Lalu Slavicka: Każdy ma swoje korpo

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Witam Cię Lalu w naszym programie Anywhere Studio. Przejdę od razu do rzeczy – ja w korporacji nigdy nie pracowałem, więc nie do końca rozumiem Twoją historię. Wprowadzisz mnie?

Jasne. W wielkim skrócie brzmi ona tak – po kilkunastu latach pracy w korporacjach postanowiłam zmienić swoje życie i poświęcić się muzyce. Oczywiście nie była to decyzja z dnia na dzień, to trwało kilka lat. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, to dziś już wiem, że decyzje, które podejmowałam, zanim padła ta ostateczna, sugerowały już wtedy szukanie nowej drogi. Wiedziałam, że przed czymś uciekam, ale jeszcze nie do końca rozumiałam, dokąd mnie to zaprowadzi. Zaczęło się od sytuacji, kiedy świętowaliśmy z zespołem 10 lat mojej pracy w firmie. To był bardzo udany dzień, ale po powrocie do domu złapała mnie refleksja, że ja tak naprawdę poszłam tam na pół roku, na zastępstwo, a zeszło mi „trochę” więcej. 

Awansowałaś z junior na medium i high?

Właśnie. Dotarło do mnie wtedy, że jeśli teraz nic nie zmienię, to tak naprawdę do końca życia będę w tej samej firmie, w tym samym mieście, wśród tych samych ludzi. Nie mówię, że to coś złego z zasady, ale poczułam potrzebę czegoś nowego i przeraziła mnie myśl, że tak już będzie do końca życia, bo jednak jestem osobą, która lubi jak się dzieje, jak się zmienia. W korporacjach też mniej więcej co 2-3 lata zmieniałam role i obowiązki, żeby poczuć świeżość. To był pierwszy impuls do tego, żeby odważyć się na zmianę. Pojawiły się też inne rzeczy. Mocno weszłam w pracę. Pracowałam po kilkanaście godzin dziennie, czasem też w weekendy. Trochę zatraciłam się w niej kosztem życia towarzyskiego, nie wspominając już o sferze prywatnej. Podupadłam też na zdrowiu, pojawiły się pierwsze symptomy wypalenia zawodowego. Oczywiście, nie słuchałam swojego organizmu, byłam wręcz wściekła, że nie działa tak, jak ja tego chcę. Pamiętam jedną taką sytuację, trochę jak z filmu, kiedy mieliśmy długie rozmowy z moim mężem, że to tak nie może wyglądać, że się zajadę. Postanowiłam poprawę i wyszłam z pracy wcześniej, czyli w piątek o 18:00/19:00. Byłam z siebie dumna, bo mi się udało. Przyszłam do domu, mieliśmy zmienić garderobę i iść na randkę. W tym momencie zadzwonił telefon z pracy, a że przygotowywaliśmy jak zawsze bardzo ważne rzeczy, odebrałam i w zasadzie mój szef szedł z nami razem do restauracji „na telefonie”. Można sobie wyobrazić, jak czuł się wtedy mój mąż. Pamiętam, że weszliśmy do restauracji, a ja wciąż wisiałam na telefonie. Przyszedł kelner, dał nam karty, wrócił, zapytał co zamawiamy, a ja wciąż rozmawiając przez telefon, wskazałam swój wybór z menu i wróciłam do rozmowy telefonicznej. Po chwili usłyszałam huk. Kiedy odwróciłam głowę, mojego męża już nie było. Zdążyłam zobaczyć tylko zatrzaskujące się drzwi restauracji i oczy innych gości skierowane na mnie. Wtedy zauważyłam, że coś jest nie tak, aczkolwiek w pierwszym momencie pomyślałam z pretensją, że przecież ja tu pracuję, zarabiam, co w tym złego… Oczywiście, dziś z perspektywy czasu myślę, że ta sytuacja, choć nieprzyjemna, była mi potrzebna. Wtedy zaczęłam zauważać, że przez swoje zapracowanie zaczynam coś tracić. No więc zmieniłam – jedną korporację na drugą! 

Z jednej gęby można przejść tylko na inną gębę.

Z deszczu pod rynnę, jak to mówią. I rzeczywiście. Nie wiedzieć czemu zaczęłam pracować prawie 7 dni w tygodniu, bardzo intensywnie. W pewnym momencie skończyły mi się baterie, przestałam widzieć sens tego wyścigu. Wtedy gdzieś głęboko zaczął się proces odchodzenia od korporacji.

To odcisnęło na Tobie piętno. W Twoim singlu jest dużo nawiązań do tego życia. 

