William Turner. Koneser światła

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Garnitur, koniecznie biała koszula. W takim stroju pokazuje się publicznie na wernisażach, na których jego prace są rozchwytywane. Każdy chce chwilę z nim porozmawiać, uścisnąć dłoń. Malarz ma ręce pełne roboty, ale nie narzeka. Robi to co kocha. Zamiast realistycznych portretów tworzy równie realistyczne pejzaże. Jakie tajemnice skrywa William Turner? Artysta, którego znakiem rozpoznawczym jest światłocień?

Pejzażysta

Naprawdę nazywa się Joseph Millord William Turner, ale w domu wszyscy nazywają go Williamem. Urodził się 23 kwietnia 1775 roku w Londynie. W mieście, w którym rozrywek nie brakuje, Turner uwielbia przesiadywać w galeriach. Ogląda portrety, martwe natury holenderskich, włoskich, hiszpańskich i angielskich twórców. Największym zainteresowaniem darzy pejzaże. Jeszcze nie wie, że stworzy ich kilkadziesiąt. Na razie wolny czas spędza w ogrodzie gdzie czuje się doskonale. Mawia, że Słońce jest Bogiem. Niebo, para wodna i promienie słoneczne interesują go nie mniej niż rysunek. Wkrótce okazuje się, że chłopiec ma talent. Ojciec zapisuje go na prywatne lekcje u Thomasa Maltona i Paula Sandby’ego, cenionych  malarzy i nauczycieli rysunku. Słyszy od nich: „Ten, kto posiada wszechwładny entuzjazm, który idzie w parze z talentem, nigdy nie będzie patrzył w sposób powierzchowny”. To zdanie towarzyszy będzie Turnerowi przez całe życie.

W 1790 roku William pojawia się w Royal Academy. Panicznie boi się krytyki, ale wie, że tylko w ten sposób może zaistnieć. Niepotrzebnie. Członkowie stowarzyszenia zachwycają się młodym, niespełna 15 – letnim artystą. Turner już wtedy często podróżuje. Wielokrotnie odwiedza Francję, Włochy, Szwajcarię, Holandię, nie wspominając o Walii, hrabstwie Kent i Szkocji. Z miejsca staje się sławny.

Składniki stylu

Za radą Maltona i Sandby’ego Turner gros czasu spędza na otwartej przestrzeni. Zanim sięgnie po pędzel i farby z fascynacją śledzi wzburzone często morze. Dużo tygodni poświęca na dopracowanie małych, na pierwszy rzut oka niemal niewidocznych detali.

W czasach gdy królują sztywne arystokratyczne portrety prace Turnera są prawdziwą rewolucją. Chętnie eksperymentuje z kolorem zestawiając ze sobą odcienie ciepłego brązu, lekkiego błękitu i wyzierającej z płócien czerni. Historie konstruuje z emocji. Jest zdeterminowany, konsekwentny i bardzo pracowity. W podróży zamiast się relaksować sporo szkicuje, przypomina sobie najważniejsze prace Veronesa, Tycjana i Claude’a Lorraine’a. Ten ostatni jest niedoścignionym wzorem dla malarza. Turner w liście do przyjaciela Charlesa Eastlake’a: „Najpierw pędzle rozpoczną con amore artystyczne nawiązanie do pięknego Claude’a”. W trakcie wielotygodniowych podróży William dużo zwiedza, zagląda do muzeów i galerii, jednak teraz martwe natury nie wzbudzają w nim zainteresowania. Nazywa je nudnymi, pompatycznymi pracami. Woli świeżość i unikalność przyrody. Mawia: „Każde spojrzenie na przyrodę wzbogaca wyrafinowanie sztuki”.

Wybitny wśród wybitnych

W jaki sposób pracuje? Najchętniej rozstawia sztalugi na skałach gdzie z bezpiecznej odległości podziwia rozbryzgujące się o brzeg morskie fale, płynące do portu statki i zachmurzone niebo. W trakcie pracy nie zwraca uwagi na otaczający go świat. Liczą się tylko farby, pędzle i natura. W obrazach Turnera to właśnie ona jest najważniejsza. W ten sposób powstają najwybitniejsze dzieła malarza. Tomas Tranströmer, szwedzki poeta i pisarz:  Twarz Williama Turnera ogorzała od wiatru. Rozkłada sztalugi aż w kipieli. Zanurzamy się w głębiny wraz zielonosrebrną liną”.

Podobną opinię n temat genialnego marynisty ma John Ruskin. „Wspaniały w zamysłach – niezgłębiony w wiedzy – w swej potędze jedyny – żywioły mając na skinienie, a noc i brzask posłuszne jego władzy, wysłany jako prorok wszechświata, jawi się wielkim aniołem Apokalipsy, odzianym w obłok, z tęczą na głowie, słońce i gwiazdy dzierżąc w dłoniach”.

Gdy w 1839 roku Turner wystawia „Ostatnią drogę Temaraire’a” zachwycony tłum długo nie opuszcza wernisażu. Podobnie jest z „Deszczem, parą, szybkością”, najsłynniejszych arcydziełem malarza, które podziwia sam John Constable. Nazywa Turnera największym twórcą epoki i mówi, że maluje „barwioną parą wodną”. Trudno o większy komplement. Malarz nie przestaje zaskakiwać. Tworzy intrygujące, coraz bardziej rozmyte obrazy, o których zwiedzający mawiają, że nie przypominają niczego. Lata później tymi dziełami zachwycą się impresjoniści, a zwłaszcza Claude Monet. Turner będzie dla nich niekwestionowanym geniuszem i idolem.

Dobra passa artysty szybko się kończy. W wieku 60 lat William gorzej widzi. Chociaż nie przestaje malować, nie stworzy żadnego wielkiego arcydzieła. Tłum jest zawiedziony. W trakcie kolejnych wernisaży pytany o cel Turner z dumą odpowiada, że chce „uwolnić obraz” ze sztywnych ram.

Kiedy w 1851 roku umiera. na długo staje się zapomnianym malarzem z gigantycznym dorobkiem. Pozostawia po sobie około 300 płócien. Nikt z wiktoriańskiej Anglii na czele z królową Wiktorią  nie przewiązuje wagi do niespotykanych dotąd obrazów. Dopiero gdy Monet zdobywa zasłużoną sławę, Anglicy po raz kolejny odkrywają Turnera. Jedno jest pewne. Gdyby nie on świat nigdy nie poznałby impresjonistów.

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym