Grzegorz Damięcki i Vincent V. Severski: Aktorstwo i szpiegostwo – dobrana para cz.II

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

 

– Twierdzę, że polityka (przynajmniej u nas) oddana jest w ręce ludzi kompletnie przypadkowych. I chociażby po to, by strzec świat przed nimi, potrzebni są co jakiś czas altruistycznie kochający ojczyznę agenci.

– Powiedziane lekko patetycznie być może, ale tak jest. Dodam jeszcze, że oficer wywiadu, który nienawidzi, ma uczucie nienawiści do kogoś, czegoś, jakiejś sprawy, nie nadaje się do tego zawodu.

 

O „Nielegalnych” rozmawiamy z Vincentem V. Severskim, autorem bestsellerowych powieści, na podstawie których powstał serial CANAL+, oraz Grzegorzem Damięckim odtwórcą głównej roli.

Magdalena Juszczyk: Panów refleksje się uzupełniają, a kompetencje zawodowe wydają się niezwykle przydatne w obu reprezentowanych przez panów branżach. Czy jest tak, że Vincentowi V. Severskiemuświat filmowy dał coś jako pisarzowi, a Grzegorzowi Damięckiemu spotkanie z autorem „Nielegalnych” dało coś, czego on jeszcze do tej pory nie zaznał, ani w kinie, ani w serialu, ani w teatrze?

Vincent V. Severski: Bardzo dużo się nauczyłem, obserwując aktorów i reżyserów na planie. Jako kinomaniaki człowiek zakochany w filmie miałem wyidealizowany obraz tego świata, nie znałem go. Z zachwytem przyglądałem się, jak działa produkcja filmu, jakie to jest przedsięwzięcie, jak wszystko ze sobą współgra – praca ludzi, maszyn, kamer. Powiedziałem reżyserowi Leszkowi Dawidowi, że gdybym miał taki zespół do realizacji swojej operacji specjalnej, to moglibyśmy zrobić naprawdę dużo.

M.J.: Spojrzałam na listę nazwisk scenarzystów (Bartosz Staszczyszyn, Maciej Kubicki, Dorota Jankojć-Poddębniak) i pomyślałam sobie: jak to możliwe, by pisarz oddał wszystko w ich ręce?


Reklama

V.S.: Nie bronię przecinków i zdań, które napisałem. Scenarzyści mieli absolutną swobodę tworzenia na mojej bazie. Oczywiście byłem przy tym od początku do końca i na wszystko wyraziłem zgodę, nawet sam wprowadziłem wiele różnych udoskonaleń i zmian, ale główny przekaz miał pozostać autentyczny: świat, jego charakter i postacie miały być takie, jakie są w moich książkach. I jeżeli ktoś zna dobrze te powieści, na pewno wszystko znajdzie w serialu. Aczkolwiek wątki i fabuła trochę się zmieniły. Niewątpliwie z korzyścią i dla moich książek, i dla serialu.

severski_1

M.J.: A adrenalina – gdzie jest większa? Na planie filmowym czy w robocie szpiega?

V.S.: W tej robocie adrenalina jest stanem stałym i ma się ją przez cały czas służby, już się jej nie dostrzega w pewnym momencie. Później trzeba oczywiście za to zapłacić. To jest adrenalina służbowa. Teraz, przy tworzeniu serialu miałem adrenalinę na własne życzenie.

Grzegorz Damięcki: Całe to zdarzenie traktuję jako poligon, na którym mogłem sobie odbezpieczyć różne ładunki wybuchowe. Czułem się jak kiedyś, dawno temu, gdy zacząłem przychodzić do Polskiego Radia, by brać udział w słuchowiskach radiowych. Tam człowiek jest pozbawiony obrazu i może operować tylko dźwiękiem albo anty-dźwiękiem, czyli ciszą, a ta jest w radiu również dźwiękiem. Tam buduje się świat wyobraźni – można zamknąć oczy i wyobrazić sobie tych bohaterów. W „Nielegalnych” miałem w jakimś sensie podróż do początków mojej przygody z radiem – dostałem kredyt zaufania. I jeszcze do tego dano mi możliwość napełnienia człowieka własnym krwiobiegiem, a jego świat mogłem sobie budować z własnych relacji międzyludzkich, albo z tego, co mnie dobrego i złego przez ostatnie lata w życiu spotkało. To było coś zupełnie nowego. W teatrze, mimo wielu lat grania różnych ciekawych ról, na ogół wchodziłem w pewne zastane buty i pewne ramy, a tutaj mogłem sobie tego człowieka wymyślić – w ramach tego, co było napisane. Co ja z tego będę miał na przyszłość? Jeszcze nie wiem, ale czuję, że okrzepłem (i nie jest to rutyna), wyszedłem z tej roboty z wiarą, że pewne rzeczy jestem w stanie zrobić, uwierzyłem w słuszność moich wyborów. Ludzie, których spotkałem w tej pracy, to ludzie z najwyższej półki, jeśli chodzi o myślenie o swoim zawodzie: pisarze, operatorzy, reżyserzy czy koledzy i koleżanki aktorzy, z którymi miałem zaszczyt grać. Trafiłem tutaj i rzuciłem się w ocean pełen żarłocznych, cudownych, wspaniałych, kolorowych ryb i z przyjemnością w nim pływałem. 

