Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

„Michał, powinieneś więcej mówić na Instagramie” – taką radę dostałem od koleżanki. – „Albo przynajmniej pokazywać więcej swojego życia na InstaStories. Ludzie to lubią. Od razu ci followersi skoczą” skonkretyzowała, aby dać mi do zrozumienia, że chodzi o lajki.

Rzeczywiście na Instagramie wypowiadam się okazjonalnie, bo najzwyczajniej w świecie wybrałem słowo pisane i w tym czuję się najlepiej. Jeśli mam nagrać relację, w której użyczam swojego głosu albo pokazuję twarz, to nie ukrywam, ale kosztuje mnie to sporo czasu, a przede wszystkim nerwów. Zanim dojdzie do podjęcia decyzji, że to ten właściwy materiał nadający się do publikacji, to sporo nagrań muszę odklikać, aby przenieść je do kosza. 

Wydaje mi się, że moje życie nie jest aż tak interesujące, żeby pokazywać je nagrane w relacjach na Instagramie. Mooooże gdybym był gwiazdą reality show. Oni to mają życie pełne wrażeń, którym mogą dzielić się z innymi. Jeżdżą na Zanzibar, piją drogie alkohole i mają bogate życie uczuciowe. U mnie jest najzwyczajniejsza normalność, a jedyny związek w jakim jestem, to związek z dresem. Przez ostatni rok zbliżyliśmy się do siebie. Ale ja tą swoją normalność i swoje dresy lubię. Jeżeli chodzi o wyjścia, to najczęściej wychodzę na bazarek i do śmietnika. Bez telefonu. Moje podróże to głównie te metrem oraz tramwajowe, jeśli potrzebuję się przesiąść. Czekam na kuriera, chodzę do paczkomatu, piję kawę, robię pranie. Czyli nuda dla followersów. I bardzo często jestem w deadlinie, a to bardzo nieinstagramowy stan. 

Jednak koleżanka Agnieszka mocno skłoniła mnie do refleksji, więc zacząłem zastanawiać się, co mógłbym pokazać na Instagramie, tak, żeby mi „followersi skakali”. W górę oczywiście. Bo przypominam, że chodzi o zasięgi.

Mógłbym pokazać klatę. 

Gdybym ją miał. Rzeczywistość jest taka, że nie mam klaty, za to w okolicy brzucha oplata mnie wąż, czyli oponka, która jest konsekwencją spożywania hurtowych ilości drożdżówek, tiramisu i kajzerek (te polecam z masełkiem i solą ziołową). Wszystko to przez moją sąsiadkę, która jest piekarnio-cukiernią i nie mogę jej się oprzeć. Po każdej wizycie u niej, dostarczam sobie sporą ilość kalorii. Sąsiadka oczywiście poleca chleb fitness, ale przyznam się szczerze, że jeszcze nie było mi dane spróbować. 

Właśnie. Fitness. W mediach społecznościowych mógłbym pokazywać swoją walkę o formę. 

Gdybym o nią walczył. 

Prawda jest taka, że przez pandemię tyle razy zawieszałem i odwieszałem swój karnet do klubu sportowego, że pogubiłem się w tym, czy ja jeszcze do tego klubu należę. Mógłbym tam pójść, aby potrenować z trenerem, zrobić pompki, brzuszki i zwis na drążku, ale po pierwsze nie lubię, jak ktoś patrzy, gdy ćwiczę. Po drugie moja twarz podczas treningu nie wygląda dobrze. Nawet jeśli ją porządnie ofiltruję na Instagramie. Po trzecie mam obciachowe buty, a na sali treningowej trzeba mieć ładne obuwie, najlepiej z białą podeszwą. Więc fitness odpada. Ale umysłowo ćwiczę.

Jest jeszcze bieganie.

Mógłbym założyć słuchawki i pobiegać w lesie, ale z moim platfusem, to raczej parodia biegania. Zresztą jak myślę o bieganiu, to od razu odechciewa mi się biegać. 

Rower.

Mógłbym zabierać swoich followersów na rowerową przejażdżkę. Niestety ukradziono mi ten sprzęt z klatki schodowej. Z rowerów miejskich nie korzystam, bo tam nie działają hamulce. Naprawdę takie mam doświadczenia.

Joga.

Joga jest bardzo Instagramowa. Zwłaszcza jak ma się dopasowane do ciała legginsy. Ja zazwyczaj trenuję jogę leżąc w łóżku i w slipach. Moją ulubioną pozycją jest pozycja martwego ciała. Tylko problem jest taki, że po sesji jogi człowiek powinien poczuć się oczyszczony, wypoczęty i szczęśliwy. U mnie tak to nie działa. Zawsze po wyjściu z pozycji martwego ciała, jedyne co czuję to głód. Więc zaczynam ciepło myśleć o sąsiadce. I wtedy wiadomo: drożdżówki, tiramisu, kajzerki, masełko, sól ziołowa, kalorie.

Mógłbym na Instagramie dzielić się przepisami. Tylko mój problem jest taki, że nie gotuję. A jak już coś ugotuję to spalę (łącznie z garnkiem), przesolę, rozgotuję, popsuję i ostatecznie muszę zamawiać gotowca. 

Mógłbym pokazywać moje spotkania z przyjaciółmi, ale tym nie chciałbym się dzielić, zwłaszcza teraz, gdy zeszliśmy z Zooma i mamy okazję zobaczyć się na żywo i w końcu spędzić czas razem. To dobrodziejstwo.

Przypomniałem sobie, że mój ostatni, krótki wypad na Mazury idealnie nadawałby się do zrelacjonowania na Instagramie. Szkopuł w tym, że na środku jeziora i przy ognisku miałem bardzo słaby sygnał wi-fi.

I przyznam się Państwu i Tobie droga Agnieszko, że tak jest mi najlepiej. Bez sygnału. Bez zasięgu. Bez wi-fi. Z poplątanymi kablami od internetu. Offline. Prowadzę wtedy życie, które mam tylko dla siebie. Nawet jeśli ta moja codzienność jest szara, to jest moja. Prywatna. Nie muszę przenosić jej do internetu i wystawiać do oceny. 

 

Reklama