Kompletnie amatorskie testy samochodów: Nissan Leaf

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Serdecznie witamy Państwa w pierwszym odcinku nowej anywherowej serii, gdzie człowiek zupełnie nieznający się na samochodach będzie próbował zrozumieć po co ktoś miałby takowe auto kupić. Plusem tego rodzaju podejścia, że, podobnie jak większość z Was (naczy wiadomo, wiecie wszystko, bo Wasz ojciec miał kiedyś corsę z salonu i tam to potrafił wymienić silnik za pomocą gumy do żucia i prezerwatywy), w ogóle nie mam pojęcia czym jest większość rzeczy w aucie, więc mogę tylko opisać wrażenia i powiedzieć czy warto kupić i komu. Nie będę Wam zatem ściemniał jakichś pierdół o tym, że w 2012 był podobny model i to jest estetyczne nawiązanie, bo wiem, że większość z Was w 2012 to maksymalnie kupiła sobie zapalniczkę z lamborghini, jeśli chodzi o zainteresowanie autami. Max!

W każdym razie, dziś będziemy opisywać Nissana Leaf, który to dostaliśmy od Nissana w Polsce, co jest jasne i logiczne.

Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy to to, że można jeździć buspasem. Nie wiem jak u Was w mieście, ale u mnie to rzecz ważniejsza niż 90% osiągów samochodu, bo możesz sobie pogwizdać na te osiągi jak stoisz w miejscu i palisz 40l w swoim turbo mustangu ze środkiem zrobionym z plastiku.

Druga rzecz to fakt, że jak się chce mieć ten samochód to NAJLEPIEJ (ale nie wyłącznie) mieć dom i garaż. Albo miejsce w garażu podziemnym, gdzie jest gniazdko. Bo, panie, to o tym trzeba myśleć i to dość intensywnie planować. Oczywistym jest, że jeszcze trochę to zajmie zanim infrastruktura dojdzie do naszego kraju, ale zanim to wejdzie to musicie mieć świadomość, że to ładowanie szybkie trwa z półtorej godziny, a to wolne tak z pół dnia. Jest jakaś opcja na ładowanie półgodzinne, ale nie udało mi się tego ogarnąć. Można też sobie alternatywnie gdzieś w galerii doładować podczas pobytu z kobietą swojego życia, mężczyzną swojego życia lub oboma naraz. 

Trzecia rzecz, która się rzuca to fakt, że jak jesteś już rodzicem i masz te 50 na karku, musisz być odpowiedzialny i stonowany, więc kupujesz odpowiedzialne, stonowane auto, w dodatku elektryczne, bo chcesz być eko to CZŁOWIEKU NADAL NA 20 METRACH BIERZESZ PORSCHE BEZ ŻADNEGO ALE PÓŁSUVEM NISSANA. I to nie jest tak, że tego nie próbowałem. Był sobie Pan w nowym Cayenne, ja byłem sobie w moim Leafie, on spojrzał na mnie na światłach, ja na niego, zaśmiał się, a następnie bzium – i go nie było. W znaczeniu – był za mną, bo do 50 nie był w stanie mojego silnika bezwybuchowego dogonić. Więc to na plus.

I wiecie, to nie jest ścigałka, umówmy się. Nikt nie będzie marzył o tym, żeby pod jego szkołę podjechał Nissan Leaf, żeby się pochwalić chłopakom czym jeździ stary. To jest samochód odpowiedzialny. Pika, kiedy zrobisz coś źle, ma taką suvowatą, minivanową konstrukcję, ok bagażnik, gdzie wejdzie wózek (tak mi się zdaje) i środek nowoczesny, można telefony podłączyć, androidy i te iOSy, nie ma problemu. Nie jest to samochód dla szpanu, ale do pojeżdżenia, do pobawienia się, do miasta, dla kogoś, kto lubi zapierdzielać (zgodnie z przepisami ofkors), ale też chce zrobić coś dobrego dla świata. A, no i to jest raczej TYLKO do miasta, bo na autostrady może być ciężko. Zasięg ma gdzieś w okolicach 270 km i ok. 150 km/h max (w kontekście niemieckich autostrad oczywiście), więc Warszawa-Gdańsk raczej odpada. Ale Warszawa-Łódź? Raczej tak.

Reasumując, jest to idealny drugi samochód i świetny dla kogoś, kto poza miasto jeździ sobie pociągiem albo rowerem. Rodzinny, przyjazny, milutki, ALE TO PORSCHE JAK NIC NA 20 METRACH WZIĄŁEM, PAMIĘTAM TO JAK DZIŚ. Więc aspekt znerwicowanego ojca też jest wzięty pod uwagę. Redakcyjny operator się zakochał i mówi, że bierze. Cena się zaczyna za pusty od ok. 100 000, biorąc pod uwagę dopłaty państwowe itd., więc jest to najbardziej eko wybór w EKO klasie. W naszej laickiej recenzji można zatem powiedzieć – MOŻNA BRAĆ, ale z powyższymi zastrzeżeniami.

 

fot. Mateusz Zawistowski

Reklama

#SHEkNEWs

PARIS HILTON WYSZŁA ZA MĄŻ! Paris Hilton i Carter Reum