Jak zabiłam w sobie studentkę – wywiad z Jagodą Szelc, reżyserką filmu “Monument”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Dawid Dróżdż: Ciężko było zrobić film po sukcesie „Wieży. Jasny dzień”?

Jagoda Szelc: Straszono mnie drugim filmem, ludzie zaczęli mówić kim jestem. Nie można jednak ferować wyroków na temat nikogo. Każdy kolejny film robi się od zera. Powiedziałam sobie, że jeśli ktoś ma mnie przekreślić, to niech zrobi to jak najszybciej. Cieszyłam się, że mogę szybko wrócić na plan zdjęciowy, ponieważ dzięki „Monumentowi” mogłam zweryfikować pragnienia na mój temat.

Jak wyszła ta weryfikacja?

Świetnie. Pokonałam swoje lęki warsztatowe, poznałam wielu fantastycznych ludzi, nauczyłam się lepiej komunikować, znów uczyłam się prowadzić aktorów. Po zakończeniu filmu wszystko to, co mogłam wzięłam dla siebie. Nikt już tego mi nie zabierze. Opinia innych niespecjalnie mnie interesuje, nie jestem kimś od podobania się lub niepodobania.

Monument” jest filmem złożonym z kilku epizodów, w których poznajemy studentów hotelarstwa, odbywających praktyki w dość przerażającym hotelu na odludziu. Fakt, że jest to dyplom aktorski spowodował, że postanowiłaś obsadzić kilkunastu aktorów w równie ważnych rolach. To było dla ciebie duże wyzwanie?

Scenariuszowo to było jedno z naszych ograniczeń, ale ramy są dobre, ponieważ ich brak wprowadza ryzyko, że się pogubisz. Nie bałam się współpracy z aktorami, ponieważ traktowałam ich jak artystów, a jeśli traktujesz kogoś jak artystę to się nim staje. Naszą motywacją podczas realizowania „Monumentu” było zabicie w sobie studenta i zamknięcie etapu studiów. Dlatego lubimy mówić, że ten film wyszedł nam przy okazji.

 
Reklama

Obserwując tych młodych artystów sądzisz, że dzięki temu filmowi postawili swój monument zbudowany ze świadomie ukształtowanej osobowości oraz tożsamości artystycznej?

Myślę, że zrozumieli, że w życiu mamy tylko postument i kiedy coś na nim stawiamy, to tylko na chwilę mamy wrażenie, że staje się to ważne, monumentalne. W każdej chwili jest to jednak poddawane weryfikacji. Postument jest bazą do wykonywania tego przedziwnego zawodu, tym wszystkim co mamy w sobie. Monument jest ich kolejnym doświadczeniem. Jeśli będą chcieli się rozwijać i postawić na postumencie coś nowego, ale po jakimś czasie to ściągnąć, to zawsze będą w swoim zawodzie szczęśliwi.

Powiedziałaś, że „Monument” jest dla was zamknięciem etapu studiów. W tym celu znowu w swoim filmie alegoryzujesz śmierć.

Śmierć można różnie definiować, w związku z czym możemy za jej pomocą opowiadać o wielu rzeczach, także rozumianych niedosłownie. Nie umiemy zamykać pewnych etapów w życiu, a to bardzo ważna umiejętność. Mówi się, że depresja jest dezintegracją w celu zintegrowania nowego „ja”. Problem pojawia się wtedy, gdy ten stan utrzymuje się zbyt długo, a może być to wynikiem niedomknięcia jakiegoś etapu w swoim życiu. Śmierć interesuje mnie także, ponieważ jest wielką tajemnicą.

Tym słowem można by opisać oba twoje dotychczasowe filmy. Ale dlaczego właśnie tajemnica cię tak fascynuje?

Bo jest naturalną składową rzeczywistości. Poza tym, w przeciwieństwie do wielu słów, które definiujemy inaczej ze względu na różnice kulturowe czy narodowościowe, tajemnicę rozumiemy wszyscy tak samo, a więc jako coś czego nie wiemy. Nauka stara się odkrywać wszystkie tajemnice, ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że pewnych odpowiedzi na szczęście nigdy nie otrzymamy. Na szczęście, ponieważ tajemnica jest postumentem pod duchowość.

 
Reklama

Z drugiej strony uciekasz od immersyjnej formy kina. Nie pozwalasz widzom wchłonąć w historię, aby lepiej poczuli atmosferę tej tajemniczości.