Zdecydowanie tak. Myślę, że gdybym nie poszła w ten świat korporacji kiedyś, to być może, a raczej na pewno, nie byłoby dzisiaj singla Wypalenie i całej płyty w takiej formie, w jakiej ona jest. A są na niej moje doświadczenia w korporacji i emocje, które mi wtedy towarzyszyły.

Nie można powiedzieć, że to nie jest na czasie, bo mnóstwo Polaków tak ma. Domaniewska, Mordor, jest potężnym miejscem i nie ma co ukrywać, że tam mnóstwo ludzi codziennie doświadcza tego samego, co Ty przez te wszystkie lata. I mimo wszystko, mimo tego co powiedziałaś, czego się tam nauczyłaś, czuję, że jednak tam jest jakiś element… zła, który w tym dostrzegasz.

Pewnie każdy musi ocenić to sobie sam. Mnie, przyznam szczerze, trochę przeraziły statystki z badań, z których wynika, że jesteśmy trzecim krajem w Europie z największą liczbą osób, które doświadczyły wypalenia zawodowego. Mam wrażenie, że mało się o tym mówi. Wydaje mi się, że taki dialog byłby korzystny i dla pracowników, i dla firm. Dlaczego ja się wypaliłam w pewnym momencie? Oczywiście, bo sobie z jakimiś sprawami nie poradziłam, bo nie miałam tego work-life balance i gdzieś zabrakło mi też momentu, żeby to złapać i może zostać w korporacji, spróbować to poukładać. Bo chociaż próbowałam, to jednak było już za późno. Doszłam do ściany. A mimo to chciałam zamienić jedną korporację na kolejną. Pamiętam, kiedy wróciłam z udanej rozmowy kwalifikacyjnej, usiadłam na kanapie i rozpadłam się na kawałki. Mąż mnie pocieszał, że następnym razem pójdzie mi lepiej. Na co ja odpowiedziałam: Ale poszło mi dobrze. Tylko ja już nie chcę kolejnych obowiązków, większego wynagrodzenia, następnych wyzwań. Człowiek dochodzi do jakiegoś sufitu i to przestaje mieć znaczenie, zaczyna widzieć, ile stracił i jaką cenę zapłacił. Z drugiej strony mnóstwo ludzi pracuje przecież w korporacjach i z nich nie odchodzi. Pozostaje pytanie czy nie są wypaleni, czy po prostu lepiej sobie z tym radzą? 

Czy może to strach?

Być może, sama wiem, z jak olbrzymim lękiem wiązało się podjęcie przeze mnie decyzji o odejściu. 

Mój ojciec też pracował chyba 20 lat w tej samej firmie, małe miasto, duża firma, praktycznie korporacja. I masz żonę, dziecko, jedno, drugie, trzecie i możesz szukać pracy, ale to już trochę nie jest czas na szukanie. Jeżeli nie znajdziesz, to rodzina po prostu nie je, jest to tego rodzaju problem.

Pokolenie naszych rodziców zdecydowanie było wychowywane w nurcie: jeśli zmieniasz pracę, to to jest dziwne.

Niebezpieczne.

Tak. Już nie mówiąc o jakiejś zmianie branży, bo to już w ogóle mezalians. Wcale nie twierdzę, że zmiana branży nie jest łatwa, bo przechodząc z jednej korporacji do drugiej, zmieniłam dosyć mocno branżę, więc to było też dla mnie wyzwanie. Z drugiej strony to nas rozwija, a patrząc na to, co się dzieje teraz na rynku i co się pewnie będzie działo, to jesteśmy zmuszeni być coraz bardziej elastyczni. Dzisiaj Ty przeprowadzasz wywiad, a jutro może będziesz robił kompletnie coś innego, może będziesz jechał na deadline’ach. To, co dzisiaj się dzieje na rynku, wymaga od nas elastyczności. 

I Ty wprowadzasz muzykę. Jak to się łączy? Bo tekstowo jasne, rozumiem słowo pisane, rozumiem tego rodzaju zabawy, które uskuteczniasz, by w pewien sposób na śmieszno, na smutno, na straszno przekazać te swoje doświadczenia. W jaki natomiast sposób powstała muzyka do tego?

Pamiętam, że kiedy podjęłam tę decyzję, zaczęłam się rozglądać z kim mogłabym nagrać płytę. W związku z tym, że podobno nie ma przypadków, stanęliśmy sobie na drodze – Basia z zespołu Chłopcy kontra Basia i Harry Tomek Waldowski, perkusista zespołu LemON. Poznaliśmy się przez naszego, jak się okazało, wspólnego znajomego. Na spotkaniu była chemia, a dla mnie to bardzo ważne, bo nie wyobrażam sobie nagrywać płyty, kiedy ja się otwieram ze swoimi doświadczeniami, a pozostali tego nie czują. To była dla nas bardzo ciekawa przygoda. Ja przyszłam do Basi z tematami bardzo przyziemnymi, które dotyczą wielu z nas, pracy w korporacji, wypalenia, tych ciągłych deadline’ów, asapów, tego, że czasami mamy dość, że jest niemoc. A Basia na co dzień pisze teksty o zupełnie innych, bardziej abstrakcyjnych sprawach. Tytuł mojej płyty to: Każdy ma swoje korpo i dla mnie to korpo to tylko symbol. Twoje korpo to może być np. toksyczny związek, trudne relacje.

Utkwiłem wczoraj w windzie, to było straszne (śmiech)

Dokładnie, to mogło być twoje korpo, jeśli masz lęk przed tym. Basia okazała się osobą bardzo cierpliwą i otwartą. To mi bardzo pomogło. Bo na początku podeszłam do tego trochę tak chyba korporacyjnie i schematycznie. Nie pisałam nigdy wcześniej tekstów dla siebie na płytę, więc pomyślałam sobie, że nie potrafię tego zrobić. Basia mnie otworzyła i pokazała, że to nieprawda, że przecież mam coś do powiedzenia, no i tak powoli zaczął się proces powstawania tekstów.  Pytałeś jednak o muzykę. Zajął się nią Harry, który jest człowiekiem-orkiestrą i to nie jest pierwsza płyta, której jest producentem. Mamy tam trochę elektroniki, ale też żywe instrumenty. Ja odważyłam się wyjąć z szafy saksofon i na nim zagrać, więc to też wymagało ode mnie odwagi i zakopania tych wszystkich lęków przed opinią innych.

Wyjście ze strefy komfortu. 

Tak chociaż teraz się podobno ją poszerza, więc sobie poszerzyłam tę moją strefę. Postanowiłam, że zagram na saksofonie. W ogóle cały proces nagrywania płyty był ciekawy, ale jednocześnie wymagający. Mam wrażenie, że my trochę myślimy, że jak ktoś spełnia marzenia to jest super, ścieżka jest usłana różami i wszystko idzie fajnie, pięknie. Od razu dementuję. Przynajmniej w moim przypadku tak nie było.

W moim też nie, cały czas jest kiepsko.

Widzisz, u nas było podobnie momentami. Gdyby ktoś mi powiedział przed podjęciem decyzji o odejściu z korpo na stronę muzy: Nie rób tego, bo teraz świat będzie wyglądał inaczej i nie będzie można grać koncertów, branża muzyczna i nie tylko muzyczna, będzie zamrożona, to chyba bym pomyślała, że to żart. 

Myślałem, że dzięki takiej informacji mogłabyś zainwestować w produkcję maseczek.

Być może, ale nikt mi tego wcześniej nie powiedział. Pandemia trochę nam pokrzyżowała plany i opóźniła nagrywanie płyty, ale to dotknęło nas wszystkich. Natomiast gdzieś po drodze np. zalało nam studio i musieliśmy ratować wszystkie instrumenty, a mieliśmy nagrane nawet nie połowę płyty, więc można by było pomyśleć, że wszystkie znaki na niebie wskazują, żeby tego nie robić. Ja sobie jednak postanowiłam, że potraktuję to jako test. Skoro chcę swoją pasję przekazywać innym, ktoś musi przetestować to, co mam w głowie, czy ja tak naprawdę tego chcę. Nagraliśmy więc kilka kawałków tej płyty i trochę ugrzęźliśmy, bo jeszcze szukaliśmy się muzycznie z Harrym. Pamiętam, że nagrałam solówkę saksofonu i ten perfekcjonizm korporacyjny mi się wdarł. Pomyślałam, że może nagram ją jeszcze raz, coś poprawię, że może ona nie jest jeszcze taka super dobra. Trzy dni później – wypadek na rowerze, uderzenie o beton, zmiażdżona kość i operacja. Przeszło mi wtedy przez głowę, że może nigdy już nie zagram na saksofonie, więc nad czym się zastanawiać? Pamiętam, że bardzo to wtedy ruszyło do przodu i nagraliśmy resztę płyty w ciągu pół roku. To był przełomowy moment. A samo nagrywanie płyty było dla mnie dosłownie autoterapią. Liczba wylanych łez przy nagrywaniu, kiedy chcesz coś zaśpiewać, a to jest trudny temat i wiesz, że się otwierasz przed innymi, to bardzo mocne przeżycie. 

Tak sobie myślę, że gdybym czytał teraz ten wywiad, to pierwsza rzecz, która by mi się rzuciła, jako Polakowi i człowiekowi biednemu, do głowy byłoby pytanie: Ale jak to, to zaczynasz śpiewać? Ale o co chodzi? A skąd masz pieniądze? Skąd masz możliwości? Jak to wychodzi? Rzucasz robotę i nagle zaczynasz sobie melodykować? 

