Wojciech Waglewski: Taniec i rozpacz

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wojciech Waglewski i jego VooVoo od samego początku poszukiwali, zmieniali się, zaglądali we wszystkie muzyczne kąty i próbowali czego się tylko dało. Z tej niestałości paradoksalnie wynurzyły się elementy stałe – niezmiennie wysoka jakość twórczości oraz nieprzerwanie świeże spojrzenie na otaczającą nas wszystkich rzeczywistość. O zmianach i o tym, co być może nastąpi „Za niebawem” opowiedział nam sam Wojciech Waglewski, lider VooVoo, gitarzysta, wokalista, kompozytor i autor tekstów, a jednocześnie jedna z najważniejszych postaci polskiej kultury i sztuki.

Kiedy zobaczyłem, że nowy album VooVoo nazywa się „Za niebawem”, poczułem się jakby ktoś mi groził: zobaczysz, już niedługo.

Z tytułami jest zawsze kłopot. Tym razem inicjatywę przejął mój manager, Pawełek Walicki, który to wymyślił. Tytuły piosenek i płyt spędzają mi sen z oczu, bo chciałbym, żeby coś ze sobą niosły, żeby było jakieś drugie dno. „Za niebawem” podoba mi się z paru powodów. Po pierwsze dlatego, że jest nie za bardzo po polsku, a ja lubię takie lekkie wyskoki. Wolę jak ktoś eksperymentuje z językiem polskim niż na przykład wprowadza elementy anglojęzyczne. W „Za niebawem” jest też rzeczywiście lekki niepokój, ale jest także pewna niedookreśloność. Uzmysłowiłem sobie, że „niebawem” oznacza krótszy odcinek, a „za niebawem” to jest jeszcze dłużej. Dokładnie to się sprawdza kiedy czekam na przelew. Ta druga odpowiedź powoduje zdecydowanie większy niepokój. Ale jest na tej płycie pewna nadzieja, że za niebawem wszystko, co przedstawiłem w niekorzystnym świetle, może się za sprawą naszych przemian duchowych odmienić.

Tytuł dotyczy jakiejś niesprecyzowanej przyszłości, ale poszczególne utwory i teksty dotyczą teraźniejszości. Opisałeś konkretne wydarzenia.

Tam jest też nadzieja na przyszłość wyrażona słowami, że „być może młodzi się obudzą i nie utoniemy wszyscy w zupie”. Album opowiada o pewnych przemianach, głównie w relacjach między ludźmi w okolicy, w której mieszkam. Poza tym część tych tekstów, które powstawały znacznie wcześniej, nabrały innego znaczenia w międzyczasie. Choćby singiel, który się pojawił akurat w dzień po ataku na prezydenta Gdańska. Od razu zdjęliśmy go z anteny. Nabrał zupełnie innego charakteru, choć nie jest tekstem politycznym. Mówi raczej o proteście przeciwko manipulowaniu naszymi umysłami i emocjami przez polityków i przez media. Generalnie jeśli chodzi o sferę tekstową, to poprzednia płyta była albumem pogodzonego z rzeczywistością emeryta, który przysiadł na chwilę na ławeczce i się zadumał. Nowa płyta jest jej przeciwieństwem. Jestem już w wieku, w którym włącza się alarm kiedy wychodzę z muzeum. Ja jednak zdecydowałem się podjąć decyzję, aby owo muzeum opuścić, uciekając przed strażą oczywiście.

Z tą nadzieją chyba nie jest do końca tak jak powiedziałeś, bo sam napisałeś, że ci młodzi się być może obudzą, a nie że na pewno.

Jestem człowiekiem 66-letnim, mniej więcej co 10 lat przeżywam okres wzmożonej nadziei na jakieś ochłonięcie, bardziej racjonalne spojrzenie na to, co się dzieje. I te nadzieje niestety bywają płonne. Daleki jestem od rewolucyjnych przesłań, o co ma do mnie pretensje część młodych odbiorców. Taką dyskusję, bardzo interesującą skądinąd, przeprowadziłem na Facebooku. 66-letni rewolucjonista jest równie atrakcyjny jak człowiek, który uprawia w tym wieku striptiz. I daleki też jestem od hurraoptymizmu, bo to też nie jest mądre. Zresztą te wszystkie wątki zjednoczeniowe istnieją od początku twórczości VooVoo. W zasadzie nie ma nic nowego, cały czas jest jakaś nadzieja, że my jako mieszkańcy kraju totalnie rozbitego przez rozbiory, wojnę, a w tej chwili w moim przekonaniu przede wszystkim przez system medialny, który trzepie kasę na naszych wewnętrznych animozjach, że my się jakoś ogarniemy, zaczniemy się przysłuchiwać temu, co się z nami wyprawia, przestaniemy się temu bezwolnie poddawać.

