Blokada ruchu czy słowa?

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Po raz kolejny ulice Warszawy zostały zablokowane. Przez kogo tym razem? Nową wersję Extinction Rebellion – Youth, czyli w gruncie rzeczy zbiorowisko takich gret thunberg. Młodzi waleczni zablokowali jedną z ekspresowych dróg stolicy, czyli Wisłostradę. Oprócz banerów, aktywiści postanowili również przykleić się do ulicy. Tak! Niestety czy była to guma do żucia, czy butapren czy jego inny żużlowy odpowiednik – nie mam pojęcia.

Podobnie jak nie mam pojęcia, co będzie dalej z przyklejonymi – czy jest to jednocześnie strajk głodowy? Strajk do końca życia? Wyobraźcie sobie, na pomniku napisane mieć Alicja Wędołowska – dzielna aktywistka. Umarła za ideę, przyklejona super glue do ekspresówki. I zamiast kwiatów na marmurze, solidarni z Alą zostawiają tubki kleju – nieważne, że z plastiku, ważne, że nieśmiertelne, tak jak pamięć o Ali.

Jednak głównym przedmiotem dzisiejszych rozważań pozostaje pytanie Blokować czy nie blokować?
Z zapleczem bagaży emocjonalnych i politycznych nie będzie tak łatwo znaleźć odpowiedzi, bowiem, jak w przypadku reklamodawców, protestujący szukają oni niestandardowych form. Gromadzenie się na skwerze tłumnie, krzyczenie haseł przez kilka godzin w żaden sposób nie odciśnie się piętnem na rządzących. Ludzie pokrzyczą i im przejdzie przecież, a niegrzeczne dzieci czasem warto zwyczajnie zignorować. Nie dostaną atencji – znudzi im się. Prędzej czy później.

Jak krzyczeć, aby usłyszano i mówiono nieustannie. Często protesty kończą się wzmianką w kilku mediach (jakichś dzielnicowych czy czysto informacyjnych, bo wiecie, trzeba się wywiązać z odpowiedzialności). Zostając przy ER, pamiętne było zmienianie nazw ulic na takiej jak ul. Topniejących Lodowców, ul. Paneli Obywatelskich czy skwer im. Grety Thunberg, który pojawił się tuż przed siedzibą Ministerstwa Ochrony Środowiska. I rzeczywiście, uwaga została przyciągnięta, ale głównie osób zainteresowanych tematem. Choć proces sądowy też miał się odbyć. Pamiętacie o tym proteście? Albo o performansie, podczas którego kilka osób stało na szubienicy na topniejącej kostce lodu. Pomysł trafny, ale nie wystarczająco kontrowersyjny.

Czy pozostała nam więc blokada ulic? Niewątpliwie skutki strajków głodowych odbiją się wyłącznie na aktywistach. Jednak zgadzam się ze stwierdzeniem, że jest to sposób na rozzłoszczenie obywateli zatopionych w swojej codzienności. Zgadzam się również z tym, że można blokować osoby odpowiedzialne za nieodpowiedzialne decyzje, jednakże czasami, aby zdziałać więcej trzeba przewrócić świat do góry nogami. Wyjść, blokować (niecodziennie oczywiście), hałasować. 

Tym samym zdenerwowani zostaną obywatele (jest cień szansy, że na rząd, który sobie nie radzi), czyli prawie że całe społeczeństwo będzie poddenerwowane. Jednak najistotniejszą kwestią jest jednak pokojowe nastawienie protestujących – od agresji uciekają daleko. Jeżeli któryś z kierowców będzie spieszył się do szpitala lub na pogrzeb, z pewnością łańcuch zostanie przecięty, a osoba wypuszczona. 

W takim momentach, jednostki mogą sobie też przypomnieć, że codzienne sprawy nie powinny być aż tak istotne. Czy stanie się coś, jeżeli raz spóźnisz się do pracy przez niekorzystne warunki drogowe? Czy wykonanie podstawowych czynności ma większą wartość niż ratunek planety, a co za tym idzie całej ludzkości? No w sumie trochę. W końcu, te dokumenty trzeba poukładać chronologicznie.

Reklama

Sinooki blady Ty

Autoteliczne wyznania to najgorszego rodzaju onanizmy intelektualne. Zapraszam zatem. Wewnątrz