M.J.: Do tego pytania sprowokował mnie pan, mówiąc o Polskim Radiu, o radiu, o wyobraźni. W tych dwóch pierwszych odcinkach, które obejrzałam na premierze, przede wszystkim s ł y s z a ł a m wasz serial – mam na myśli głównie głos ludzki. Na ile można stworzyć tę opowieść, podbić agenturalną tajemnicę brzmieniem głosu?

G.D.: Są aktorzy wybitnie radiowi, którzy tak „malują słowem”, że w każdym zdaniu każdy wyraz jest ważny. Bardzo dużo czasu poświęciliśmy na szlifowanie dialogów, żeby były one jak najbardziej cielesne, jak najbardziej zbliżone do organicznego mówienia. Nikt w naszym serialu nie powie: Zofio, Kazimierzu, proszę cię… To tutaj niemożliwe. Jesteśmy blisko życia. Nie mylić z używaniem co chwila łaciny podwórkowej. Nie chodzi o mały realizm. Mój świętej pamięci teść, wielki operator, jeden z twórców szkoły polskiej, Jan Laskowski, który kręcił filmy ze Zbyszkiem Cybulskim, mawiał: skreślaj wszystko, co jest opowiadaniem o tym, co będziesz robił. I gdy zasiadłem do tej partytury, to pomyślałem: cholera, nie ma nic do skreślenia!

V.S.: Proces powstawania dźwięków i dialogu był taki: najpierw była myśl, moja pamięć, w której odtwarzałem pewne sytuacje, wymiany zdań rodzących się w moich myślach, później musiałem je przełożyć na papier. Jest wiele dialogów w mojej książce, które są bardzo autentyczne. Od strony literackiej budowa dialogu ma swoje zasady, prawa itp. Na papierze, na potrzeby książki zupełnie inaczej się pisze. Człowiek czyta po cichu i widzi w wyobraźni tę rozmowę. Gdy się to potem czyta na głos, okazuje się, że coś jest nie tak i dopiero dobry aktor może swoją intonacją wykrzesać sens. Dialog przerabiany jest więc w scenariuszu, a scenarzysta kreuje relacje między ludźmi na zupełnie innych zasadach, niż jest to robione w zwykłej prozie. Na końcu aktorzy przerabiają ten zapisany, scenariuszowy dialog na język żywy, mówiony. Tak zamyka się ogromne koło. Widziałem siedem odcinków, nie mogę za dużo opowiadać, mogę tylko stwierdzić, że te dźwięki – dialogi, rozmowy – są bardzo dobre i bliskie rzeczywistości. Kiedy słyszę bohaterów serialu, widzę tę naszą rzeczywistość wywiadu, nasz język. Oficerowie wywiadu, jak to bywa pokazywane w filmach, nie mówią knajackim językiem, wulgaryzm co drugie słowo. Potrafimy przekląć, oczywiście, ale emocje są inaczej wyrażane. Jestem zachwycony tym, co zobaczyłem, czuję bliskość mojego świata, mojej rzeczywistości. Oczywiście tego nie da się przedstawić tak zupełnie 1:1, ale to jest mój świat, odnajduję się w nim.

M.J.: Praca operatorów, Piotra Sobocińskiego i Kacpra Fertacza, też jest godna pochwały. Ale nie pojechali do Stambułu sfotografować pięknie tego miasta, żebyśmy natychmiast zapragnęli lecieć tam na wakacje, by popływać po Bosforze. Zamysł operatorski znany był już na planie?

G.D.: Kiedy się zorientowałem, z kim mam do czynienia (myślę o Leszku Dawidzie i Piotrze Sobocińskim), to w jakimś sensie oddałem im się we władanie. Zazwyczaj tego nie robię, ale kiedy czuję się mniej pewny, miewam pokusę, żeby zobaczyć jakieś materiały w trakcie zdjęć, sprawdzić, czy wszystko zmierza w dobrym kierunku. W tym przypadku umówiliśmy się, że Leszek będzie moimi oczami, będzie za mnie patrzył, a Piotrek będzie mu pokazywał – oni dokładnie wiedzieli, jak to ma być opowiedziane i ujęte w obrazie. Miasto pokazać może dwudziestu operatorów, a ten dwudziesty pierwszy pokaże je tak, że czuje się smród pomieszany z zapachem tego miasta, słyszy się jego zgiełk i ciszę pomiędzy jednym a drugim śpiewem z minaretu. I widzi się te dwa miliony ludzi na jednym metrze kwadratowym, którzy przepychają się we wszystkich kierunkach. Piotrek to wszystko potrafił pokazać. Tak samo jest w przypadku kolejnej ekipy, tej z Jankiem Matuszyńskim, choć wydaje mi się, że jego odcinki będą zupełnie inne.

