Roman Cieślewicz. Jedyny taki grafik

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kocha proste, czytelne i syntetyczne symbole. Długie godziny spędza na tworzeniu unikatowych prac, z których większość zostanie zaprezentowana szerszej publiczności. Roman Cieślewicz, jeden z najsłynniejszych polskich grafików, jest nie mniej znany niż Alina Szapocznikow, utalentowana rzeźbiarka, prywatnie także żony artysty. Jakie sekrety skrywał Roman Cieślewicz?

Sztuka – nowa religia

Urodził się 13 stycznia 1930 roku we Lwowie. Już w dzieciństwie, Romana pociągają ilustracje, kolorowe czasopisma. Ma 13 lat, gdy rodzice wysyłają go do lwowskiej Szkoły Przemysłu Artystycznego. Dla Cieślewicza nauka w prestiżowej szkole staje się szansą na zdobycie wykształcenia, a co za tym idzie, pieniędzy. Niepewne czasy szczególnie mocno dają się we znaki artystom.

Nic dziwnego, że trzy lata później, Roman, podejmuje pracę w opolskiej cementowni Groszowice. Praca, polegająca na mieszaniu cementu, jest ciężka i, w niczym nie przypomina zajęć, na których grafik uczył się technik malarskich i rysunkowych. Cieślewicz nie zamierza narzekać. W cementowni nie zabawia długo, rok później wznawia naukę w krakowskim Liceum Sztuk Plastycznych. Szkoła stanowi przepustkę do artystycznego świata, i – co za tym idzie – ułatwia dostanie się na upragnione studia. Cieślewicz szybko orientuje się, że sztuka jest nierozerwalnie związana ze słowem. Fascynuje go nowoczesny plakat, który w Polsce dopiero raczkuje. Za Wimem Wendersem, niemieckim reżyserem,powtarza: najważniejsze są obrazy.

To samo wpajają Cieślewiczowi wykładowcy Akademii Sztuk Pięknych. Zbigniew Pronaszko, Czesław Rzepiński, Mirosław Wejman czy Jerzy Karolak uczą młodego adepta sztuki, że życie artysty nie zawsze jest usłane różami. Cenna nauka przyda się zwłaszcza na początku kariery, Cieślewicz, jak tysiące absolwentów artystycznych kierunków, szuka dla siebie miejsca. Współpracuje, m.in. z Centralą Wynajmu Filmów, jednak marzą mu się nieco inne zlecenia.

Kariera Romana C.

Czasy, gdy cenieni malarze i graficy dostawali posady w Tygodniku Ilustrowanym, bezpowrotnie minęły. Teraz artyści sami walczą o byt, etat dostają najlepsi. Roman ma szczęście. Okładka magazynu, którą stworzył wspólnie z Wojciechem Zamecznikiem, Józefem Mroszczakiem i Hubertem Hilscherem, podoba się wydawcy Projektu, nowemu pismu w całości poświęconemu sztuce. Ciekawe pomysły sprawiają, że Cieślewicz wykonuje grafiki do miesięcznika Ty i ja, gdzie przez pewien czas piastuje nawet stanowisko dyrektora artystycznego. Od tej pory Cieślewicz dzieli czas między tworzenie ilustracji do magazynu Polska, katalogów Galerii Współczesnej w Warszawie. Współpracuje też z wydawnictwem Artystyczno – Graficznym. Jest wszędzie tam, gdzie dużo się dzieje. W 1957 roku Roman otrzymuje zaproszenie do udziału w Targach Lipskich. Dla młodego artysty wizyta w Niemczech staje się przełomowym wydarzeniem. Poznaje zagranicznych twórców, odwiedza, m.in. Moskwę i Pekin. Kilka lat później pojawia się na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Kariera grafika powoli nabiera rozpędu.

Wielki, nietuzinkowy artysta

W 1963 roku, 10 lat po śmierci Stalina, Cieślewicz wyjeżdża do Essen. Doskonale zdaje sobie sprawę, że w Polsce ma ograniczone możliwości. Podejmuje współpracę z wydawnictwem firmy Krupp, krótko wiąże się z marką Italsider, dla której wykonuje pięć dekoracyjnych paneli. Życie na walizkach może i jest ciekawe, ale Roman pranie osiąść gdzieś na stałe. Zostaje w Paryżu, gdzie współpracuje z różnymi magazynami. Czasopismom związanym z modą (Elle, Vogue), popularnonaukowym (VST), muzycznym (Musique en Jeu) i artystycznym (Opus International) narzuca własne pomysły. O dziwo, redaktorzy nie protestują, wiedzą, że Cieślewicz – legenda polskiej grafiki – przed laty współpracował z wieloma wydawnictwami. Przetworzone, zwielokrotnione detale stają się jego znakiem rozpoznawczym. Inspiruje go dawna, współczesna sztuka, przede wszystkim rosyjska awangarda lat 20., dzieła polskiego Bloku i op – artu. Takie są też plakaty jakie tworzy, wielokrotnie nagradzane. Tylko w 1964 roku, Cieślewicz otrzymuje szereg nagród i medali, na czele z Grand Prix na 2. Międzynarodowej Wystawie Plakatu Filmowego, Brązowym Medalem przyznanym za udział w konkursie na plakat 100 lat Toulouse – Lautreka. Wzruszony wyznaje: (…) Nigdy nie wyobrażałem sobie obrazu niezależnego od treści. Zawsze dążę do tego, żeby obraz był maksymalny i informacja była maksymalna. Trzeba działać na maksimum wyobraźni.

Tak też tworzy. Plakaty, m.in. dla merostwa Montreuil, gigantycznych ekspozycji w Centre Pompidou, Musée Picasso, są szeroko komentowane i podziwiane. To właśnie wtedy Cieślewicz tworzy kilka swoich najsłynniejszych plakatów, do których należą, np. Kamienne niebo, Proces, Ksiądz Marek, Manru, Amnesty International, Więzień, Avec l’enfant,Arrabal, Dziady, Liberte = Wolność i Roman Cieślewicz. Grafik dużo czasu spędza też w atelier, gdzie przygotowuje się do zajęć w Pracowni Form Wizualnych w paryskiej Arts Décoratifs. Cieślewicz: Moim marzeniem było robienie obrazów publicznych, żeby jak największa liczba ludzi mogła je zobaczyć. W związku z tym plakat – obraz uliczny – był dla mnie najważniejszy. Jeszcze przed akademią myślałem o plakacie. Wejść w ulicę. To jest szalenie ważne. Myśląc o różnorodności przedmiotów otaczających człowieka sądzę, że najważniejsze jest ogłoszenie.

Mimo życia na emigracji, artysta jest stale obecny w polskiej kulturze. Wspólnie z warszawskim Muzeum Literatury tworzy 70 rysunków Brunona Schulza i Portrety w dziele Stanisława Ignacego Witkiewicza.

Słowo „emerytura” nigdy nie gości w jego słowniku, Cieślewicz nie rozstaje się z ołówkiem i kartkami papieru, a za najlepsze miejsce do pracy uważa własną pracownię. Gdy pod koniec stycznia 1996 roku, Roman Cieślewicz, umiera w Paryżu, świat nie może uwierzyć, że stracił jedną z najjaśniejszych gwiazd grafiki 2. połowy XX wieku. Artysty, który współtworzył polską szkołę plakatu. Człowieka nietuzinkowego, którego dzieł nie można podrobić.

Reklama

Sinooki blady Ty

Autoteliczne wyznania to najgorszego rodzaju onanizmy intelektualne. Zapraszam zatem. Wewnątrz