Narkotyki na wielkim ekranie cz. 2

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kiedy ktoś pyta o narkotyki na wielkim ekranie, jako pierwszy często jest przytaczany przykład „Requiem dla snu”, ewentualnie „Trainspotting”, jednak historia używek sięga o wiele dalej niż historia filmu, dlatego też produkcji z narkotykami w tle jest jak makiem zasiał. W pierwszej części zaprezentowaliśmy dwójkę Gaspara Noego, czyli „Climax” oraz „Wkraczając w pustkę”, szalone „Las Vegas Parano” oraz stare „Odmienne stany świadomości”, które pozostawiły po sobie szczyptę niedowierzania. Czas na kolejną czwórkę.

Midsommar. W biały dzień

Na plan pierwszy wysuwa się tu pytanie o moralność czynów, które należą do starych tradycji, ale nie o moralności tutaj mowa. Główni bohaterowie trafiają do odizolowanej od społeczeństwa szwedzkiej wioski podczas tytułowego przesilenia letniego. Magiczne herbatki leją się strumieniami i magicznie zmieniają sposób postrzegania rzeczywistości przez bohaterów. Fakt, że o godzinnie 21.00 słońce nadal praży jak koło południa nie ułatwia odnalezienia się w świecie, do którego na co dzień przywykła grupa znajomych. Ari Astar, bardzo dobrze zmieszał tutaj trzy światy – narkotykowy, tradycyjny oraz najbliższy normie. Ciężko stwierdzić, co należy do zbioru „narkotykowe wizje” a „obrzędy ludowe”. Może nie jest to „nowy, lepszy świat”, ale świat ten jest z pewnością intrygujący – wciąga i długo nie chce puścić.

Hair

Lata 60. oraz grono hipisów – czy trzeba mówić coś więcej? Pewnie wypadałoby wspomnieć, że jest to musical. Rzecz zaczyna się dosyć prosto – Claude, przyjeżdża z Oklahomy do Nowego Jorku, by stanąć przed komisją poborową, a później prawdopodobnie trafić do Wietnamu. Przypakiem, przechodząc przez Central Park spotyka grupę hippisów z pacyfistą George’em Bergerem na czele. Wyobraźcie sobie ten kontrast – 20-latek w garniturze przechodzi się ścieżką i natrafia na tańczących ludzi, ubranych i umalowanych barwnie. Młodzieniec jest zaintrygowany, a główny pacyfista postanawia pokazać mu bezsens wojny i piękne, spokojne życie. Wraz z kolorowymi szatami i długimi włosami jest tu również masa narkotyków, które tworzą z grupy jedną wielką rodzinę. Czy używki mają tutaj pejoratywny wydźwięk? Zdecydowanie są uosobieniem przyjemności życiowych i życia bez trosk, o ile nikt nie docieka wyższemu celowi.

Drugstore Cowboy

Film bazuje na autobiograficznej książce uzależnionego od używek Jamesa Fogle’a (który w trakcie jego premiery przebywał w więzieniu). Jak sam tytuł wskazuje – mamy tu (głównie) do czynienia ze środkami odurzającymi, dostępnymi na receptę  – nasz narkotykowy kowboj wraz ze swoimi przyjaciółmi rabuje apteki oraz szpitale. Używki są mieszane, a na podstawie ich działania – główny bohater “dowiaduje się” czy będzie miał w przyszłości szczęście czy wręcz odwrotnie. To obraz zimnego, zdecydowanie nieprzesłodzonego świata, w którym używki nadają życiu…wszystkiego i jednocześnie potrafią wszystko zabrać. To z pewnością nie klimat “Hair”, a bardziej “Requiem dla snu”.

Easy Rider

Wszystko zaczyna się od dwójki przyjaciół, którzy po powrocie z Meksyku sprzedali większość używek, zarabiając tym samym na podróż swoich marzeń. Biorą swoje motocykle i wyruszają w podróż po Stanach Zjednoczonych – od Los Angeles do Nowego Orleanu. Ich podróży  można nadać utwór przewodzący, czyli jeszcze wtedy niedawno wydane “Born to be wild”. W trasie nie stronią od używek i kobiet, a najlepsze dopiero nadejdzie. Po drodze bowiem trafiają na pijącego często prawnika, który decyduje się do nich dołączyć (w tej roli Jack Nicholson). Panowie chcą rozpocząć beztroską przygodę, która ma uwolnić ich od społeczeństwa oraz uwolnić ich umysły. Wszakże “mówić o wolności to jedna rzecz, być wolnym to już zupełnie coś innego”.

Reklama

Co nowego w zoo

Gdański Ogród Zoologiczny przez lata niezmiennie przyciąga uwagę zarówno turystów,