyturę i widzisz kiksy, widzisz gdzie coś nie wyszło, gdzie nie siedzi, gdzie kompletnie schodzi w jakąś inną, poboczną stronę i nie tkwi, jak powinno, w tym ciągu muzycznym, który jest dominujący w tym utworze. Jeśli  gdzieś skręca, to nie daje możliwości spełnienia. A ja w Rojscie dostałem genialnie napisaną partyturę postaci. Ja musiałem tylko wyważyć jak to grać, z jakim natężeniem ustawić potencjometry, żeby nie wylać dziecka z kąpielą, żeby widza zamagnesować i żeby go też w pewien sposób oszukać tą przemianą, która była bardzo sprawnie zapisana.

Łatwo było przeholować.

-Łatwo było przeholować, łatwo było dociążyć, łatwo było zrobić sprawy z rzeczy kompletnie nieistotnych w tym scenariuszu. 

Powiedziałeś, że oglądałeś ten film dopiero teraz.

Tydzień temu skończyłem oglądać drugą część Rojsta, a pierwszą zobaczyłem też dopiero po skończeniu zdjęć do drugiej.

Powiedz, kiedy patrzysz na siebie na ekranie…

– Nie mogę patrzeć. To jest straszne, bo ja nie mam dystansu, mnie to za dużo kosztuje. Jeszcze pandemia spowodowała, że stałem się trochę odludkiem i w ogóle wyjście w tłum mnie dużo kosztuje, bo zdziczałem trochę i to się też przekłada na inne rzeczy. Zawsze mnie dużo kosztowało oglądanie siebie, bo zawsze widzę błędy, których już nie mogę poprawić i powtórzyć, w teatrze te błędy jesteś w stanie powtórzyć, bo jesteś w stanie przemyśleć co poszło nie tak, ale jutro masz szansę to zmienić, a tu już nie i widzisz te błędy. Może to są mikroskopijne, może jakieś aptekarskie błędy, ale dla mnie błędy to są błędy. To mnie spala i męczy, trudno jest mi patrzeć na siebie.

A teraz na premierę czeka kilka kolejnych dużych produkcji z twoim udziałem, więc będziesz musiał się z tym mierzyć jeszcze nie raz.

Jak długo będę pracował, to ciągle się będę z tym zmierzał.

Zacznijmy od Furiozy. Jest otoczony jakąś tajemnicą, nikt nie chce ujawnić szczegółów fabuły, nie wiem z czego to wynika, ale nawet w kuluarowych rozmowach trudno się przebić przez tę zmowę milczenia.

To film o półświatku kibolskim z Trójmiasta, opowieść o inwigilacji tego kryminalnego środowiska, grup przestępczych związanych z ultrasami, ustawek po lasach i smutnego policjanta, którego miałem przyjemność wykreować, jedynego chyba który wierzy, że to się uda wszystko rozwiązać. Niestety system jest tak zakrzaczony, że to się wszystko wysypuje i to jest sytuacja patowa, niezmienna. Jest też o miłości. 

Czyli jest nadzieja?

Jest odrobina nadziei, ale myślę, że o wiele wiele mniej niż w Sonacie. Brutalne kino, ale dobrze zrealizowane przez Cypriana Olenckiego, reżysera. Miałem okazję oglądać surową wersję pół roku temu, premiera jest bodajże 18 października. Jeśli ktoś oczekuje mocnego kina kryminalnego i z dobrze zrobionymi scenami bójek to myślę, że nie będzie zawiedziony. 

Dużo krwi się leje?

 Trochę tak. 

Zawsze mnie interesowało jak to się dzieje, że na ekranie to jest tak strasznie brutalne, a przecież wychodzicie z tego bez szwanku?

Ktoś mi ostatnio opowiadał, pewien aktor starszy mówił: „to jest właśnie pokłosie mojego zawodu, że tu już mnie boli, tu boli i tutaj… to są konsekwencje scen kaskaderskich. Pamiętam taki wywiad z Russelem Crowem, opowiadał o filmie Gladiator, bo namiętnie realizował sceny nie posiłkując się pomocą kaskaderów. Opowiadał o poszczególnych partiach swojego ciała, co mu się zdarzyło i w jakiej scenie. To ciągłe urazy, wybicia, krwiaki. Nigdy niczego sobie nie złamałem, ale nie jest lekko. 

  Oj, to było duże ryzyko. 

W dramatycznych okolicznościach przyrody, Dawid Ogrodnik mówił mi, że był chory wtedy cały czas i będzie na ekranie widać, że on jest mało przytomny od gorączki, bo naprawdę to był dramat.

