Zdrowy rozsądek to już rasizm, czy tylko słusznie miniona epoka?

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zupełnie niedawno, brytyjska aktorka Karla Marie Sweet napisała na swoim Twetterze:

„W tym kraju jest tylu świetnych aktorów o kolorze skóry innym niż biały, którzy byliby świetni w „Czarnobylu”. Chyba jestem po prostu zawiedziona, że kolejny hitowy serial z potężną obsadą udaje, że ludzie o różnym kolorze skóry nie istnieją.”

Wpis ten spotkał się głównie z krytyką. Trudno było zrozumieć, o co tak na prawdę pani aktorce chodzi. Teraz, przy okazji nowej produkcji Channel 5 „Anna Boleyn” dyskusja o granicach poprawności politycznej rozgorzała na nowo. Słusznie, czy nie słusznie? 

No to teraz ja.

Radykalizm czy fałsz, nie jest tylko domeną brunatnej prawicy. Niestety, potrafi też być czerwony, zielony, a nawet tęczowy. A kłamstwo na samym końcu, obraca się przeciwko tym, którzy po nie sięgają, nawet w słusznej sprawie. I najwspanialsze idee zawalą się, jeśli oparte są na lichych fundamentach. 

Tak jak wielki wódz i wojownik Zulus Czaka, od którego brali po dupie Brytyjczycy (uwielbiam gościa), nie był jasnowłosym Skandynawem, tak Anna Boleyn, druga żona króla Henryka VIII Tudora nie pochodziła z Afryki. 

Ktoś powie, że na przykład taki „Tron we krwi”, japoński film z 1957 był adaptacją „Makbeta” Williama Shakespeare’a, który przecież widział swoich bohaterów przez pryzmat sobie współczesnych Anglików. No tak, ale Kurosawa przeniósł angielską sztukę ze Szkocji do piętnastowiecznej Japonii, a główny bohater – samuraj Washizu – grany był przez Toshirō Mifune, a nie przez Gregory Pecka. 

A co z filmami z gatunku fantasy, gdzie mamy do czynienia z postaciami niemającymi swych odpowiedników nie tylko w historii, ale w ogóle w świecie realnym? Wszystko jest zmyślone – czas, miejsce, superbohaterowie. I tu oczywiście nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Nawet nordycki bóg Heimdall grany przez Idrisa Elba’e, jest w historiach Marvela dla mnie czymś naturalnym, pozbawionym kontrowersji i po prostu świetnym. A tak na marginesie. W „Czarnej panterze” kolejnym filmie z uniwersum „Avengers”, króla Wakandy – mitycznego super państwa afrykańskiego – grał nieżyjący już czarnoskóry aktor Chadwick Boseman, bo było to oczywiste i jednoznaczne dla zachowania wiarygodności nawet fikcyjnej postaci. Nikomu do łba by nie strzeliło, aby obsadzić w tej roli Ryan’a Goslinga. 

Może to kwestia wieku, może przykładam zbyt dużo wagi do historycznych detali? Może to tylko film, a Jodie Turner-Smith, jest po prostu kolejną aktorką wcielającą się w postać nieszczęsnej żony Henryka VIII. Może. Ale ja, jeśli pozwolicie, będę stał jednak na stanowisku, że tolerancji i szacunku, nie zbuduje się na radykalizmie, kłamstwie i ignorancji. Wręcz przeciwnie, takie zabiegi wywołują u mnie uczucie nachalnej indoktrynacji, która jest zupełnie zbędna. Karykatura idei, jak karykatura portretu – zaczyna się zawsze od przedobrzenia. 

Ps. John Wayne grający Genghis Khana też do mnie nie przemawia. 

Reklama

Sinooki blady Ty

Autoteliczne wyznania to najgorszego rodzaju onanizmy intelektualne. Zapraszam zatem. Wewnątrz