ANYWHERE          TV           REDAKCJA

„Ciała wystarczająco dobre: czy potrzebujemy ruchu bodypositive?”

Marta Młot

body-positive-1

Przeglądając internetowe treści, na hasło „bodypositive” możemy się natknąć w wielu kontekstach. W psychologicznych magazynach, gdy mowa o niebezpiecznym mechanizmie porównywania się, który napędzają social media, ciałopozytywność pojawia się jako trend-zbawiciel, mający ten mechanizm spowolnić. W branży fashion, jako trend-przełom, dzięki któremu projektanci zapraszają na castingi modelki w rozmiarze większym niż zero. Wreszcie, w treściach twórczyń i twórców internetowych, którzy publikując niewyretuszowane zdjęcia naturalnych ciał ukazujące rozstępy, cellulit czy trądzik, realizują misję normalizowania wizerunków niedoskonałych ciał.

Chociaż utożsamianie ruchu bodypositive z ciałoakceptacją, czy byciem dobrym dla siebie jest zjawiskiem bez wątpienia korzystnym, niesie ze sobą pewne ryzyko. Normalizując naturalne niedoskonałości skóry, które wymknęły się na zdjęciach spod noża photoshopa zapominamy, że ciałopozytywność to ruch powołany do walki z dyskryminującym systemem.

O czym jest bodypositive?

W dużym skrócie, bodypositive, to ruch społeczny i antysystemowy, który zrodził się w latach 60. ubiegłego wieku w USA, na wznoszącej się fali innych ruchów antydyskryminacyjnych, na czele z feminizmem. Bodypositive, wcześniej fat acceptance, to ruch mający na celu walkę o równe prawa osób żyjących w ciałach grubych i nienormatywnych. Polega na walce z tzw. systemowym przywilejem szczupłości, którego założenia dyskryminują osoby żyjące w ciałach grubych, czy niepełnosprawnych, poprzez ograniczony dostęp do pełnej rozmiarówki ubrań, opieki zdrowotnej, czy rynku pracy. 

Osobom, które nigdy nie miały do czynienia z ograniczoną dostępnością do pełnej rozmiarówki ubrań, sytuacja ta może wydawać się błaha, czy wręcz śmieszna – co więcej, niepowiązana z problemem równego dostępu do pracy. Tymczasem, wyobraźmy sobie jak czuje się osoba żyjąca w nienormatywnym ciele, która przygotowuje się do rozmowy rekrutacyjnej na stanowisko kierownicze w banku i wie, że może zostać zdyskwalifikowana nie z powodu braku merytorycznego przygotowania, a niewystarczająco formalnego stroju, bo w żadnym sklepie w swoim mieście nie znalazła garnituru, czy garsonki w swoim rozmiarze. Idąc dalej, spróbujmy postawić się w sytuacji takiej osoby, która wykonuje zawód ratownika medycznego w czasie pandemii, a żaden z producentów odzieży ochronnej nie przewidział w swojej ofercie rozmiaru większego, niż XL. 

Fatfobiczne i bodyshamingowe narracje powszechnie obecne w przekazach medialno-rozrywkowych, czy reklamowych, wzmacniają negatywne przekonania otoczenia w stosunku do osób grubych. O bazujących na nich przekonaniach lekarzy pierwszego kontaktu bez końca mogą opowiadać osoby, którym odmówiono specjalistycznej diagnostyki, kwitując wizytę krótkim: „proszę schudnąć”.

Te, z pozoru błahe problemy życia codziennego sprawiają, że osoby żyjące w ciałach spoza kanonu, codziennie mierzą się ze strachem, brakiem akceptacji, ale przede wszystkim – nierównym traktowaniem. Osaczone krytycznymi spojrzeniami innych, w obawie przed publiczną oceną i wyszydzeniem, w upalne dni ukrywają swoje ciała kosztem osobistego komfortu i zdrowia, często rezygnują z regularnych wizyt u lekarzy, które stały się dla nich traumą.

Dlaczego warto podkreślać, że bodypositive nie jest ruchem afirmatywnym i nie ma na celu zachęcania nas do zaakceptowania naturalnych rozstępów na udach czy włosków na sutkach? Właśnie po to, zwrócić uwagę na potrzeby osób, które są dyskryminowaną mniejszością, a którym należy się równe traktowanie.

Reprezentacja, a promocja, czyli bodypositive i problem otyłości

Ciałopozytywność nie jest i nigdy nie była ruchem promującym otyłość z tych samych powodów, dla których nie jest też o akceptacji i miłości do swojego ciała. Nie musimy kochać swoich ciał, żeby przeżyć i zapewnić byt sobie i swoim rodzinom. Jest nam za to niezbędne do tego zdrowie fizyczne i psychiczne oraz równy dostęp do pracy. 

Upublicznianie wizerunków osób w grubych ciałach ma na celu zwrócenie uwagi na problemy tej mniejszości oraz zaakcentowanie ich reprezentacji w społeczeństwie. Bez wątpienia otyłość jest chorobą, bardzo trudną do wyleczenia, bardzo złożoną – w wielu przypadkach, jak inne choroby, ma podłoże psychiczne. 

Psycholog Carl Rogers, jeden z twórców nurtu humanistycznego, pisał, że aby ruszyć z miejsca, należy zaakceptować to, jak jest. Takie ujęcie paradoksalnej teorii zmiany dobrze obrazuje, dlaczego osoby grube tak bardzo potrzebują sojuszników w ciałopozytywności, nie w afirmacji. Ciało nie musi być kochane, by było wystarczająco dobre, wystarczy, by zostało zaakceptowane, takie jakie jest, tu i teraz. Taka postawa może stać się pierwszym krokiem milowym w stronę wyleczenia.

Czy wszystkie ciała są piękne?

Nie są – bo nie muszą być. Piękno ludzkich ciał, nie tylko kobiecych, od wieków było przedmiotem oceny. Mimo, że kanon piękna na przestrzeni lat ulegał wielu zmianom, oczekiwania społeczne i kulturowe względem wyglądu ciał są wciąż tak samo rygorystyczne. Dlaczego więc nie skorzystać z coraz silniejszego trendu ciałoakceptacji, aby nieco zmienić kryteria oceny? Wyobraźmy sobie, że warunkiem zaakceptowania swojego ciała jest uznanie jego niezbywalnego prawa do godności, szacunku, uwagi, opieki, czułości. Że cieszymy się, gdy jest zdrowe, dobrze odżywione, odprężone – nie kiedy schudło, lub przytyło, kosztem katorżniczej diety i fizycznego wysiłku ponad jego siły. Że kupujemy nowe ubrania z myślą o tym, byśmy mogli swobodnie w nich oddychać, wypuścić brzuch, dać stopom komfort, uwolnić klatkę piersiową. 

Medialne przekazy, pod hasłem ciałopozytywności, musztrują nas oczekiwaniem, byśmy przeskoczyli niewykonalny dystans ze skrajności bycia perfekcyjnymi, w drugą – uznania naszych ciał za piękne i natychmiastowego ich pokochania. Istnieje spora obawa, że i ta druga skrajność jest dla nas szkodliwa, tworzy niezdrową presję. Może zatem warto zrezygnować ze skoku w nieznane, na rzecz prostej i sprawdzonej metody baby steps? Zacznijmy od znalezienia krótkiej chwili na spotkanie ze swoim ciałem i zapytanie go, czego tak naprawdę mu teraz trzeba. Jest spora szansa, że nie będą to kolejne dżinsy z wysokim stanem, sokowy detoks, ani peeling enzymatyczny. Może okaże się, że wystarczy mu czułe wyznanie, że jest okej. Jest wystarczająco dobre.

Od dziesiątek lat w zachodnim kręgu cywilizacyjnym bryluje tzw. kultura diety, która kreując nierealistyczne oczekiwania względem naszych ciał, zapędza nas w kołowrotek obsesji na punkcie wyglądu ciała. Ruch bodypositive, walcząc z dyskryminującym systemem, dąży do obalenia tej szkodliwej obsesji na punkcie szczupłości i perfekcyjnego wyglądu. Zdaje się więc, że na jego wsparciu i popularyzacji możemy skorzystać wszyscy.

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE