Wojciech Mecwaldowski: Mój spacer ze słoniem

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Jego poczucie humoru uzależnia. Bywa ryzykowne, jak improwizacja w aktorstwie, której się podejmuje w świetle filmowych reflektorów oraz w przedsięwzięciach niezależnych, realizowanych amatorskimi środkami w Internecie. Wywiad z nim jest obietnicą dobrej zabawy, tymczasem Wojciech Mecwaldowski lubi też dzielić się niełatwą refleksją. I właśnie ona czyni jego talent pełniejszym, a potencjał zawodowy gotowym do niebanalnych wyzwań.

 

Po filmie „Juliusz” Aleksandra Pietrzaka wiesz, co śmieszy dziś widzów w Polsce?

Zaczynamy śmiać się z siebie. Wydaje mi się, że filmy Koterskiego były przełomem dla poczucia humoru w polskim kinie. Okazuje się, że jesteśmy tacy jak Adaś [Miauczyński, bohater filmów Marka Koterskiego – przyp. M.J.], może nie wszyscy, ale, jak powiedział Koterski, „są nas miliony” i ja się do nich zaliczam. Zaliczam się do grona ludzi, którzy są tak poukładani w swoim niepoukładaniu, że czasami nie dają sobie z tym rady. To dobrze, że śmiejemy się z siebie, bo fajnie jest umieć śmiać się nie tylko z innych.

Reklama

A kiedy – jak w „Dniu świra” Koterskiego – masz wiertary za oknem, to umiesz się z tego śmiać, czy jesteś raczej pieniaczem, który w interakcji z otoczeniem ustawia je według swoich potrzeb lub wyobrażeń?

Tak, pewne rzeczy potrafią mnie czasami wyprowadzić z równowagi, ale staram się jak najszybciej wcisnąć hamulec, a nie się rozpędzać, bo to nie ma sensu – zawsze przywalisz w ścianę. Po co się więc rozpędzać? Wkurzenie się zdarza. Dziś na przykład obudzili mnie o 7 rano młotami pneumatycznymi. Kiedy mieszkałem przy ul. Okólnik, miałem za swoją sąsiadkę panią Urszulę Dudziak, pana z opery oraz faceta, który robił remont.

I szkołę muzyczną… „Papaya” vs. „Don Giovanni”?

Tak. Tego nie da się opisać. Tam, słysząc panią Urszulę, której śpiew jest dosyć specyficzny, faceta, który ćwiczy jakąś arię operową, i młot pneumatyczny, śmiałem się. Tutaj, słysząc tylko młot, czasami jestem niemal bliski płaczu.

Fantastyczne miksy emocji. Skoro o nich mowa, ty chyba łatwiej radzisz sobie z nimi? Jak to, że jesteś aktorem, umożliwia ci komunikowanie się ze światem na własnych prawach?

Czasami jest tak, że budzisz się pusty, nijaki, nie masz ani złego humoru, ani dobrego, gdy idziesz do ludzi. Staram się nastawić na tych, których spotkam, od nich wziąć energię. Kiedy spotykam się z ludźmi, którzy na mnie czekają, są zadowoleni, jest fajnie i widzę, że będzie dobra atmosfera, to ta pustka wypełnia się właśnie tym. Staram się też w takich sytuacjach nie wypełniać jej sobą i myślami, które czasami gdzieś zbaczają, i jeśli się dołuję, to jest nieciekawie. Staram się czerpać od ludzi albo samemu wychodzić do nich z przekazem takim, że warto się uśmiechać i cieszyć, podchodzić pozytywnie do wszystkiego.

I znów wrócimy do „Juliusza”!

To smutny film był.

Bardzo wam dziękuję za taki sposób opowiadania o świecie i sygnowanie tego sposobu jako komedię! Mówisz, że to smutny film?

To typowe. „Dziewczynę z szafy” chciano sprzedać też jako komedię – tragikomedię, ale jednak komedię. Praktycznie wszyscy, którzy oglądali „Juliusza”, po wyjściu mówili, że nie czuli, żeby to była komedia, na której by się cały czas śmiali, choć się śmiali. Ten śmiech był czasami przez łzy. To bardziej dramat ze śmiesznymi elementami niż komedia z elementami dramatu. Takie jest też życie: śmiejemy się z różnych sytuacji, czasem płaczemy. „Juliusz” pięknie to oddał w bardzo skondensowanej historii – ojciec, syn, miłość, przyjaźń, doły, góry… To, co każdy z nas ma. Życie.

W „Juliuszu” można mówić o wyrafinowaniu w poczuciu humoru.

Twórcom na pewno jest miło, gdy to słyszą.

Komedie, w których zdarzało ci się grać wcześniej, opowiadały, bywało, żenujące prawdy na temat współczesności. Jak często wstydziłeś się tego, z czego śmiała się komedia, w której byłeś zaangażowany?

Chyba nie było tak, żebym się wstydził. Wiadomo, że jako aktor nie mam wpływu na cały film. Czasem bierzesz w czymś udział, wydaje ci się, że będzie fajnie, a później widzisz efekt w kinie i on wygląda trochę inaczej niż ci się wydawało. Nie mam na to wpływu.

Myślę, że jest to wysoce irytujące, zwłaszcza, gdy jest się Wojtkiem Mecwaldowskim, człowiekiem o takim usposobieniu, tak charakterystycznym poczuciu humoru.

Ja jestem tylko małą częścią filmu. W „Juliuszu” kusiło mnie, żeby grać mocniej, ale na szczęście Alek Pietrzak zdecydował inaczej. Nie grałem jeszcze w komedii, w której mógłbym popłynąć tak, jak bym chciał. Andrzej Saramonowicz powiedział kiedyś, że napisze coś, w czym da mi totalnie wolną rękę i będę sobie „leciał de Funèsem”,ile będę chciał. [Louis de Funès – francuski aktor filmowy i teatralny, występujący od lat 60. do 80., którego styl bazował na ekspresyjności: wyrazistej mimice, gestykulacji, przesadnej kinetyce i głośności – przyp. M.J.]

Czekasz na to?

Tak, niewątpliwie czekam. Są różne etapy w życiu, filmy przychodzą do mnie na różnych etapach i najczęściej mają bardzo dużo wspólnego z tym momentem, w którym w swoim życiu jestem.

Taka magia?

Tak, istnieje taka magia. Z Julkiem w ogóle było dziwnie. Poznałem Jana Peszka w Międzyzdrojach, był rok 1999 – on stał w szlafroku, włosy mu sterczały, zrobiłem sobie z nim zdjęcie, wziąłem autograf. Alek Pietrzak miał wtedy siedem lat, na bank nie przypuszczał, że będzie robił film z dwoma gośćmi, którzy właśnie stoją przy barku w Międzyzdrojach. Gdy przyjechałem na pierwszą próbę „Juliusza”, w garderobie zobaczyłem Jana Peszka w szlafroku, z włosami tak samo postawionymi jak wtedy. I koło się zatoczyło. To jest niewiarygodne! Jest tak, że gdy idzie mi gorzej, to nagle dostaję film o gościu, któremu idzie gorzej, coś mnie fascynuje, to dostaję scenariusz o tym, co mnie właśnie fascynuje. Nie ściemniam, naprawdę tak jest. Każdy film stanowi dla mnie swego rodzaju odpowiedź i wyrzucenie z siebie pewnych rzeczy. Jeżeli miałbym „pojechać de Funèsem”, to pewnie wyrzuciłbym z siebie wiele głupot, jakie we mnie siedzą, których nie mogę wypróbować w życiu, w kolejce w sklepie czy na dworcu, a w kinie bym mógł, bo taki gość mógłby w filmie robić różne szopki.

A ja sobie myślę, że gdy się jest aktorem i ma się tego zgrywusa wewnętrznego, to jest się usprawiedliwionym w pewnych zachowaniach, one zostają wybaczone. I to jest rodzaj wolności. Powiesz, że się mylę?

Trudno jest z wolnością. Zauważ, że każdy z nas chciałby pokazać, jaki jest naprawdę, tylko że czasami się siebie wstydzimy. Nie chodzi o to, że ukrywamy, jacy jesteśmy naprawdę, lecz o to, że nagle jakiś chochlik w nas powstrzymuje i ucina pewne impulsy, jakiś nasz rodzaj zachowania i nie idzie to dalej. Każdy ma tego chochlika. Zatem nigdy do końca nie jesteśmy wolni, bo zawsze mamy jakąś granicę albo zapalającą się lampkę: może coś nie wypada albo akurat tutaj wypada inaczej. Wyłącznie z szacunku do ludzi wokół. U siebie w domu oczywiście możesz wariować, robić co chcesz.

Pojawiła się w Polsce moda na stand-up, na teatr impro. Wydaje mi się, że to przestrzeń sporej wolności.

Mam problem z tym.

Dlaczego?

Bo nie śmieszy mnie to.

W ogóle cię to nie śmieszy?

Stand-up i kabarety mnie nie śmieszą. Nie jest tak, że tego nie akceptuję – mam kumpli, którzy biorą w tym udział. To mega ciężka praca. Ja, aktor, za czymś się chowam – jest scenografia, inni aktorzy…

…Nie ponosisz odpowiedzialności za wygłaszane słowa.

A tu wychodzi jeden gość, stoi na scenie, nie schowa się za nic – jest nagi. I to jest bardzo trudne, podziwiam, ale nie śmieszy mnie to. Tak jak mojego bohatera, Julka, który w jednej ze scen w filmie podczas występu standupera czuje dokładnie to samo. Jako Juliusz wyobrażałem sobie, że Wojtek miałby tak samo, nie bawiłoby go to.

Zaskakujące. Ja jestem losowi wdzięczna, że doczekałam takiego momentu, gdy mogę sobie pobyć z tą wolnością, jaką – tak sobie wyobrażam – mają standuperzy, i poprzyglądać się, jak ta ich wolność rezonuje z wolnością widzów. Czekałam na taką wolność, nie wiedząc, że na nią czekam.

Podziwiam, szanuję – pełen podziw za to, że ktoś ma odwagę tak się obnażyć. Z żartami jest różnie, bo poczucie humoru to jest studnia bez dna. Tak jak gust. Jednego bawi to, a drugiego tamto, więc tym bardziej trudno jest wykrztusić z siebie coś, co tobie wydaje się śmieszne. Siedzi na widowni sto, dwieście czy trzysta osób i nagle mówisz coś i… okazuje się, że jest cisza. Jak się z tego podnieść? Jak on musi pracować całym sobą na tej scenie! Nie ma przecież obok nikogo, kto by to popchnął do przodu i wreszcie jakoś publikę rozbawił.

A teatr impro? Widziałbyś siebie w nim? Wyobrażasz sobie w ogóle takie porzucenie zawodowych umiejętności, profesjonalnego aktorstwa i wejście na ten grunt z twoim wewnętrznym freakiem?

Jurek Bogajewicz dał taką szansę mnie i Tomkowi Kotowi przy „Stacji”, wszytko tam było improwizacją, nie mieliśmy nic napisane.

Byłam wielką fanką tego miniserialu, uwielbiałam was! [„Stacja” nadawana była w 2010 r. na antenie TVN Warszawa. Krótki serial w ironiczny sposób przedstawiał absurdy pracy w telewizji, wyśmiewał pojawiające się w mediach zjawiska i styl współczesnego dziennikarstwa – przyp. M.J.]

Tak, to było piękne.

Po kilku odcinkach TVN zaprzestał produkcji serialu…

Powód podano nam prosty: za mało konkretów. Powiedzieliśmy, że nie ma konkretów, bo to nie jest napisane. Przychodziliśmy o 10 rano i do godziny 17 improwizowaliśmy. Pamiętam, przychodzę do studia i Jurek mówi: „Będziesz dzisiaj generałem amerykańskim, od tego zaczniemy!”. Studio programu informacyjnego, gdzie mieliśmy i pracowników, i gości, i my ich wszystkich graliśmy. Zatem mam być generałem armii amerykańskiej, wbiegam w mundurze do studia i pytam reżysera, jak moja postać ma się nazywać, a on na to, że nie wie. Pamiętam, że dopadł mnie stres, ale taki bardziej mobilizujący niż paraliżujący – z wiekiem tak się stało, że ten stres się zmienił, i to jest fajne. Stwierdziłem, że nie wiem, kogo gram, co gram, stanąłem więc tyłem (na początku stawałem tyłem i wymyślałem sobie wszystko) i nagle do akcji wszedł Tomek Kot z tekstem: „Naszym gościem jest generał Bill Łudłurff” [pisownia oryginalna – przyp. M.J.]. Obróciłem się i dalej nie wiedząc, co będę grał, zacząłem mówić niewyraźnie, z dziwnym akcentem. Widziałem, że kompletnie mnie nie rozumieją, ale coś się w końcu przełamało i zaskoczyło. Dziś nie boję się takiej wolności, ale w improwizacji pomaga mi doświadczenie aktorskie, które pozwala być bardziej plastycznym, „porozciąganym”, a wyobraźnia nie ma barier i granic.

Uwielbiałam graną przez ciebie postać Jacka Wawawasza.

Bardzo dziękuję.

Patrząc na tę waszą parodię dziennikarstwa byłam zaskoczona, jak wiele dostrzegaliście. Odnosiłam wrażenie, że dużo wiesz o zawodzie dziennikarza.

Przez wiele lat obcowałem z dziennikarzami i też grałem dziennikarzy. Przygotowując się do roli, chodziłem na różne spotkania czy praktyki, by przyglądać się, jak wy pracujecie, przede wszystkim w studiu telewizyjnym. Więc jeśli coś prawdziwego w „Stacji” zobaczyłaś, to świetnie. Starałem się to dobrze zrobić.

Serial był pod wieloma względami proroczy. W kwestii kondycji dziennikarskiej wy tam, używając drwiny, wykroczyliście poza epokę. A skoro produkcja serialu nagle się urwała, to moim zdaniem pojawił się on za wcześnie. Dziś widzowie są chyba bardziej elastyczni i „wygimnastykowani” w odbiorze improwizacji?

„Czatersi” też są improwizowani.

To serial internetowy, można go znaleźć w sieci.

Serial Bodo Koxa, w którym wygłupiamy się razem i improwizujemy, stając się różnymi postaciami. Robimy to trochę dla beki i żeby popłynąć tak, jak nie popłyniemy ani w filmie, ani w teatrze. Stwarzamy nieistniejące postacie, które są wręcz niewiarygodne. Z niektórymi odcinkami „Czatersów” bywało nawet tak, że stwierdzaliśmy po ich obejrzeniu, iż jest za grubo – i nie chodziło o przekleństwa.

Cenzorowaliście sami siebie?

Tak, czasami dobrze jest być cenzorem dla siebie samego.

Na ile ty jako tworzący na gorąco improwizator jesteś dla Bodo Koxa partnerem idealnym? To partnerstwo jest budowane na umiejętnościach czy na jakiejś chemii międzyludzkiej?

Tak jak w życiu: spotykasz kogoś na swojej drodze i choć go widzisz raz, to masz z nim świetny kontakt, czujesz więź. I rzeczywiście, siadamy z Bodem przy komputerach, nagrywamy i to samo idzie, ja go czuję, wiem, jak zaimprowizuje, wiem, co zaraz zrobi, on wie, co ja mogę zrobić – wyczuwamy się, jak partnerzy na scenie w teatrze lub na planie w filmie.

Pamiętam cię w filmach Dominika Matwiejczyka…

…To był bardzo płodny reżyser swego czasu.

Kino offowe było interesujące w tamtym czasie, stanowiło ciekawy underground wobec panującego wówczas w polskich produkcjach niewybrednego poczucia humoru. Uciekłeś do tego podziemia, by robić wszystko na swoich prawach?

To było zaraz po studiach: okres szukania ludzi, o których wiesz, że mają te same marzenia co ty i że może za kilkanaście lat spotkacie się znowu, bardziej „rozciągnięci”, bardziej doświadczeni i będziecie znowu robić swoje rzeczy. Dominik Matwiejczyk zrobił „Rzeźnię numer 1” w pięć dni. I po paru tygodniach film był już gotowy i został pokazany na festiwalu w Gdyni. Wszyscy byli w szoku. Ale nikt nie odnosił wrażenia, że to film zrobiony w tak krótkim czasie.

Możesz sobie zrobić film w pięć dni, jeśli masz talent. To jest ta wolność – nie masz nad sobą ludzi, którzy narzucają jakieś decyzje.

Tak, ale musisz mieć wokół siebie ludzi, którzy też to kochają i pójdą za tobą. Fajnie mieć zyski z pracy, ale bywają przedsięwzięcia, w których trzeba ludziom powiedzieć, że niestety nie zarabiamy, tylko się bawimy.

Ze wspomnianym Bodo Koxem dialogujecie na prawach freakow. Jakim więc zaskoczeniem jest „Dziewczyna z szafy”! Oto te dwa zgrywusy zrobiły film serio i tak przejmujący, pełen czułości oraz zrozumienia dla pewnego bardzo skomplikowanego świata, jaki reprezentuje twój, nazwijmy go autystycznym, bohater…

Bodo jest trochę autystyczny, ja byłem nieco autystyczny w dzieciństwie, więc obaj mieliśmy styczność ze stanem, w którym czujesz się kompletnie z innej planety, nawet czasami myślisz, że jesteś z innego wszechświata! Bodo jest bardzo introwertyczny, ale potrafi wychodzić do ludzi, śmiać się, bawić, jednak w środkumocno analizuje pewne rzeczy. Potrzebował „Dziewczyny z szafy”, aby coś z siebie wyrzucić. Przygotowywał film pięć lat. Siedziałem w tym tyle samo: szykowałem się, że będziemy to robić, wierzyłem, że projekt kiedyś powstanie. Każdy z nas w tym filmie utopił, wylał i przelał swoje smutki. Dla mnie „Dziewczyna z szafy” była pewnego rodzaju katorgą i nadal czuję, że to jest za świeże, żebym mógł o tym rozmawiać. Zawsze jak o tym filmie pomyślę, to z żalem, że go zrobiłem. Za bardzo wyskoczyłem ze świata, w którym żyję, w świat, którego nie znałem, świat autystów. Powrót był takim rozczarowaniem, że wolałbym chyba tego nie przeżyć. Chodzi o to, że świat jest prosty, a my wszystko strasznie komplikujemy. Gdy jest pagórek, mówimy, że to góra. Znalazłem się w świecie, gdzie nie rozmawiasz z człowiekiem ustami, tylko go czujesz i to czucie jest rozmową. Albo jesteś gdzieś i nagle odczuwasz jakieś stany – nie pod wpływem nie wiadomo czego, po prostu widzisz, co w tobie jest, jakie masz pokłady energetyczne, emocjonalne, jak potrafisz ściągać emocje i energię, jak potrafisz się z innymi tym wymieniać. I potem wracasz do tej swojej rzeczywistości, widzisz, jak wszystko tu wygląda i pojawia się rozczarowanie. Choć każdy z nas stara się, żeby było dobrze…

Zostając aktorem, stałeś się rebeliantem, uciekinierem ze świata normalności, w której musisz żyć rodząc się w normalnej rodzinie, wypełniając obowiązek szkolnictwa, spełniając oczekiwania rodziców, itp., itd.?

W mojej rodzinie chyba nigdy nie czułem żadnej presji. Czułem natomiast wolność, którą rodzice dali mi jako dziecku, począwszy od tego, że mogłem opowiadać niestworzone historie, na przykład o tym, że wychodzę ze słoniem na spacer, że w toalecie mam ogromne schody, a oni to potwierdzali, mama w przedszkolu mówiła: „Tak, Wojtuś wychodzi ze słoniem na spacer”. Mogła powiedzieć: „A, głupoty gada!”. Ta wolność polegała na tym, że oni uwierzyli w mój świat.

Szczęściarz jesteś.

Tak, to ogromne szczęście mieć takie wychowanie i takich ludzi wokół siebie, jakich miałem i mam. Zauważyłem po jakimś czasie coś, co mnie gryzło, czego nie rozumiałem, słysząc często, że aktorstwo to ucieczka od życia w rolę, w inny świat.

Ja też tak myślę o twoim zawodzie…

Dla mnie aktorstwo nie jest ucieczką od życia. Myślałem tak kiedyś, ale zauważyłem w pewnym momencie, że potrzebuję aktorstwa, aby poznać swoje życie, aby jeszcze głębiej przetrawić pewne rzeczy, zrozumieć je, aby to ewoluowało we mnie. Nie traktuję tego zawodu jako ucieczki, tylko raczej jako cel do zdobycia. Naprawdę niewiele jeszcze umiem. Zdaję sobie sprawę, że jestem dobrym aktorem, że ludzie są ze mnie zadowoleni, a niektórzy pokładają we mnie jakieś nadzieje. Staram się ich nie zawieść, ale każda rola to zaczynanie wszystkiego od początku, od zera, ponieważ żaden człowiek nie jest taki sam. Żaden. Nie znajdziesz na ulicy dwóch takich samych ludzi, każdy ma pod deklem co innego. Zatem zawsze zaczynam od zera. Owszem, pewne rzeczy są schematem, który powtarzam. Wiadomo: tekst trzeba znać na pamięć. Młodym ludziom, którym staram się przekazać swoją wiedzę, powtarzam, że nauka tekstu to nie jest praca. Jako aktora zawsze mnie męczyło, gdy ktoś się skarżył, ile ma pracy z tym. Dla mnie nauka tekstu to coś naturalnego jak oddech. Jestem aktorem – muszę znać tekst na pamięć, jestem kierowcą – muszę mieć prawo jazdy. Wiadomo, mogę prowadzić tak, mogę inaczej, ale muszę umieć prowadzić samochód, żeby być kierowcą. Muszę znać tekst, żeby być aktorem.

Reklama

A zatem ograniczenia umysłu nie stanowią dla ciebie żadnego problemu? Co z pamięcią? Jak ją poszerzyć?

Teraz przede mną kolubryna. Mam zaszczyt zmierzyć się w Teatrze Telewizji z Tadeuszem Dołęgą–Mostowiczem, autorem „Kariery Nikodema Dyzmy” i „Znachora”. Reżyser zapowiedział, że chce kręcić każdą scenę na jednym ujęciu, nieprzerwanie. Zacząłem czytać scenariusz, w którym sceny mają po dziesięć stron tekstu, i uznałem, że to chyba niewykonalne. Skoro rozmowa dwóch osób ma być nakręcona w jednym ujęciu, to my musimy te dziesięć stron mieć wykute na blachę.

Żeby ten mastershot się udał.

Tak. Wypowiadamy całe monologi, a mamy ich, przypuśćmy, po sześć.

Czyli reżyser musi zatrudnić cyborgów?

Nie, nie cyborgów. Ludzi, którzy kochają ten zawód, oraz nie traktują nauki tekstu jako pracy. Przy takim podejściu zmęczysz się natychmiast. Aktorstwo to jest praca nad rolą, to jest bawienie się, a nie nauka tekstu. Piętnastu stron tekstu Dołęgi-Mostowicza nauczyłem się chyba w ciągu jednego dnia. Kiedy nie traktuję tego jako pracy, nie męczy mnie fakt, że muszę brać się za to teraz, zaraz. Skupiam się totalnie, jak w medytacji, i to jest to wówczas proste. Dopiero później wykonuję swoją pracę. Ok, dobra, mam plastelinę, mamy kolory, to się bawimy!

Ciekawe, jakie będziesz miał z tego profity na starość, z tej gimnastyki umysłu, jaką uprawiasz w zawodzie.

Boję się tego, bo to się rozciąga za bardzo. Natomiast nie mam pamięci do imion. Jakie to jest przykre, gdy witasz się z ludźmi na planie i nagle brak ci tej informacji.

U kogo będziesz grał te dziesięć stron monologu w każdej scenie bez przerw?

U Marka Bukowskiego. [Spektakl Teatru Telewizji „Dołęga-Mostowicz. Kiedy zamykam oczy”, w obsadzie również Julia Wieniawa i Piotr Rogucki – przyp. M.J.]

Postrzegam cię jako takiego punka, który ma wolność i robi destrukcję – coś połamie, coś pokruszy. W pracy nad rolą dostajesz tekst, ktoś ci każe mówić tym tekstem. Nie jest to rodzaj uzdy lub chomąta? Gdzie jest aktorska wolność?

Tak długo wszystko przymierzam, żeby pasowało i było wygodnie. Każdy wolność traktuje inaczej, a dla aktora nie jest ważne, gdzie kończy się jego wolność, lecz gdzie się kończy wolność bohatera. Jeżeli ty grasz tego bohatera, to w jakimś sensie jest to też twoja wolność. I tu się zaczyna zgrzyt.

Dojrzewasz bardzo w swoim zawodzie!

Nie wiem, cały czas wydaje mi się, że mam siedem lat. Przede mną jeszcze dużo ciężkiej pracy, ale dziękuję.

Zastanawiam się, czy wrócisz do teatru. I nie mam na myśli Teatru Telewizji.

Tak. Dostałem propozycję nie do odrzucenia. Zadzwonił do mnie Daniel Olbrychski i zaproponował udział w spektaklu, w którym będę miał zaszczyt grać tylko z nim, we dwóch na scenie jako ojciec i syn. Bardzo dobra sztuka, nie mogę się doczekać, aczkolwiek też się tego boję.

A czyj tekst?

Proszę wybaczyć, nie mogę do końca wszystkiego mówić, bo jeszcze domykane są produkcyjne szczegóły, ale w tym roku mamy zacząć próby i może też w tym roku będzie premiera. To dla mnie wielki zaszczyt i strach, ale, jak już mówiłem, ten strach jest bardziej mobilizujący niż paraliżujący. Daniel Olbrychski powiedział, że aktorstwo jest jak boks: stajesz na ringu i musisz wiedzieć, że jesteś najlepszy, bo cię zniosą. Cieszę się, że stanę do walki na ringu z tak wybitnym bokserem i będę starał się, żeby mnie szybko nie znieśli.

Bardzo ci dziękuję za rozmowę i jej atmosferę.

Jak zwykle było mi bardzo miło.

 

fot.: Aleksandra Mecwaldowska

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym “HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny “Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu “W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska “Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Reklama