Po pierwsze, liczba przepracowanych lat w korporacji zostawia jednak coś po sobie.  Nie tylko wypalenie zawodowe. Nie wiem, czy wiesz, ale tam się dostaje wynagrodzenie.

U nas nie, więc nie wiem. 

W tych korporacjach, w których ja pracowałam dostawało się najzwyczajniej w świecie pieniądze (śmiech). Nie jestem chyba najbardziej rozrzutną osobą na świecie, więc coś mi jednak zostało i postanowiłam to zainwestować w siebie. A jak to jest z tym śpiewaniem? Nie pochodzę ze szczególnie muzykalnej rodziny. Mama śpiewała chyba w liceum, natomiast tacie to raczej słoń nadepnął na ucho, choć pamiętam, że to on puszczał z adapteru mnóstwo płyt winylowych. Rzeczywiście jednak, ja się stricte śpiewu nie uczyłam tak, żeby mieć wyćwiczony wokal bardzo technicznie. Gdzieś był jakiś chór po drodze, jakieś lekcje, natomiast kiedy nagrywaliśmy płytę i zaczęłam mieć jakieś problemy ze strunami głosowymi i z gardłem, to okazało się, że to niekoniecznie są to problemy techniczne, tylko emocje, które nie chcą się przedostać. Wtedy zapisywałam się na lekcje, żeby przebadać te sprawy, zobaczyć, jak się operuje tymi fałdami głosowymi. To nie jest tak do końca, że siadasz i śpiewasz, bo w studio wszystko słychać. Każdy szmer, każdy fałsz, niedociągnięcie, wszystko wychodzi. Trzeba się do tego przygotować. I choć technicznie nie wymiatam, jestem bardzo nastawiona na przekaz i na muzykę, bardziej niż na mój wokal.

To tak jak raperzy. 

Dokładnie, może kiedyś zostanę raperką (śmiech). Staram się nie myśleć o tym, że to może nie jest perfekcyjnie zaśpiewne, po prostu śpiewam o swoich emocjach i przeżyciach. 

Dziękuję Ci za to spotkanie, dowiedziałem się bardzo wielu rzeczy, muszę to przerobić jeszcze. I to bardzo ciekawe co powiedziałaś o wynagrodzeniu, muszę też pogadać z szefem, bo to jednak coś powinno być, tak? 

Zdecydowanie, może jednak po tych 10 latach te owocowe czwartki zamienić na kasę.

Podziałam! Kiedy jest premiera płyty?

Postanowiłam, że w muzyce będę działać trochę inaczej niż w korpo, czyli na spontanie.

Będzie jak będzie!

Tak, jest już pierwszy singiel Wypalenie, jego można posłuchać w różnych serwisach streamingowych, obejrzeć teledysk na Youtube, natomiast płyta na pewno wyjdzie w tym roku. Kiedy dokładnie? Tutaj stawiam duży znak zapytania, zobaczymy!

Dokładnie, czyli będzie jak będzie. Life.

Korpo chaos.

Dzięki bardzo.

Dzięki. 

 

https://www.instagram.com/lalu_slavicka/
https://www.facebook.com/LaluSlavicka 

Żorzanka, rocznik 1981.
Słowo “korporacja” potrafi odmienić przez wszystkie przypadki. Latami pięła się po szczeblach kariery – od asystentki po menadżerkę. Jej muzyką były nieustające dźwięki telefonów, włączanych i wyłączanych komputerów oraz „pikającego” identyfikatora na bramce. Jednak po 13 latach pracy w korporacjach rzuciła wszystko i zamiast wyjechać w Bieszczady – spełniła swoje największe marzenie: nagrała płytę.
Usłyszysz na niej między innymi dźwięki saksofonu, który LALU wyjęła z szafy po latach. Pierwszy okaz odziedziczyła po wujku, który był czeskim muzykiem orkiestrowym. Chciała się z tym instrumentem zaprzyjaźnić na dłużej, ale życie zdecydowało, że podąży jednak inną drogą. Miłość do muzyki przelała na rozwój zawodowy. Do czasu…
Na debiutanckiej płycie LALU SLAVICKIEJ odnajdziecie brzmienia, których artystka nie chce nazywać. Nie przepada za szufladkowaniem muzyki. Każdy z 13 utworów (14. kawałek jest bonusowym trackiem na płycie) jest wynikiem wielu różnych doświadczeń życiowych. LALU wierzy, że spora część słuchaczek i słuchaczy odnajdzie w nich siebie. Im również pozostawia przyjemność ze słuchania muzyki i interpretacji tekstów.

 

zdjecia: Aleksandra Zaborowska

 

Reklama