Wspomniałeś o dyskusji o tym, że niektórzy wymagają od ciebie, od VooVoo, abyś brał na siebie tę rewolucję i jej głoszenie. Czy tobie nie jest łatwo odbić piłeczki, że to właśnie oni, młodzi, powinni to robić?

Tak mi się wydaje. Ja w zasadzie nie mam żadnych obowiązków, jestem z nich w tej chwili zupełnie zwolniony. Myślę sobie, że na całym świecie powstaje niewiele ciekawych artystycznie płyt, nagranych przez ludzi po 60-tce. Powstają płyty, które nie są płytami autorskimi. Sting od paru lat nagrywa rzeczy, które mu pozwalają grać fajne koncerty, ale delikatnie mówiąc dość mało rewolucyjne. One są miłe, fajne, dobrze się przy tym pije winko i świetnie mu się gra, ale nikt się nie spodziewa tego, że Sting wywróci świat do góry nogami. Billy Joel zakończył pracę twórczą mając 58 lat, zrezygnował z nagrywania płyt i gra tylko koncerty. Paul Simon zakończył karierę twórczą w zeszłym roku. Wielu artystów, zwłaszcza w tym wieku, nagrywa płyty nie po to by się ścigać, umieścić jakiś utwór na liście przebojów, tylko z konkretnych powodów. Pomijając merkantylne, typu kontrakt płytowy, co nas akurat nie dotyczy. Głównym powodem, dla którego wchodzimy do studia, jest urozmaicenie repertuaru koncertowego. Poprzednia płyta była bardzo spokojna, bardzo minimalna, tutaj natomiast chcieliśmy dodać troszkę nerwu, tempa, w związku z tym teksty są nieco bardziej nerwowe. To jedyny wymóg. Nie spodziewam się, że ktoś mógłby oczekiwać od nas przesłania czy motywacji do działania. Raczej refleksji.

Mówisz, że nie masz właściwie żadnych obowiązków i nikt nie powinien oczekiwać rewolucyjnego przesłania, jednocześnie wskazałeś artystów, którzy nagrywają albumy właśnie z powodów często merkantylnych.

Nie nagrywałem płyt, które miały charakter manifestów. Bob Dylan, genialny człowiek, nagrał płytę w późnym wieku, moim zdaniem jedną z najlepszych. To fantastyczny kawałek poezji, nie wzywa do niczego, nie ma historii związanych z przemianami społecznymi. To jest po prostu pięknie napisany kawał narracyjnych opowieści. Ten motyw pisania związanego z problemami doczesnymi gdzieś musi się kiedyś wyczerpać. Ja jestem w wieku, który mnie uprawnia i upoważnia do refleksji. Jestem w takim momencie pracy zawodowej, że on mi nakazuje nagrywać płyty dobre w sensie warsztatowym, co wcale nie znaczy, że muszą wywracać świat do góry nogami. Ale nie mogę zaprezentować płyty, która zejdzie z pewnego poziomu. Najważniejsze dla nas jest to, ze kontynuujemy i ciągle rozwijamy nasz język muzyczny. Tak zresztą postępowali wszyscy wielcy artyści. Od Milesa Davisa począwszy na Rolling Stonesach kończąc.

Czyli jednak są obowiązki.

Są obowiązki wewnętrzne. To nie są obowiązki związane z tym, że jestem związany kontraktem płytowym, z tym, że musi być jakiś czas antenowy, żeby był hit, z walką o Fryderyki, pozycję na rynku itp. Tym obowiązkiem dla mnie jest żeby ten zespół utrzymać, bo to jest najfantastyczniejsza rzecz w moim życiu. Są tu rewelacyjni muzycy i moim obowiązkiem jest zapalanie rozpałki pod ogniem, żeby ten ogień wybuchł i koledzy chcieli ze mną grać.

A oczekiwania odbiorców? Czy one nie tworzą jakiegoś obowiązku?

Tak, oczywiście. Dorobiliśmy się fantastycznych fanów, mamy z nimi dosyć bliski kontakt. Co więcej, oni spodziewają się, że kolejna płyta będzie taka, jakiej się nie spodziewali! To wysoko powieszona poprzeczka, bo poza wszystkim staram się, aby nikt nie odnosił wrażenia, że ja odcinam od czegoś kupony. Na każdej płycie jest coś, co już kiedyś było, ale cały przebieg narracji, układ koncertu, forma plastyczna, to będzie jednak coś innego. Myślę, że nasi fani mieliby do nas pretensje gdybyśmy nagrywali płyty zbliżone do poprzednich. W muzyce rozrywkowej ludzie się przyzwyczajają do tego, co zespół zaprezentował na płycie parę lat temu. Odnoszę jednak wrażenie, że od pojęcia „fan” bardzo blisko do fanatyzmu. My się wywodzimy z filozofii jazzowej albo z początku rock’n’rolla, z muzyki improwizowanej. Polska scena jazzowa była wybitna, o czym wiedzieli rockmani, więc do niej dołączali. To spowodowało, że stworzyliśmy własny, potężny głos w świecie muzyki i ja się tego trzymam. Chcę być spadkobiercą twórczości nie tyle Rolling Stonesów czy Cave’a, co Niemena, Breakoutów. Z racji tego, że miałem nikły kontakt ze światem, to, co się działo w Polsce, wydawało mi się najbliższe, ale jednocześnie najoryginalniejsze i stanowiło wartość dodaną do kultury światowej.

W zasadzie od samego początku VooVoo stało w rozkroku między muzyką poszukującą, a przystępną, która potrafiła się podobać również przy mniej aktywnym odbiorze.

Ta muzyka bardzo zyskuje na żywo, bo jesteśmy zwierzętami koncertowymi. To co wyprawia na scenie Mateusz jest niewiarygodne. Myślę, że publiczności ciężko byłoby się oprzeć nawet najtrudniejszym naszym harcom z pogranicza free jazzu dzięki wspólnej energii, którą wytwarzamy. Umiem napisać piosenkę, która się państwu spodoba, parę takich zresztą napisałem, ale najczęściej dla innych artystów: dla Maleńczuka, dla Marysi Peszek… VooVoo starałem się chronić przed oczywistością, bo piosenka która ma być przebojem opiera się na pewnych schematach. W VooVoo staraliśmy się tego unikać, co nie zmienia faktu, że parę piosenek zaistniało w szerszym obiegu. Natomiast naszym największym, jak się okazało po latach, przebojem stała się piosenka „Gdybym”, która w konstrukcji jest antyprzebojem, ma 7 minut i jest wynikiem naszego muzycznego spotkania z największym głosem świata – Alimem Qasimovem i jego córką Farganą. Wracając do słuchaczy i naszych odbiorców: to to wielkie szczęście ze potrafią to docenić. To dla mnie chyba największy sukces w historii VooVoo.

A gdyby następna płyta VooVoo zawierała 10 radiowych hitów, ale w stylu VooVoo – czy to by nie było coś, co po raz kolejny zaskoczy słuchaczy?

Na 20-lecie zrobiliśmy 20 nowych piosenek, takich 2-3 minutowych. Nosimy się z zamiarem zrobienia czegoś podobnego z moimi synami. Chcemy podejść do trzeciej płyty i chcemy, żeby się składała z dobrych piosenek od początku do końca, żeby wyeliminować elementy instrumentalne bądź je ograniczyć. Nie chcę jednak mylić kompetencji: VooVoo nadal będzie zespołem, który będzie drążyć sferę instrumentalną, który pozwoli muzykom improwizować, pogmerać w nowych rejonach harmonicznych, skalowych. VooVoo to bardziej laboratorium niż maszynka do pisania przebojów.

Jak to się stało, że na przestrzeni tylu lat VooVoo stało się tak naprawdę jednym z niewielu aktywnych zespołów, którzy w dalszym ciągu łączą scenę rockową z poszukującą, jazzową, czasami folkową? Kiedyś takich artystów było więcej.

W przeciwieństwie do większości wywiadów udzielanych przez moich kolegów i koleżanki z branży, zawsze, do śmierci będę opowiadał o Ewie Demarczyk, Tomku Stańko, Czesławie Niemenie, bo to są moje korzenie, to jest moja historia, to jest moja kultura. W konsekwencji jesteśmy, mam nadzieję, kontynuatorami poszukiwań indywidualności w sztuce, a nie utożsamiania się z ogólnie obowiązującymi trendami…

A jak się nie jest na antenach to się nie zarabia i nie ma się z czego żyć.

Trzeba dłużej poczekać, czasem parę, czasem kilkanaście lat, i taki moment bezpieczeństwa materialnego przychodzi, bo indywidualność zawsze będzie w cenie i czas nie jest tak surowy jak dla rzeczy tworzonych pod wpływem owych trendów.

Poprzednia płyta „7” oraz najnowsza, dwudziesta siódma w waszej dyskografii, to płyty kompletnie różne.

I tak i nie. Jest utwór „Niespiesznie”, który zaczyna „Za niebawem”, i który jest naturalną konsekwencją „7”. Spokojnie mógłby się na niej znaleźć.

Ale to wyjątek.

Nie do końca. Do czterech utworów doczepione są końcówki, które w wersji koncertowej będą wybrzmiewały „siódemkowo”, bo „7” jest płytą, którą od lat grało nam się najlepiej. Nie chcemy tego tracić. Co więcej – graliśmy koncerty, na których łączyliśmy te dwa światy. Bronię tezy, że wynika to z pewnej konsekwencji. Postanowiłem ożywić ten skupiony klimat „siódemkowy”, rytmiką. To się stało w sposób dość spektakularny, bo nie słyszałem, żeby ktoś zrobił zabieg polegający na tym, że cztery pierwsze utwory, czyli około 20 minut muzyki, są w tym samym tempie. Wyobrażam sobie, że może się przy tym zdarzyć coś fizjologicznego wręcz, że to tempo, mimo różnych rytmów, spowoduje, że człowiek odruchowo, mantrowo, przez te 20 minut wpadnie podświadomie w  puls, który „przytrzyma” go do końca koncertu

To ja już mogę wyjaśnić, że ja właśnie w taki wpadłem.

To fajnie. To właśnie ruch, który był zaplanowany, koncepcja, którą chcieliśmy sprawdzić. Po to było zainstalowanie samplera perkusyjnego, żeby on nas podporządkował. Wszedłem ci brutalnie w zdanie, bo chciałeś mnie przekonać, że to jest zupełnie inaczej niż na „7”. Chciałem tylko powiedzieć, że dla mnie nie.

To już znamy części wspólne, ale różnice też są.

Muszą być, bo płyta nazywałaby się „7+”.

W przeciwieństwie do „7” nowy album nie ma ogólnego konceptu. A może się mylę? Czy komentowanie rzeczywistości może być konceptem?

Jeśli będziesz ją na przykład odczytywał jako opis pewnej ulicy z pewnego miejsca, to tak, bo zaczyna się od patrzenia przez okno, poprzez ludzi, których spotykam na ulicy, przez całe życie balkonowe. W ostatniej chwili napisałem puentę dowiedziawszy się o tym, że na trasie kolei podhalańskich można się wyspowiadać w pociągu – to jest oczywiście wyrwane z konwencji albumu koncepcyjnego. Nie do końca wiem zresztą na czym koncepcyjność albumów ma polegać. Jedno wiem: piszę płytę trochę jak książkę. Dla mnie utwory są poszczególnymi rozdziałami, chociaż to nie musi być zasada, to nie musi być stylistycznie spójne, trzeba zostawić słuchaczowi jakąś dowolność. Może to więc być płyta koncepcyjna, może nie być, na pewno nie w takim stopniu jak „7”, bo ona opowiadała konkretnie o tygodniu.

Teraz zdałem sobie sprawę, że mając teksty przed sobą można się w nich doszukać pewnej fabularności. Widać podmiot liryczny, który chodzi ulicą, odpala papierosy, żeby nie gadać aż tyle, zagląda do okien i zadaje sobie pod koniec jedno pytanie. A że lubię zadawać artystom pytania, które oni stawiają na płytach, to powiedz: gdzie ci hipisi?

Właśnie, dzieci kwiaty… To smutny tekst z tej płyty, o upadku pewnej idei, tej floty zjednoczonych sił. Brakuje nam takiego poczucia wspólnotowości, a że mamy na nią chrapkę świadczą coroczne festiwale Jurka Owsiaka.

Fascynuje nas przemoc.

Tak, nie dość, że nas to kręci, to kręci to media. Media zapraszają ludzi głównie po to, żeby całe swoje chamstwo, buractwo, prostactwo, niechęć do innego wylać na ekran. To zapewnia słupki oglądalności. Ja jestem z pokolenia, w którym się z agresją walczyło tym symbolicznym goździkiem wkładanym w lufę pistoletu. I tak sobie w naiwności swojej ten świat chciałem budować. Ale taki świat można budować i teraz. Mam dom na wsi, gdzie ludzie są mili, mówią „dzień dobry”, uśmiechają się do siebie, mówią do mnie „Panie Wojtku, pan już jest w połowie nasz”. W Warszawie żyjemy sobie obok siebie.

Może ci hipisi gdzieś są?

Oni są w każdym z nas.


Reklama

Ja mam długie włosy.

Ja swoje oddałem w leasing, ale mam nadzieję, że każdy woli przebywać w towarzystwie, które lubi, w którym się dobrze czuje, w którym się wszyscy czują fajnie. Ale na takiej zasadzie, że mówią sobie coś miłego i się czują fajnie, a nie obrabiają tył komuś, komu lepiej poszło w życiu, żeby się poczuć dobrze. To jest słabe i destrukcyjne. Ta cała hipika polegała też na tym, że posiadanie było obciachem. Obnoszenie się z marką ubrania, samochodem na przełomie lat 60-tych i 70-tych to był wstyd. A w tej chwili jest zupełnie odwrotnie. Celebryci robią ustawki, pokazują swoje ubrania, auta, mieszkania. W związku z tym ścigamy się od najmłodszych lat, kto ma więcej i jeszcze więcej. Na sztukę i na miłość pozostaje margines naszego życia. A do tego wszystkiego wkurzamy się na tych, którzy mają więcej i to jest głównym motywem naszego działania, co wylewa się szambem na różnych forach internetowych.

W takim razie jak myślisz, ilu ludzi wkurzasz?

To mnie w ogóle nie interesuje, ale myślę, że jestem człowiekiem spełnionym, co oczywiście nie wszystkim jest miłe.

Wtedy pojawiają się szpileczki.

No tak, czasem oczywiście dotyczą też rodziny i moich uzdolnionych, ale całkowicie samodzielnie układających sobie karierę synów, ale widać tak jesteśmy skonstruowani. Wybrałem akurat taki zawód, a ktoś to musi robić.

W takim razie, kiedy pomysłodawcy tej spowiedzi w pociągu usłyszą piosenkę „Z ostatniej chwili”, której tekstem stała się krótka fraszka na ten temat, to nie będą wkurzeni?

Nie ma w niej jednoznaczności. Jest przemycona myśl, że z tą komercjalizacją Kościoła chyba nie jest fajnie. Tam mój stosunek do tego, w jaką stronę ewoluuje Kościół, jest chyba dosyć jednoznaczny, pewnie też mnie ktoś za to kopnie. Już mnie kojarzą z Agorą, więc na pewno będę funkcjonował jako zwolennik Platformy, totalnej opozycji, przeciwnik Kościoła i tak dalej. Na brak umiejętności kojarzenia faktów i zwykłej roztropności nic nie poradzę. Zobacz, co się dzieje z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Jurek Owsiak to naprawdę zuch. Od 2012 roku jest atakowany przez jednego faceta, który ma zapewne jakiś powód związany ze skomplikowaną osobowością i brakiem akceptacji przez otoczenie, a może i siebie samego albo jeszcze gorzej. Aby przez ten czas rok w rok atakować Jurka kłamstwami, przegrywać procesy, płacić za to pieniądze, ale co w tym wszystkim najgorsze – cieszyć się z tego powodu na szczęście niezbyt licznym, ale jednak wsparciem niektórych mediów i polityków, którzy nadają mu status człowieka odważnego, jednocześnie podnosząc kłamstwo do rangi cnoty. A część z nas, mimo to, że Orkiestra w przeciwieństwie do podupadającej służby zdrowia cały czas dba o kondycję naszych dzieci, ale też i dziadków, daje się wpuścić w te maniakalne ataki, które na samym końcu są aktami samobójczymi. Pod tym względem jesteśmy jedyni tacy.

Jak się wchodzi do tego rock’n’rolla to już na samym początku, na etapie garażu, trzeba być przygotowanym na to, że się jakieś ciosy zbierze. To dotyczy tak samo ciebie, jak i Jurka Owsiaka.

Każdy, który wchodzi w jakieś życie, o którym będzie wiedziało więcej niż pięć osób, jest już narażony na to, że trzy z nich najchętniej podstawią mu nogę, a pozostałe dwie pomogą wtedy, gdy będą miały z tego jakąś korzyść. Tak jesteśmy skonstruowani, jakbyśmy przyjęli sobie historię Janosika do połowy: wiemy, że Janosik zabierał i chcielibyśmy zabrać wszystkim, którzy mają od nas więcej pieniędzy, talentu itp. Przy czym Janosik jeszcze rzekomo to rozdawał biednym, ale nas to rozdanie już nie interesuje. Chodzi tylko o to, żeby ktoś nie miał więcej od nas. Na takiej konstrukcji buduje się cała potęga mediów, polityki. To jest dosyć smutne.

Na sam koniec wróćmy do pogodniejszych tematów.

Do muzyki.

I tekstów. Na „7” można było odczytać cały tydzień Wojtka Waglewskiego. O fabularności „Za niebawem” też już rozmawialiśmy. Gdyby te płyty złożyć w jedną, można by wyczytać teraźniejszość Wojtka Waglewskiego.

Albo jak ona się zmienia. To są tylko piosenki. Biografię można sobie kupić. Obie płyty są opowieścią o pewnych przemianach. Na „7”, niby tej spokojniejszej płycie, jest też „Sobota”, która mówi o czekaniu, o tym, że coś się w powietrzu kroi słabego. To jest historia o pewnych lękach związanych ze zmianami, o hipisach, o tym co dzieje się na ulicy, ale też o tym, że jest i fajnie, że życie balkonowe jest fajne. Biografia to może za dużo powiedziane, ale taki wycinek.

Śpiewasz: „Na podwórku jasno, na balkonach kwitnie życie, bywa głośno i ciasno, aż do bladego świtu”. W tej samej piosence jest o tym, że jej bohaterowie bawią się, rozmawiają, „dobrze, że minęła pora na szacunek dla telewizora”. To mi się skojarzyło z wieloma moimi rozmowami z artystami, którzy pamiętali czasy komunizmu i wspominali je z sentymentem. Wiem, że u ciebie tak nie jest.

Skojarzenia z czasami komunizmu narzucają się same w sobie, bo momentami czuję, jakby coś z nich wracało. A była to dla mnie o wiele za długo trwająca czarna dziura, w której się trzeba było jakoś rozpaczliwie urządzić. 89-ty rok był dla mnie całkowitym zaskoczeniem i kiedy widzę resentymenty – w sensie estetycznym i propagandowym, mentalnym – to jest mi zwyczajnie przykro, bo odbije się to na zdrowiu moich dzieci i wnuków. Ja znalazłem sobie taką niszę, która też nieco przypomina mój niestety bierny opór wobec komunizmu, czyli niszę estetyczną. Staram się robić rzeczy w moim pojęciu ładne i wartościowe, i na szczęście parę osób to pojęcie podziela.

W jednym z utworów na „Za niebawem” pojawia się 27-osobowy zespół perkusyjny i robi się trochę latino. To dość specyficzne, że o tych ważnych rzeczach śpiewasz do muzyki, która jest momentami bardzo taneczna.

Najbardziej politycznie czy społecznie zaangażowanym muzykantem wszech czasów był Bob Marley. Wszystko co śpiewał było bardzo taneczne, więc taniec niekoniecznie musi oznaczać radość. Są kultury, w których tańczy się na pogrzebach. Taniec miewa wymiar rozpaczy. Taniec stanowi remedium na wszystkie kłopoty duszy i umysłu, ponieważ w tańcu można unieść się w powietrze. To jest dla mnie rytualny komentarz rzeczywistości (przypomnijcie sobie państwo taniec Cybulskiego w filmie Salto – Tadeusza Konwickiego).

 

fot.: Monika Szałek

Reklama