V.S.: Są inne. 

severski_2

M.J.: Mówili panowie na początku o złu i dobru. Czy w pracy agenta, szpiega nie zawiera się w gruncie rzeczy głupota wszechświata, która wynika z podziału na różne części i różne języki? Dlatego my, ludzie, musimy węszyć, sprawdzać, próbować przeniknąć przeciwnika, który jako taki jest zdefiniowany? Czy już sam ten koncept nie jest zapowiedzią piekła, jakim jest życie w tym świecie?

V.S.: Kiedy Pan Bóg powstrzymał budowę wieży Babel i pomieszał ludziom języki, wtedy powstało szpiegostwo – od tego czasu ono istnieje i istnieć będzie zawsze. Jeżeli szpiedzy dobrze pracują i przynoszą sprawdzone informacje, to wojny są niepotrzebne. To jest świat, który będzie istniał tak długo, jak długo będą istnieć podziały (istota działania każdego wywiadu), a one przebiegają dzisiaj nie tylko w granicach między państwami, one przebiegają teraz także w poziomie, w społeczeństwach skłóconych ze sobą. W dzisiejszych czasach, aby osiągnąć swoje założenia, nie trzeba wysyłać wojsk – wystarczy prowadzić przy pomocy wywiadu wojnę hybrydową i doprowadzić do rozkładu społeczeństwa wyznaczonego jako cel. Pierwsza wojna światowa – potworna, wielka wojna – była najbardziej absurdalną wojną w historii. Walczyły ze sobą państwa o tych samych systemach gospodarczych, tych samych wartościach. Co więcej, cesarze byli spokrewnieni ze sobą, żołnierze na wojnę szli z kwiatami i śpiewem, a w pewnym momencie okazywało się, że oni już tak naprawdę nie wiedzą, o co się biją. W przerwach między strzelaninami potrafili wyjść i bratać się ze sobą. A więc po co była ta wojna? Myślę, że dobrze pracujący wywiad i mądrzy politycy działający razem mogą zapewnić nam spokój, bezpieczeństwo i przyszłość.

G.D.: Nie umiem się zmierzyć z tym pytaniem, ponieważ prywatnie jestem człowiekiem, który wyszedł z subkultury anarchistycznej, bliżej mi zatem do pacyfizmu niż do chęci zbrojenia się. Obce mi są organizacje paramilitarne, w których ludzie fascynują się mundurem, hierarchią, różnymi sztukami zadawania śmierci – absolutnie trzymam się od tego z daleka. Natomiast skoro doszliśmy do takiego zezwierzęcenia, zabrudzenia pewnych obyczajów, skoro dyskurs polityczny odbywa się na najniższym, beznadziejnym poziomie, to jeżeli w świecie sztuki zdarza się scenariusz serialu ukazującego ludzi altruistycznie, bez przynależności partyjnej, kochających swój kraj i chcących go wprowadzać w zdrowy ład (w którym będzie się nam wszystkim po prostu bezpieczniej żyło i będziemy mogli wreszcie rozmawiać o czymś normalnym, a nie tylko o zagrożeniach), to warto takich ludzi pokazywać. Twierdzę, że polityka (przynajmniej u nas) oddana jest w ręce ludzi kompletnie przypadkowych. I chociażby po to, by strzec świat przed nimi, potrzebni są co jakiś czas altruistycznie kochający ojczyznę agenci.

severski_3 

V.S.: Powiedziane lekko patetycznie być może, ale tak jest. Dodam jeszcze, że oficer wywiadu, który nienawidzi, ma uczucie nienawiści do kogoś, czegoś, jakiejś sprawy, nie nadaje się do tego zawodu. Człowiek, który działa z pobudek tak mocnych, jak nienawiść, jest głuchy i ślepy. Nie widzi, co dzieje się wokół niego. Oficer wywiadu kocha tylko swój kraj. A wszystkie pozostałe powinien lubić.

M.J.: Mam nadzieję, że dotknęliśmy czegoś, co jest najistotniejsze, czyli dobra i zła w człowieku, a może piękna i brzydoty tego świata, w których to właściwościach musimy się jakoś odnaleźć. Bardzo panom dziękuję za rozmowę. A serial „Nielegalni” do obejrzenia w telewizji CANAL+.

G.D.: Bardzo dziękuję.

V.S.: Dziękuję.

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Walentynki

Kolokwialnie mówiąc, miłość powinna być jak dobry monopolowy: siedem dni

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter