Dlaczego ludzkie ciało nadal nas oburza, czyli co się działo na premierze „Touch me not”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Rok 2018, wrocławski festiwal Nowe Horyzonty i polska premiera „Touch me not”, Adiny Pintilie. Tłumy ludzi, drzwi się otwierają, widzowie wchodzą, niektórzy na całość, zadziwiająco dużo na część filmu. Dzieje się tak przy każdej projekcji. W końcu nadszedł moment mojego seansu, wchodzę i przedstawienie się zaczyna.

„Touch me not” to dramat traktujący o ludzkim ciele, ograniczeniach z nim związanymi, a także o pożądaniu i potrzebach cielesnych. Pintilie postanowiła stworzyć pełnometrażowy eksperyment artystyczny. W filmie zatarła ślady pomiędzy fikcją a dokumentem – dzieło było podzielone na dwa, głównie przeplatające się wątki. Jednym z nich była sesja terapeutyczna, na której nie brakowało osób z różnymi problemami psychicznymi jak i fizycznymi, a drugim – czerwona rozpusta na ekranie.

Główną problematyką, podejmowaną przez reżyserkę jest ciało, w którym nie wszyscy czują się komfortowo. Uczestnicy terapii dzielą się swoimi problemami, pracują w parach i wykonują różne ćwiczenia. Podczas rozmów, bohaterowie powoli zaczynają się otwierać i uwalniać od wszechogarniającego ich wstydu i lęku, ucząc się tym samym akceptacji bliskości i ograniczeń, których nie zawsze mogą się pozbyć. Podczas sesji, znajdują się w jasnooświetlonej, minimalistycznej sali, na której widać dokładnie każdego – tym sposobem, nie mogą się nigdzie ukryć i stają ze swoimi lękami nie tylko przed sobą, lecz także w obliczu innych.

W drugiej części pojawiają się czerwone światła i rozpusty seksualne. Im więcej wątków tych narasta, tym coraz więcej ludzi wychodzi na zewnątrz. Przypominam, że na tapecie nadal pozostaje ludzkie ciało. Ciało, które posiada każdy. „Touch me not” staje się intymnym portretem ludzi żyjących w strachu przed oceną własną oraz opinią publiczną.

Film bada potencjał terapii cielesnej, podczas której każdy w swoim czasie oswaja się z dotykiem drugiej osoby. Opowiada on przede wszystkim o wszechobecnej potrzebie bliskości, o którą czasem trudno poprosić. O problemach związanych z cielesnością oraz odbiorem nie zawsze idealnego kształtu człowieka.

Od śmierci Terencjusza minęło prawie 2200 lat, jednak jego słowa, które powinny obowiązywać również w XXI wieku, przekształciły się w „jestem człowiekiem i wszystko, co ludzkie jest mi obce”. W polskich saunach, ludzie kryją się za ręcznikami, a kiedy Jana Szostak wyraża sprzeciw rządom Łukaszenki, w mediach rozchodzi się informacja o niczym innym, jak jej sutkach, widocznych przez bluzkę. Kontrowersjom wokół braku górnej części bielizny nie było końców. Ciało jest tak powszechne i jednocześnie tak obce. Czyżby ten wąż tak mocno nas ugryzł, że poza wstydem nie widzimy nic innego?

Reklama