Myślę, że niemożliwe jest oszukanie widza, że jest w środku filmu. Chcę, żeby uwierzył w kino, ale niekoniecznie w historię. Lubię obnażać, że film jest tylko maszyną, która ma w nas coś wywoływać. Stąd np. scena, w której bohaterki rozmawiają bezpośrednio o widzach, mówią o nich, że „nie są gotowi jeszcze na tę pieśń”.

Jesteś bezkompromisowa w swojej postawie artystycznej. Czy tę cechę ukształtowała w tobie szkoła?

Od zawsze miałam tendencję do tego, żeby podawać wszystko w wątpliwość i miałam problem z autorytetami. Szkoła ma taką siłę, że potrafi zgnieść. Bardzo łatwo ulec świetnym wykładowcom, którzy są silnymi osobowościami. Na końcu jednak sam musisz być sobie mistrzem i robić kino, które jest twoje. Mariusz Grzegorzek zawsze nam powtarzał, że nieważne czy film jest udany, tylko ważne czy wyszedł ze zdrowego korzenia autorskiego.

Podchodzisz do kina z dużym dystansem. Z twojego punktu widzenia powinno ono być wyzwaniem intelektualnym, a nie emocjonalnym. Co z jego sprawczością?

Wierzę w sprawczość myśli widza, która idzie za filmem. Taki rodzaj myśli możemy mieć wszędzie, ale film ma to do siebie, że cię terroryzuje czasem i miejscem. Różne znaki otrzymujemy każdego dnia na ulicy, ale je przeoczamy. Trudniej za to coś przeoczyć podczas seansu filmu.

 
Reklama

Dla mnie jednak w tym tzw. zawodzie najważniejsze jest to, co sama z niego wynoszę, ile mogę nauczyć się podczas tego procesu. Gdyby ktoś dawał mi pieniądze na filmy, ale powiedział, że nie mogę ich nikomu pokazywać, to i tak bym je robiła.

Co w takim razie najważniejszego wzięłaś z „Monumentu”?

Wiele znów nauczyłam się o budowaniu zespołu, o dynamice zachodzącej wewnątrz grupy i komunikacji. To bardzo ważne, bo bezpośrednio przekłada się na życie prywatne. Sposób komunikowania się z różnymi ludźmi jest bardzo ważną i trudną umiejętnością. Mnie nie imponuje, że ktoś umie zagrać Chopina, ale imponuje mi, jeśli z sukcesem potrafi mediować między dwiema osobami. Dowiedziałam się także trochę o swojej arogancji. Na moim planie jest fantastyczna atmosfera, ale ja też popełniam błędy i zdarza mi się stracić uwagę na drugiego człowieka.

Poza tym, z każdą konkretną historią wiązały się intymne przeżycia. Na przykład podczas pracy nad jedną ze scen dużo rozmawiałam z aktorkami na temat przemocy seksualnej. Pootwierało się w nas wiele rzeczy.

To nie jest najłatwiejszy temat. Skąd wzięła się w tobie potrzeba, aby go poruszyć?

W pewnym momencie swojego życia czułam, że cały czas jestem poddawana opresji seksualnej ze strony mężczyzn. Ciągle ktoś mnie oceniał, próbował podsumowywać albo starał się podejmować za mnie decyzje, co z góry ustala relację władzy. To się w psychologii nazywa – relacja pochyła. Wiele kobiet nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że średnio dwadzieścia razy dziennie spotyka się z mikroagresją, którą jest np. mówienie nam żebyśmy były uśmiechnięte. To jednak zdarza się wszędzie. Pamiętam jak w telewizji publicznej ktoś nazwał mnie „dwudziestoparoletnią dziewczynką”. Po pierwsze byłam już wtedy po trzydziestce, a nazywanie mnie dziewczynką sprawia, że jestem osobą wygodniejszą do opisu.

 
Reklama

Taki zwrot jest jak ustawianie krzesełka klienta pół metra niżej od bankiera.

Jeśli jesteśmy w temacie wpływu przestrzeni na relacje interpersonalne to zauważ, że w banku mężczyzna zawsze siada naprzeciwko bankiera, a kobieta obok na drugim krzesełku.

Jest przekonanie, że istnieje podział na „damskie” i „męskie” sprawy, którymi są np. pieniądze.

To doskonale widać, kiedy prowadzimy rozmowy w okresie preprodukcyjnym. Jako reżyser przedstawiam całą koncepcję filmu, ale mężczyźni siedzący naprzeciw patrzą w oczy i odpowiadają producentom.

Oczywiście nie wszyscy mężczyźni rozmawiają tylko ze sobą, bo nie ma takich grup jak „wszyscy”, „każdy” i „nikt”. Bardzo duża ilość mężczyzn ma jednak tendencję do rozmawiania ponad moją głową i traktowania mnie jak młodszą siostrę. Staram się wtedy delikatnie manipulować spotkaniem i ustawić jego porządek, ale to zawsze wymaga ode mnie zrzutu energii. Z drugiej strony, sprzeciwianie się relacji władzy może spowodować, że moja wnuczka będzie miała większy komfort ode mnie… Tylko, że muszę to robić. A moi koledzy nie.

Przebywanie w opresyjnej relacji jest szczególnie trudne podczas dojrzewania. Przedstawiasz ten okres jako traumatyczne przeżycie.

 
Reklama

Ciekawsza wydała mi się sama trauma, która lubi do nas powracać, dopóki nie zostanie zdemaskowana i zrozumiana. Wynika to z tego, że im większą masz niezgodę na jakiś stan, tym bardziej go wydłużasz. Żeby przepracować traumę, trzeba ją bez przerwy odgrywać, aż dotknie się jej syntezy. W tym sensie myślę, że samo dojrzewanie nigdy się nie kończy. Życie jest procesem dochodzenia do tego kim się jest, a nie stawaniem się kimś.

Figurą reprezentującą władzę w „Monumencie” jest menadżerka hotelu. Czy uważasz, że żyjemy w czasach ciągłego nadzoru?

Nie jest problemem, że nad nami jest jakaś władza, ale to, że bardzo łatwo oddajemy swoją wolność. Wajda mówił, że jeśli widz nie rozumie filmu, to czuje się obrażony. Dlaczego jednak widz sam nie jest w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie o czym ten film jest dla niego? Dlaczego tak łatwo oddajemy komuś innemu możliwość mówienia o świecie?

Narzekamy, że wszyscy nas kontrolują, a nie bierzemy pod uwagę tego, że pozwalamy decydować innym o naszym losie na poziomie codziennych małych decyzji, ekologii, wyborów moralnych czy prawa, które panuje w jakiejś grupie. Mówienie, że ktoś ma nad nami władzę jest infantylne. Ja się czuję wolna i uważam, że nikt nigdy mi nie odbierze tego, co mam w głowie i w sercu, ponieważ najważniejsze to pokonać władzę w sobie, a nie na zewnątrz. W tym sensie mam wrażenie, że wszystkie działania w naszym kraju wcale nie są buntem.

Wychodzenie na ulicę jest tylko zaspakajaniem własnego sumienia?

Chcemy wierzyć, że to są działania, które mogą coś zmienić, ale one są bardzo pozorne. Podoba mi się natomiast zburzenie pomnika Jankowskiego. W kontekście władzy wszyscy bali się to zrobić, więc ktoś przyszedł i zrobił to nielegalnie. To pokazuje jak bezbronna i pozorna jest władza. Prawdziwą władzę mają ludzie, którzy postanowili zadziałać zgodnie ze swoją moralnością i zniszczyli pomnik potwora. Oni są wolni w przeciwieństwie do urzędników, którzy bali się go ściągnąć, czy ludzi, których bunt skończył się na słowach.

Problemem jest więc to, że władze mamy w swoich rękach…

 
Reklama

Ludzie nie chcą mieć władzy, bo to się wiąże z odpowiedzialnością. Mają swoją opinię, ale myślenie oddają innym, którzy mówią im co mają robić. Mogą wtedy zająć się wielkimi hipnotyzerami, czyli telewizją, jedzeniem beznadziejnego żarcia i zapychaniem swoich deficytów nałogami.

Czy ty jako artystka czujesz na sobie odpowiedzialność?

Nie czuję się odpowiedzialna za nikogo oprócz siebie, ponieważ to bardzo współuzależniające uczucie. Jeśli chcesz zmienić świat, to musisz pokazać ludziom, że żyjesz zgodnie ze swoimi zasadami i czujesz się z tym świetnie. A inni mają wybór i mogą robić co chcą. Tak jak dzieci nie uczysz przez wychowywanie tylko przez dawanie przykładu, tak dorośli ludzie uczą się przez obserwację innych.

Skąd u ciebie takie zadowolenie z życia?

Mam bardzo niskie potrzeby życiowe. Poza tym uważam, że robię dużo dla świata, staram się nie przyczyniać do cierpienia zwierząt i innych ludzi. Jestem z tego tytułu bardzo dumna, a duma zapewnia kontynuowanie pewnych działań. Realizuję swoje potrzeby duchowe m.in. przez ekologię. Mam swoje hobby, rozwijam się, mam kogo kochać, robię filmy takie jakie chcę. Więcej od życia nie potrzebuję.

 
Reklama

Reklama