Hakuna matata, czyli usiądź, zjedz i daj spokój – nowe menu w Aioli [RECENZJA]

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jedzenie nie jest rzeczą oczywistą, tak jakby wydawało się potencjalnemu kosmicie, który spojrzał na ziemię, tę ziemię i stwierdził, że jest to czynność dość prozaiczna, polegająca na wkładaniu środków odżywczych do ust zwierzęcia człowieczego, by następnie ów pokarm zmienił się w energię do życia i reprodukcji. Oczywiście, nie wyjaśnia to kwestii fast-foodów, gdyż w nich wartości odżywcze są ewentualnie tylko w tabeli po drugiej stronie reklamy.

Co rozumie jednak takie miejsce jak Aioli, do którego jeszcze wrócimy, to to, że jedzenie już od dawna nie jest tylko samym aktem spożywania. Jest to akt lajfstajlowy. To co spożywamy, z kim i gdzie stanowi samo w sobie manifestację naszej osobowości, sposobu życia i bycia. Jeśli jemy pomidorową sporządzoną z sobotniego rosołu z dodatkiem ziemniaczków i kotlecika to mamy zupełnie inny sposób myślenia niż osoby mulo-centryczne, burgero-koncentrujące się czy steko-lubne. I to jest piękne w ten lub inny sposób.

Ostatnio mieliśmy przyjemność otrzymać zaproszenie od Aioli właśnie, by tam doświadczyć aktu restauracyjnego wraz z ich nowym, letnim menu, które miałem przyjemność skonsumować. Oto moje wrażenia.

Po pierwsze – doświadczenie owo odbyło się w restauracji na Chmielnej w otoczeniu hipsterów i ludzi sukcesu co już na wstępie dało mi do myślenia, że jestem w miejscu na czasie, popularnym i zasadniczo bezmiejscowym, jeśli się wcisknąć nie uda w godzinach niepopularnych. Ale próbować zawsze można. Kelner zrzucił mi ogromną kartą menu, uśmiechnął się do mnie, ja uśmiechnąłem się do niego i mogliśmy zaczynać swój artystyczny taniec doświadczeń.

Po drugie – napoje. Rozpocząłem swoją eskapadę od lemoniady Black Holiday opartej na skondensowanym mleku, soku z limonki, syropie cukrowym i wodzie. Smak był interesujący, choć może ta nie była to najbardziej orzeźwiająca z rzeczy. Raczej do smakowania, aniżeli ukojenia pragnienia. W przeciwieństwie natomiast do lemoniady arbuzowej, która rozpływając się w ustach dawała ulgę spragnionym wędrowcom w trudnym czasie letnim.

Po trzecie – jedzenie. Zaczęliśmy od przystawki, antipasti x 2, mix różnych rzeczy, były tam i falafele, i hummusiki, wędlinki, serki, sałatki etc. W smaku dobre. W prezencji zresztą też. Alternatywnie, dodałbym coś ekstremalnego do tego setu, bo może wydawać się nieco standardowy. Na danie główne miałem okazję skosztować kilka rzeczy, bo zawsze podkradam ludziom z talerzy, więc mogę wypowiedzieć się szerzej. Na mój pierwszy głód poszedł częściowo burger nachos, który jest dokładnie tym, czego można się po nim spodziewać, co może być jego zarówno zaletą jak i wadą. Niestety dla malkontentów, aioli zawsze w mojej ocenie wchodzi w umami, więc cokolwiek bym nie zrobił to musiało mi to smakować. Dziabnąwszy następnie FAKE OR FU** MEAT BURGER stwierdziłem początkowo, że może te alternatywy mięsne jednak mi przypadną, po czym uderzył mnie dość mocno aftertaste i musiałem odpuścić. Dla osób gustujących w tego typu przysmakach – jakość była odpowiednia, zły klient po prostu. Na „trzecie” spróbowałem włoskiego zdania FUSILI NERO DI SEPIA FRUTTI DI MARE. A oczom mym ukazał się czarnym makaron frutti di mare i to takie prawdziwe, a nie jakieś podrabiańce typu dwie krewetki i wodorost. Tutaj faktycznie mierzyć się musiałem z niesamowitą różnorodnością stworzeń dostępnych w morzach i oceanach. Lekko pikantne, czosnkowe, dokładnie takie jakie powinno być. Podobnie sprawa miała się z baby czikenem, a właściwie jego połówką, bo właściwie bez przesady. Jak podaje menu, był to kurczak marynowany w ostrym sosie z wędzonymi paprykami chipotle, podawany z hummusem, kolendrą, sałatą rzymską z sosem aioli cezar i frytkami. Czy warto było szaleć tak? owszem. Mocno sycące aromatyczne dziecię kurczaka to naprawdę dobry pomysł, chyba że ktoś nie lubi wszystkich części kurczęcich, ale to już jego/jej/tego problem.

Czego natomiast nie spróbowałem, a co wydawało się interesujące. Na pewno – mule, sezonowo, w czwartki i piątki podawane, wydawały się ciekawym konceptem. Z pizz przykuwa oko gruszkowa z pudrem z orzechów włoskich, serem taleggio i karmelizowaną cebulką. No i oczywiście wszechobecny szparag, czyli król letnich stołów i stoliczków.

Podsumowując zatem ów wypad – menu zasadniczo sprawdzi się zawsze i, jak sądzę, w tym przypadku nie ma co kombinować. Aioli ma swoją grupę odbiorców, ma swój charakter oraz dynamikę i w tym sekrecie tkwi ich sukces. Czy zjemy tu coś ekstremalnie wyrafinowanego i dziwnego? Raczej nie. Ale czy poziom dziwności pozwoli na zainteresowanie kogoś, kto wykracza ze swoimi kubkami poza pomidorówkę i schab? Zdecydowanie. Poza tym, jedzenie w Aioli jest po prostu przyjemne. Nie ma spinki, kelnerzy są responsywni i interesujący, nikt nie patrzy się na Ciebie, jakbyś miała/miał nie pasować i cały mikroświat aiolski zdaje się Ci mówić – jest dobrze, hakuna matata, weź sobie lemoniadkę i nie myśl o problemach. Co też uczyniłem.

Reklama

#SHEkNEWs

PARIS HILTON WYSZŁA ZA MĄŻ! Paris Hilton i Carter Reum