Jak lęk przed lataniem wyniósł mnie ponad chmury

Julka Janicka

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Mam na imię Julka i jestem podobno świetnym dowodem na to, że najgorszy lęk da się przekuć w życiową pasję, a uporem i poświęceniem można osiągać nawet najtrudniejsze cele. 

Od 3 lat jestem pilotem samolotowym, z niewielkim doświadczeniem szybowcowym, aspirującym do zawodu pilota liniowego. Młoda stażem i nalotem w gronie lotników nie wyróżniam się szczególnie, jednak latanie i lotnictwo stanowi dla mnie niekończące się źródło przemyśleń, o których uwielbiam pisać i którymi chętnie się podzielę.

Moja droga do lotnictwa zaczęła się, jak na pilotów, dość standardowo: ziarnko fascynacji zostało we mnie zasiane już we wczesnym dzieciństwie. Uwielbiałam bawić się modelami samolotów i oglądać te prawdziwe. A jednak panicznie bałam się choćby zbliżyć do samolotu. Niknące w bezkresie nieba przerażały mnie jeszcze bardziej, niż widok statków na morzu, a ja nie mogłam zrozumieć, jak niemiłe musi być życie ludziom, którzy wybrali właśnie samolot jako środek transportu. Ataki na World Trade Center z 2001 roku potwierdziły moje natarczywe koszmary senne, w których samoloty wlatywały w budynki.

A jednak zachwyt i niezdiagnozowana wówczas tęsknota siedziały we mnie. Coś, co przerażało, jednocześnie kusiło. Mijanie lotnisk samochodem lub pociągiem zawsze było świętem, a lotnicze filmy fascynowały mnie najbardziej, choć głównie – jak na ironię – te katastroficzne. Trudno się dziwić, akurat takich powstaje najwięcej.

Jeszcze z 9 lat temu zarzekałam się, że nigdy w życiu nie wsiądę do niczego, co lata, choćby wymagał ode mnie tego przyszły zawód. Tymczasem, w wieku 24 lat, jestem u progu szkolenia do licencji zawodowej, a docelowo – liniowej, i rocznie wylatuję po kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. 

Tęsknota za wolnością i poruszaniem się w trzech wymiarach, zainspirowana głównie przez książki i filmy fantastyczne z udziałem smoków, została w końcu zidentyfikowana i okazała się tak silna, że zaczęłam zgłębiać temat. Chłonęłam publikacje tłumaczące głównie fizykę latania i procedury; te dwie dziedziny przekonały mnie, że latanie chyba jednak nie jest takie niebezpieczne. Teraz wiem, że przyswojenie choć odrobiny wiedzy teoretycznej pozwoli każdemu uwierzyć, że samolot ma prawo latać, bo stoją za tym bardzo proste prawa fizyki. Wcale nie spada na brzuch, gdy zgaśnie mu silnik, a skrzydła nie mają jak odpaść. Przed zderzeniami samolotów chroni kilka niezależnych systemów, a ludzie, którzy pilotują takie maszyny, posiadają wiedzę o wiele obszerniejszą, niż mieliby ochotę zgłębić, ale która czyni ich w pełni świadomymi i odpowiedzialnymi specjalistami. 

Po dwóch latach takiej własnej nauki odważyłam się wsiąść do samolotu po raz pierwszy. Lęk przed lataniem wyleczyłam dzięki rodzącej się, ale bardzo silnej, pasji. Spodobało mi się; zachciałam latać, możliwie jak najczęściej. Może będę miała pilotów w rodzinie lub wśród znajomych, i będę mogła z nimi podróżować? 

Długo dojrzewałam do myśli, że sama mogłabym zostać pilotem. Pierwotnie nie brałam tego pod uwagę, bo przecież to trudne, kosztowne, głównie dla facetów, i w ogóle jakieś fikcyjne… Gdy przekonałam się, że nie jest to niemożliwe, nie myślałam już o tym, że jest to trudne. Zachęcona wizją pięknego zawodu, a w konsekwencji – życia, po prostu parłam do przodu, gotowa płacić cenę w postaci pewnych poświęceń. 

Zawód pilota był moim pierwszym poważnym pomysłem na to, co chcę robić w życiu. Od tamtej pory trwam w poczuciu, że nie chciałabym pracować w dziedzinie w ogóle niezwiązanej z lotnictwem. Przyznaję, że wybrany przeze mnie zawód może jednak wymagać, bym raz na jakiś czas wsiadła do samolotu… A nawet jeśli na mojej drodze do kokpitu stanie jakaś przeszkoda – wiadomo, zdrowie może zaszwankować, pandemia uziemić, trudy szkoleń przerosnąć – tej pięknej dziedziny ludzkiej aktywności nie chciałabym nigdy porzucić.

Reklama