Wartości naddane i ucięte

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Oglądałam ostatnio film. Film zabawny i nieskomplikowany. Fabuła również nie tryskała innowacyjnością, ot, taki wycinek z życia pewnej rodziny w pewnym czasie, który niektórzy widzowie mogą jeszcze powspominać. Opowieść była utrzymana w klimacie bliskich i najbliższych przy użyciu mebli z okresu PRL. Historia, jakich wiele, która z pewnością trafi do wielu odbiorców. I słusznie, bo teraz każda firma chce dotrzeć do jak najszerszego grona klientów.

Pomyślmy więc strategicznie – czy szerokie grono odbiorców powinno wpływać na nasz odbiór. Moja 16-letnia wersja nie zastanawiałaby się czy “powinno”, wszakże wpływało. Widzicie, tak to już czasami bywa, kiedy człowiek zostaje wrzucony w dorastanie i ma swój personalny ból pleców do świata o niezrozumienie (niezrozumienie to oczywiście kreuje we własnej głowie oraz usilnie szuka powodów je potwierdzających). Wraz z większym bagażem doświadczeń i szerszą gamą zrozumienia wie, że świat oparty jest na tylu zależnych, że opcja X nie może wchodzić jako jedyna opcja w grę. Moja 25-letnia wersja (jeżu najdroższy, kiedy to minęło) natomiast pozwala sobie (i światu!) na coraz więcej – jeżeli przemoc, to tylko na żarty – i być może jest to prosta myśl, ale bywają momenty, w którym dotarcie do owej najprostszej z możliwych myśli zajmuje miliony monet, na świat kręci się wokół blisko 8 miliardów ludzi o zbliżonych tudzież oddalonych potrzebach.

Siedzę więc w kinie i szukam choćby jednego momentu uniesienia. Na sali słyszę salwy śmiechu, a moje usta pozostają zamknięte. Żart został zrozumiany. Jako że nie jest to jedyna tego rodzaju sytuacja w życiu, nawet przez myśl przemknęło mi “a może to ja? a może to ja jestem niczym człowiek-kamień, bo w swojego czasu odwracałam się zbyt często, więc w końcu dopadła mnie klątwa Meduzy?”. Tak, bywają takie momenty użalania się nad sobą, które nic nie wnosi, ale przydają się raz na rok, “katharsis” chyba to nazywają. Innego rodzaju “katharsis” szukałam w kinie – takiego, które być może zmieni mój sposób postrzegania świata lub zwróci uwagę na problem, który każdy z nas na swoich lub wynajmowanych metrach kwadratowych może zacząć rozwiązywać.

Wyszłam jeszcze przed zakończeniem, stwierdziwszy, że nic nowego w tym filmie nie będzie (okazało się, że rzeczywiście nie było). I być może jeszcze kiedyś miałabym ten ból pleców, “a po co…”, “a na co to komu”. I być może jeszcze kiedyś unosiłam się irytacją, ale “a po co…”, “a na co to komu”. Moja wychowawczyni z czasów gimnazjum nie patyczkowała się  i otwarcie mówiła o osobach, które “wyżej srają niż dupy mają”, dlatego polecam sranie na swoim poziomie. Sztuka ma bowiem wiele wartości – nie każda powinna rewolucjonizować świat, czasami wystarczy polepszyć humor setkom tysięcy, milionom czy miliardom odbiorców.

 

Reklama