Nie powiem ci o tym, bo film był kręcony etapami i wyjazd w Alpy był w dwóch terminach: styczeń 2018 i styczeń 2019, czyli tak naprawdę w chwili przed pandemią. Ja partycypowałem w styczniu 2018 i wtedy siedziałem na lodowcu, Dawid pojechał rok później, bo wtedy realizowali sceny z wyprawy 2013 roku. Więc razem tego nie kręciliśmy. Ale powiem, że to jest poważne doświadczenie. Ja nienawidzę zimna, mnie zimno paraliżuje i tego się obawiałem najbardziej. Ja mogę funkcjonować i pracować w 50 stopniowym upale, ale jak tylko się zaczyna robić mroźno, to mój organizm się hibernuje i jadę na pamięć, tzn. odtwórczo. Staram się jak mogę, ale ciężko jest o jakąś kreację zawodową podczas pracy i to mnie bardzo przerażało. Byliśmy bardzo dobrze zabezpieczeni, ale to było takie doświadczenie piorunujące, było np. tak: Dobra, mamy pół godziny przerwy, siadamy, każdy bierze swoją menażkę, siadamy i odpoczywamy chwilę i dalej do pracy. I widziałem jak zmęczona jest ta ekipa, która była na tych wszystkich trawersach ze starymi czekanami, bo odgrywamy realia ’88 roku. 

Czyli działacie na sprzęcie z minionej epoki. 

Ubrani na cebulę, bo nie masz współczesnej puchówki, która ci oddycha, tylko masz puchówkę z piór gęsi, która jest wielka i nie oddycha. Jeszcze w przypadku mojej postaci, czyli Krzysztofa Wielickiego mam te wszystkie samoróbki, które mu zawsze towarzyszyły, kominy, szaliki, tego typu rzeczy. To powoduje, że się od razu pocisz, więc jak masz przerwę, to siadasz mokry. Ekipa tylko patrzy gdzie jest słońce, bo zaraz schodzi za skałę. Otwierasz menażkę, a ona nie paruje, czyli już wystygła. I to są takie momenty, gdzie robi ci się bardzo słabo, ale zaciskasz zęby, oddajesz serce i realizujesz to, po co przyjechałeś. Aczkolwiek nie było łatwo.

Kiedy będzie premiera? 

Myślę, że premierą będzie data śmierci w przyszłym roku, czyli marzec 2022 roku. 

To był najtrudniejszy film jaki robiłeś? 

Momentami fizycznie tak, bo nie psychologicznie, to nie wymagało ode mnie takiej potrzeby zanurzenia się w jakiejś tak totalnej psychologii i emocjonalności, z której nie mógłbym wrócić, aczkolwiek fizycznie to było czasami bardzo bolesne. Pamiętam taki moment, że stanęliśmy na takim trawersie, przed skałą, jesteśmy podlinowani, widzę te 5 metrów dystansu jaki mam pokonać na kamerę, niby niedaleko, ale muszę podejść w trudnym terenie, tam siedzi Irek Czop, który pozoruje Berbekę, już zamarzającego, wyzutego z sił, nie mogącego chodzić. Muszę pokonać te 5 metrów, na ujęciu są odpalane propelery, łopatami sypią na nie śnieg, żeby pozorować wichurę, ruszam i to jest najdłuższe 5 metrów w karierze, bo jak pokonujesz te 5 metrów, serce masz pod gardłem, bo idziesz w tej wysokości śniegu, w rakietach, nie jest to środowisko, w którym się poruszasz na co dzień, w którym funkcjonujesz. Fizycznie czasami było bardzo ciężko, ale mobilizujące były krzyki: Wielicki by dał radę! A, ok, to ja też dam radę.

Ale chyba dlatego zostałeś aktorem, żeby przeżyć przygodę taką, żeby przeżyć życie, którego byś w inny sposób nie miał szans doświadczyć.

Myślę, że dlatego, żeby nie być dwa razy w tym samym miejscu, bo nawet jak grasz ten sam spektakl, to jest zupełnie inny, niby ten sam, ale zupełnie inne są przecież emocje. Myślę, że właśnie dlatego, żeby móc przeżyć sobie kilka żyć, aczkolwiek zaczynam czuć coś takiego i to pojawia się w momentach przesytu, że ja już mam dość życia życiem jakiejś postaci z kartki papieru, bo łapię się na tym, że brakuje mi czasu na moje własne życie, na moje własne przemyślenia, na dojście do konsensusu z samym sobą, bo ciągle muszę mózg mobilizować, żeby być kimś innym.

Żeby czytał partyturę napisaną przez kogoś innego. 

Tak. I żeby się poddał tej partyturze, bo ten zawód też jest dla mnie oszukiwaniem organizmu. Niestety. Jestem wyznawcą zasady, żeby nie odgrywać czegoś przed kamerą, tylko żeby to przed kamerą przeżyć. A kiedy się coś przeżywa, to organizm dostaje jakieś zafałszowane bodźce, jakieś nieoczekiwane impulsy – jak to? przed chwilą nic się nie działo, jadłeś spokojnie śniadanie, a teraz jest 8:30 i  co się z tobą dzieje? Dlaczego nagle wszystko jest o 180 stopni inaczej, bo idziesz w śniegu po pas w kierunku kogoś kto umiera. To jest oszukiwanie organizmu, więc mnie to nie dziwi, że wiele osób w tym zawodzie, w tym środowisku się wspomaga, żeby sobie to zbuforować, rozluźnić, aby to jakoś wyrzucić. Wszelkiego rodzaju używki czy alkohol… To dla mnie zupełnie zrozumiałe, choć nie mówię, że słuszne. Nie oceniam tego broń Boże, ale jest to dla mnie zupełnie zrozumiałe, kiedy na co dzień oszukujesz swój organizm jakiś sztucznym procesem chemicznym.

Jak myślisz, dlaczego aktorzy rzadko mówią o tym jaka jest cena uprawiania tego zawodu? 

We współczesnej naszej narracji, w naszym kraju będą mówili coraz rzadziej, bo wychylisz się z tym opowiadaniem jakie to jest trudne, to z drugiej mańki dostajesz strzał, że przecież jesteś darmozjadem. W takiej narracji funkcjonujemy, więc co kogo interesuje prawda, skoro wszystkim się wydaje, że jesteśmy „celebrytami” i nikt nie bierze pod uwagę tego, że czasami pracuje się 7 dni w tygodniu, czasami się pracuje 31 dni w miesiącu, czasami jedziesz na plan, jedziesz na niego godzinę, funkcjonujesz 12 godzin w zupełnie wywróconych do góry realiach, zmuszając swój organizm do jakichś sztucznych przeżyć, oszukując go jakąś chemią, którą ten proces wywołuje i ponosząc potem konsekwencje fizyczno-biologiczne jakie on wywołuje w twoim organizmie. Kończysz pracę, jedziesz 45 minut do teatru, przygotowujesz się do spektaklu, spędzasz dwie godziny na scenie jako ktoś jeszcze zupełnie inny i wracasz po 18 godzinach do domu. O tym nikt nie mówi. A tak wyglądają czasami całe tygodnie i ja się teraz nie żalę, tylko mówię jak jest. O czym tu opowiadać? Taka specyfika zawodu, poznajesz ją w trakcie funkcjonowania, w trakcie partycypowania w tym zawodzie i teraz trzeba umieć to sobie jakoś wypośrodkować, żeby nie zwariować, żeby nie dać się zajechać i żeby to człowieka nie wytrawiło.

Ale kiedy szedłeś do szkoły, to myślałeś, właśnie, że to będzie tak po celebrycku fajnie?

Nie. Po prostu chciałem, żeby się dużo działo. Nie wierzyłem w to, że się dostanę, ale chciałem żeby się dużo działo. Zawsze kręciły mnie filmy, nie wierzyłem kompletnie w to, że się znajdę w filmie. Przegrywałem castingi na początku, nawet kiedy castingerzy przychodzili do szkoły teatralnej w poszukiwaniu kogoś młodego i posiłkują się wtedy studentami, to ja nigdy nic nie dostawałem. Nie chcieli mnie więc zapomniałem nawet o tym całym filmie, zwłaszcza że teatr dał i bezpieczną niszę. Pracowałem sobie w teatrze dopóki nie poczułem tego impulsu, bodajże w serialu Sfora Wojtka Wójcika, kiedy grałem scenę ze śp. panem Krzysztofem Kolbergerem. Zrobiliśmy to i nagle taka cisza zapanowała na planie. Ludzie się nie odzywali, milczeli. I wtedy, jak to mówi Jewgienij Griszkowiec, jeden z moich ulubionych pisarzy rosyjskich ”poczułem, że się coś wydarzyło”. Pan Kolberger spojrzał na mnie, Wojtek Wójcik podszedł i zapytał „ty, a jak ty się właściwie nazywasz? I takie momenty, sekundy spotkań, spojrzeń, poszanowania czyjejś pracy, tej intensywności milczenia sprawiły że wtedy zrozumiałem. W teatrze to się wszystko odbywa inaczej – masz aplauz, śmiech niewymuszony, spontaniczny, dzieje się coś, że sprowokowałeś te 300 osób do jakiejś reakcji, bo nie śmiejemy się sztucznie, tylko z automatu i nawet nie wiemy, że się śmiejemy. Wtedy wiesz, że coś się stało prawdziwego. A w filmie jest ta przepiękna, dojmująca cisza. Wtedy wiesz, że coś się udało zrobić i nawet się nie chce przechodzić do następnej sceny, tylko jeszcze trochę potrzymać ten stan. Jeszcze trochę go poprzeżywać, żeby wyżarło. 

Życzę ci, żebyś tę ciszę słyszał jak najczęściej. 

fot.: Marcin Bosak

Reklama