Powroty do beznadziejnej przeszłości – Netflix, Russian Doll recenzja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Nie da się ukryć, że pozory lubią mylić. Gdy obejrzałem zapowiedź nowego serialu Netflixa – Russian Doll – pomyślałem, ze to odgrzewany kotlet z Dnia Świstaka i nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Podobnie zresztą jak główny bohater filmu – wchodzić wciąż i wciąż do tej samej rzeki to czyściec naszej kultury, z którego nie da się uciec. Jedyna droga do zbawienia to zrobić wszystko dobrze – i dlatego pierwszy odcinek mnie przekonał.

Russian Doll bowiem nie jest tylko kalką dawnych pieśni. Jest ich reinterpretacją. W świecie remake’ów i wszechobecnego zachwytu nad konfucjańskim powrotem do wyidealizowanej przeszłości, trudno znaleźć coś podobnie oryginalnego.

Reklama

Historia głównej bohaterki – Nadii – oparta na semi-autobiograficznym wątku głównej aktorki i twórczyni serialu – Natashy Lyonne – jest wyjątkowo interesującą i introspektywną fabułą w głąb traum i problemów głęboko zakorzenionych w dzieciństwie autorki. Nadia jest programistką w firmie produkującej gry komputerowe i w dniu swoich urodzin, podczas tego klasycznego westchnięcia do lustra w kiblu, które znane jest nam wszystkim całkiem dobrze, wychodzi na imprezę, spotyka gościa, puka się z nim całkiem niesłusznie i, cóż, umiera. Tylko po to zresztą, by ocknąć się przy tym samym lustrze z tymi samym problemami.

Serial bardzo ciekawie wykorzystuje metaforę matrioszki. Każda figurka, którą wyjmujemy z zabawki jest coraz to młodszą i młodszą wersją oryginału, aż dochodzimy do tej najmniejszej, od której wszystko się zaczęło. Podobnie jest z Nadią. Brak stabilizacji życiowej, uciekanie od problemów i niechęć do jakichkolwiek zmian, czy podjęcia nawet próby ogarnięcia swojego życia to głęboko zakorzenione w niej traumy, z którymi zdecydowała się nie mierzyć. Można by zarzucić twórczyniom tanią psychologizację, ale jest to na tyle dobrze zrobione i przemyślanie, że nie dość w nim braku infantylności, to, dodatkowo, można znaleźć tam całkiem solidne uzasadnienie kompulsywnych i neurotycznych zachowań bohaterki. Jest w tym, innymi słowy, jakaś prawda, która może śmierdzieć tendencją to tworzenia rzeczywistości opartej na freudowskich wynurzeniach, jednakże prawda gorejąca i dotykająca każdego człowieka. Nie da się uciec od przeszłości, z którą sobie nie poradziliśmy, a każda próba tylko głębiej internalizuje ją, tworząc coraz większego potwora, z którym w końcu będziemy musieli się zmierzyć.

Tym co jednak wyróżnia ten serial to jego realizacja. Postaci nie są plastikowe, każda ma do powiedzenia coś na temat swojego życia, z wszystkich bije aura, nawet nie realności, ale wyjątkowo dobrej sztuki teatralnej. Docinki, przemyślenia, dialogi – wszystkie napisane są w taki sposób, że ani przez moment nie czułem żenady. Oczywiście, ludzie tak nie mówią na codzień, ale, podobnie jak w filmach Tarantino. Lynonne wzbogaca jakość dialogów na tyle, że one same stają się nie – historią opowiedzianą w słowach – ale treścią samą dla siebie.

Dodatkowo, co warto podkreślić, jest w tym element balansu. Nie jest tak, że Nadia jest na skraju życia, nie jest tak, że zupełnie sobie nie radzi, ale problem internalizacji wewnętrznych demonów wypływa co jakiś czas na wierzch, skutecznie uniemożliwiając jej nawiązanie głębokich więzi.

Ciekawym kontekstem jest też wszechobecny, nowojorski tumiwisizm. Relacje nawiązywane przez Nadię są płytkie, ludzie w jej otoczeniu także unikają wejścia w coś poważniejszego, zgadzając się raczej na ironiczny dystans, który zapewnia im bezpieczeństwo w codzienności, umożliwiając wręcz zachowanie wartości liberalnych, luźnych w miejsce, w ich mniemaniu, bardziej konserwatywnych, imponderabiliów a’la najważniejsza jest przyjaźń, tradycja, rodzina. Kultura i ideologia liberalna niejako zmuszają ich do życia bez tradycji i historii relacji wszelkiego rodzaju, co tworzy w centrum ich egzystencji pustkę bez możliwości zaczepienia. Nie, żeby twórcom chodziło o chwalenie konserwatyzmu, ale raczej o skutki uboczne ideologii powszechnie akceptowanej wśród klasy średniej dużych miast.

Oczywiście, wszystkich wątków się spisać nie da, gdyż serial swoimi ścieżkami podąża bardzo głęboko. Dlatego nie ma co czekać i weekendowe popołudnie poświęcić należy na kanapie, by śmiać się i płakać wraz z wiecznymi powrotami umierających nowojorczyków. Serdecznie polecam.

 

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama