Elaine de Kooning. Ikona portretu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Lubi pozować z papierosem. Nie przeszkadza jej ani gryzący w oczy dym, ani fakt, że w przyszłości dostanie raka płuc. Papieros jest ważny, niemal tak samo jak prace. A tych Elaine de Kooning tworzy niemało. Pytana o to czy jest bardziej abstrakcjonistką, czy ekspresjonistką nie potrafi udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Woli, by nazywano ją malarką lub artystką. Dlatego została zapomniana. Dopiero teraz – podobnie jak kilka lat temu Lee Krasner – wielbiciele sztuki współczesnej poznają prace tej nietuzinkowej artystki.

Żona swego męża

Można powiedzieć, że sztukę wyssała z mlekiem matki. Elaine Marie Cathrine Fried urodziła się 12 marca 1918 roku w Nowym Jorku. W mieście tętniącym życiem dziewczynka czuje się doskonale. Chętnie zwiedza najważniejsze muzea, galerie i wystawy. To matce, Mary Ellen, Elaine zawdzięcza, że kilkanaście lat później stanie przy sztalugach i stworzy pierwszy obraz. Wykonuje reprodukcje arcydzieł, wiesza je na ścianach pokoju. Wycieczki mają odciągnąć uwagę Elaine od kłopotów psychicznych matki. Mary Ellen zdarza się zapomnieć o dzieciach, jednak nie można odmówić jej jednego. Naprawdę interesuje ją edukacja artystyczna najstarszej córki.

Kłopoty w domu to nie jedyne zmartwienie Elaine. Musi wybrać uczelnię. Zanim zda do Leonardo da Vinci Art School, renomowanej szkoły wyższej, przez niecały rok uczęszcza na kursy w Hunter College. Uczelnia rozczarowuje ją. Fried rezygnuje i zaczyna chodzić na zajęcia w Leonardo da Vinci Art School.

Tam poznaje Willema de Kooninga. Ma 20 lat, jeszcze nigdy nie fascynowali ją mężczyźni. Willem, młody i zapalony entuzjasta sztuki, ma w oczach błysk, o którym Elaine nie potrafi zapomnieć. Uczy ją rysunku. Początkowo Fried tworzy martwe natury i portrety inspirowane kubizmem. Z czasem coraz bardziej intryguje ją abstrakcja. Ale Elaine nie zajmuje się tylko malowaniem, w „Art News” stworzy ponad sto doskonale przyjętych artykułów. Jest pierwszą Amerykanką zajmującą się krytyką artystyczną.

Pochłania ją też teatr. W jednym z przedstawień zagra niewielką rolę i wykona scenografię. Jednak dziełem jej życia pozostanie Willem. Wspiera go, gdy krytycy nie zostawiają na nim suchej nitki. Para kłóci się i godzi. Po 13 latach, w 1956 roku, Fried ma dość. Zachowuje nazwisko męża. Od teraz każe się nazywać „pani Kooning”.

Portrecistka

Ma 34 lata gdy po raz pierwszy słyszy o niej świat. W Stable Gallery, gdzie ma indywidualną wystawę, nie milkną zachwyty nad nieco ulotnymi, abstrakcyjnymi portretami. Kooning dzięki nim staje się sławna. Zakłada awangardową grupę „The Club”, w ramach której aspirujący malarze dyskutują o sztuce i tworzą. Końcówka lat 50. jest dla Elaine łaskawa. Wreszcie nie musi martwić się o męża, może pomyśleć o sobie. Decyduje się na życiową woltę. Wyjeżdża ze Stanów, trafia do Meksyku. Na University of New Mexico ma poprowadzić cykl wykładów o sztuce. Pewnego dnia jedzie na pokaz korridy. Wtedy pod wpływem impulsu znowu sięga po pędzel.

JFK

Gdy w 1962 roku Elaine dostaje zlecenie na stworzenie portretu Johna Kennedy’ego, początkowo nie wie co myśleć. Dostaje zalecenia kiedy i w jakich godzinach może przebywać w Białym Domu. Kennedy szykuje się do reelekcji. Wygląda na zapracowanego. Podkrążone oczy, siateczka zmarszczek wokół ust i oczu wyrażają więcej niż setki słów. Kooning zdaje sobie sprawę dlaczego została wybrana. Kennedy nie cierpi pozować, uważa to za stratę czasu. Gdy Elaine siada do sztalug, w uszach dźwięczą słowa: Amerykanin lubi mieć do czynienia z wielką łatwizną albo z niebosiężnymi trudnościami; kiedy trzeba być pośrodku, zaczynają się z nim kłopoty”. Pytana o to co sądzi o stylach, niezadowolona prycha: „Jestem bardziej zainteresowana charakterem niż stylem. Charakter wychodzi z pracy. Styl jest stosowany lub narzucany w pracy. Styl może być więzieniem”. 

W listopadzie Elaine podobnie jak miliony Amerykanów ogląda wiadomości i krótki czarno – biały film z podróży Johna do Dallas. Na ulicach Waszyngtonu wielokrotnie słyszy słowa o zamachu. Dlatego rezygnuje z intratnej współpracy z Białym Domem. To jej jednoosobowy protest. Przeciw czemu? Elaine do końca nie wie. Wie za to, że dalej będzie malować.

Wykładowczyni

Kooning dobrze czuje się na zajęciach ze studentami. Lubi wtrącać się w dyskusję, komentować prace innych. Mawia: „Obraz jest dla mnie przede wszystkim czasownikiem, a nie rzeczownikiem, wydarzeniem w pierwszej kolejności, a dopiero w drugiej kolejności obrazem”.

O utalentowanej wykładowczyni szybko dowiadują się władze uczelni. I równie szybko chcą ją zatrudnić. Lista miejsc, z którymi współpracuje wydłuża się, obejmuje m. in. University of California, Yale University i Pratt Institute. W domowym zaciszu sięga po farby. Pozostaje wierna malarskim cyklom, przez 40 lat portretuje koszykarzy. Na początku lat 80. powstaje pseudo – figuratywna seria „Bacchus”. Kooning interesuje wiele rzeczy, m.in. malarstwo jaskiniowe. Po temat sięga dwukrotnie; po raz pierwszy w 1983 roku. Zanim zacznie tworzyć robi dokumentację. W jej przypadku są to podróże do Lascaux. Gdy umiera, 1 lutego 1989 roku, pozostawia po sobie tysiące szkiców.

Chociaż prace Elaine de Kooning bywały wielokrotnie pokazywane w różnych nowojorskich galeriach, np. Montclair Art Museum, Guild Hall Museum czy MoMie, wciąż jest mniej znaną artystką niż Willem de Kooning. Co nie oznacza, że była od niego gorszą portrecistką. Wręcz przeciwnie.

Reklama