PRL w wersji „cute” – recenzja Zupy nic Kingi Dębskiej

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

 

Wiele filmów jest niepotrzebnych w tym kraju. Np. 30-ty z kolei kiepski film o tym, jak szlachetni żołnierze są szlachetni, dobrzy księża są dobrzy, a Polska to taki w sumie nudny kraj, trochę głupi.

Są też filmy, które są potrzebne. Na ten przykład – PRL-owska wersja rzeczywistości w wydaniu „cute”, czy w wersji hardcore – „Świat według Makowskich”. Innymi słowy – Zupa nic – według scenariusza i w reżyserii Kingi Dębskiej.

Jest to, na pierwszy rzut wzrocza, prosta komedyjka o tym, że jest PRL, rodzinka, wszyscy są tacy trochę śmieszni, troszkę nieporadni, praktycznie jest to slapstick. Brakuje tylko bananów i śmiechu z puszki.

Co jednak ciekawe to to, że mimo swego pozornie idyllicznego vibe’u i prostego humoru w stylu odmawiania „Pod twoją obronę” przez babcię śpiącą w pokoju z dziećmi, gdy cienkie, prl-owskie ściany nie wygłuszają zabaw rodziców na kanapie w dużym pokoju (sypialnie jeszcze wtedy nie istniały, dzieci!); wszystko to pozwala nam spojrzeć na rzeczywistość tamtych czasów z zupełnie innej perspektywy, różnej od dotychczasowej narracji. Osobiście uważam, że, w dzisiejszych czasach, jedynej słusznej. Nie jest to bowiem narodowowyzwoleńcza (pomyślcie o tym – jest takie słowo w naszym języku) walka z systemem w wydaniu jedynych sprawiedliwych. Nie jest to również tylko pokazywanie absurdów w stylu barejowskim. Narracja ta to sitcomowa, ale właściwie prawdziwa rzeczywistość. Bo jak było? Było trochę głupio, trochę śmieszno, trochę absurdalnie, trochę nie wiadomo było co robić i dlaczego, starzy ludzie żyli wojną, młodzi zachodem, a dla pokolenia rodziców tamtych czasów zostawało tylko życie w tym okresie przejściowym w nadziei, że w końcu się zrobi normalnie. A w międzyczasie można być po prostu rodziną.

W innym kontekście zaś, Kinga Dębska bardzo zręcznie pisze analogie ze światem współczesnym. Zamiast nowego 70-calowego telewizora, z którego jesteśmy tak dumni, dostajemy zestaw wypoczynkowy Edyta. Zamiast mercedesa pod blokiem, na którego zerkamy ze strachem, widzimy malucha. Nowobogaccy piją to, co my teraz, a współcześni nam piją pewnie coś, z czego będziemy się śmiać za dekadę lub dwie (np. rewolucyjne kraftowe piwa, które smakują wszystkie tragicznie – nikt mnie nie przekona, że jest inaczej). Świat wygląda bowiem tak samo, zmieniają się tylko kolory. Kinga Dębska koloryzuje zatem PRL-owską czarno-białą rzeczywistość kredkami naszych czasów, a my śmiejemy się podczas seansu, w pocieszny sposób śmiejąc się zresztą z samych siebie z tą samą obsesją na punkcie mercedesa pod blokiem.

Co warto dodać – prawdopodobnie film ów nie dostanie żadnej nagrody, zgodnie z międzynarodową zasadą – nic co śmieszne nie jest wartościowe (z wyłączeniem kwiatków typu Życie jest piękne), niemniej na pewno będziecie się bawić przy tym dużo lepiej niż podczas oglądania gruzińskiego dramatu o homoseksualnych tancerzach albo filmu, w którym kobieta w kamperze ma różne prace. Niezależnie od jakości tych produkcji.

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym