SZTUKA NA HAJU

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W Liverpoolu, w 2005 roku, ożył duch generacji LSD!  Cała generacja w latach 60’ się nastroiła, pobudziła, przeżyła euforię, a potem wielu odpadło i znalazło się na marginesie społeczeństwa. A wszystko to głównie pod wpływem zmieniającego percepcję psychodeliku LSD, opartego na kwasie lizergowym. Narkotyk – zwany kwasem – wynalazł w 1938 r. szwajcarski chemik Albert Hoffman. Zsyntetyzował go w laboratorium znanej wam firmy farmaceutycznej Sandoz (obecnie Novartis). Odkrył jego halucynogenne właściwości przypadkiem. Odrobina LSD przedostała się do jego kanapki, po zjedzeniu której, wracając do domu rowerem, miał, jak to określił „straszną jazdę”…czyli tak zwany „Bad trip”.  Hoffman przez całe swoje stuletnie życie regularnie zażywał LSD. Substancja ta jest jednym z najsilniejszych na świecie halucynogenów. Jest sto razy bardziej czynna biologicznie niż psylocybina i cztery tysiące razy bardziej niż meskalina. Wystarczy zaledwie sto do pięciuset mikrogramów, by odpłynąć na 12 godzin. W połowie lat 60-tych XX wieku, Augustus Owsley Stanley III przetworzył wynalazek Hoffmana i nadał mu postać tabletki. W styczniu 1966 r. w Fillmore Hill w Kalifornii, naraz 2400 osób wzięło “kwas” i odleciało. Był to początek legendy LSD. O ukształtowanym w latach 60. XX wieku pokoleniu miłośników “kwasu” mówiło się potem jako o generacji psychodelii. Wielu wybitnych ludzi eksperymentowało i eksperymentuje z LSD m.in. Elon Musk czy Steve Jobs. Dawniej kościół katolicki, który miał monopol na wypiek chleba, świadomie karmił pospólstwo pieczywem skażonym innym halucynogenem – sporyszem. Zatrucie sporyszem, czyli ergotyzm było dawniej określane jako „ogień świętego Antoniego” lub „święty ogień” i prowadziło wielokrotnie do masowych halucynacji i zgonów. Istnieją zapiski na ten temat mówiące o tym , że w 994 r. w Akwitanii zmarło z powodu zażycia tej niebezpiecznej substancji ponad czterdzieści tysięcy ludzi. Ale to już historia na inną opowieść.

Wedle słownika, psychodelia to “stan umysłu nacechowany spokojem, wzmożoną wrażliwością na przyjemne bodźce i skłonnością do estetycznych zachwytów”. O kulturze generacji psychodelii opowiadała wystawa “Summer of Love” (“Lato miłości”) otwarta w Tate Gallery w Liverpoolu, którą miałem okazję zwiedzić. Tuż obok Tate znajduje się słynne muzeum The Beatles, którzy sławili LSD w piosence “Lucy in the Sky with Diamonds”. “Chciałem przytulić wszystkich i powiedzieć, jak bardzo ich kocham. Wtem pokój zaczął się ruszać i jakby rozpoczęła się trzecia wojna światowa” – wspominał eks-bitels George Harrison swoje przeżycia po zażyciu LSD.

Era psychodelii

Termin “psychodelia” wymyślił Humphrey Osmond – w liście z 1956 roku do Aldousa Huxleya autora m.in. epickiej, wizjonerskiej powieści „Nowy wspaniały świat”. Karierę to słowo zrobiło jednak 10 lat później, w czasach hipisowskich. Pierwszą znaną piosenkę, która wychwala LSD, nagrał w Kalifornii zespół The Gamblers. Nazwali ją “LSD-25”. “Kwas” promowali nie tylko członkowie komun hipisowskich, ale także m.in. pisarz Ken Kesey (“Lot nad kukułczym gniazdem”) czy wykładowca Uniwersytetu Harvarda dr Timothy Leary. Słowo “psychodelia” przylgnęło do hipisowskiej kontrkultury nie tylko z powodu narkotyków. Doskonale oddawało jej charakter: emocjonalny, pacyfistyczny, kontemplacyjny.

Na wystawie w Liverpoolu można było się poczuć jak po zażyciu “kwasu”. Już w pierwszej sali zatopiłem się w polu pełnym kolorowych kwiatów – były to wielkie postery, na których maki, liście marihuany i inne rośliny eksplodowały psychodeliczną tęczą. Jeden z plakatów zapraszał na wielką imprezę w londyńskim Hyde Parku, na której uczestnicy mieli się raczyć marihuaną, słuchać muzyki i oddawać wolnej miłości. Organizator wystawy Christoph Grunnberg w rozmowie ze mną zauważył, że sztuka psychodeliczna była przez ostatnie trzy dekady lekceważona. Wystawa “Lato miłości” dowiodła tymczasem, że współczesna popkultura bardzo wiele zawdzięcza erze psychodelii.

Część jednej z sal poświęcono najsławniejszym mieszkańcom Liverpoolu i najsłynniejszym przedstawicielom kultury psychodelii, czyli The Beatles. Pełno było tam ręcznie kolorowanych fotografii i wszelkiej maści kolaży. Obok nich powieszono ekran, na którym wyświetlano film z Brigitte Bardot w roli głównej “The Devil is English” (“Diabeł jest Anglikiem”) Tuż przy ekranie, na ogromnym zdjęciu, widniała roześmiana para młoda w rolls-roysie. To wracający z własnego ślubu Mick i Blanca Jaggerowie, inni bardzo znani przedstawiciele kultury psychodelii. Mick trzymał w palcach jointa. A obok znajdowała się trójwymiarowa okładka jednej z płyt Stonesów.

Na liverpoolskiej wystawie znalazły się oczywiście także same “kwasy”, czyli papierki nasączone LSD – oprawione w ramki jak dzieła sztuki. Jeden z nich był zrobiony w formie telegramu Western Union, na innym widniały diamenty, a z jeszcze innego patrzyło na nas oko Horusa. Artyści projektujący obrazki na halucynogennych kartonikach byli oczywiście anonimowi.

Polski Dom

Nazwisk głośnych artystów było na liverpoolskiej wystawie mało, a właściwie znalazło się jedno – Andy Warhol. Pokazano m.in. jego plakat reklamujący wytwórnię płytową RCA, który przedstawiał wielką świnię pomalowaną w kolorowe kwiaty. W jednej z sal prezentowano kultowy film Warhola “Exploding Plastic Inevitable”, będący zapisem imprezy, jaką zorganizował Andy Warhol wraz ze swoim zespołem The Velvet Underground. Ta psychodeliczna impreza odbyła się w 1966 r. w Polskim Domu Narodowym w Nowym Jorku.

Rarytasem ekspozycji było porsche należące do piosenkarki Janis Joplin – symbolu i psychodelii, i pokolenia dzieci kwiatów. To auto wymalował przyjaciel Janis – Dave Richards, znany ze scenografii do “Odysei kosmicznej 2001” Stanleya Kubricka. W tej samej sali co porsche Joplin, znajdowała się praca Wernera Pantona “Fantasy Landscape” – pluszowy pokój, do którego mogło wejść kilka osób i – niekoniecznie po “kwasie” – tam odjechać.

Kwaśny deszcz

Rockowa psychodelia wprowadziła na estrady spektakl, jakiego przedtem nie było: integralną częścią koncertów stały się eksperymenty ze światłem, filmami, slajdami czy tworzonymi na poczekaniu kolorowymi kompozycjami. Psychodeliczny rock miał być narkotykiem dla oczu. Takie miały być też plakaty i okładki płytowe – w pstrokatych kolorach, o kalejdoskopowych wzorach. Prekursorzy muzycznej psychodelii, których twórczość pokazano na wystawie w Liverpoolu to zespoły Jefferson Airpalne, Great Society czy Grateful Dead. Właściwie wszyscy wyróżniający się artyści tamtego czasu mieli psychodeliczne momenty: The Beatles, The Rolling Stones, The Byrds, The Doors, Vanilla Fudge, Janis Joplin czy Eric Clapton.

Psychodelia szybko wykroczyła poza ramy muzyki. Powstawały filmy, sztuki czy pokazy mody i psychodeliczna prasa. W 1966 r. poeta Allan Cohen założył gazetę “San Francisco Oracle”. Szef artystyczny pisma Gabe Katz przetwarzał teksty w grafiki, wprowadził nieregularne szpalty odbite w różnych kolorach. Na nie nakładał rysunki i zdjęcia.

Joga, okultyzm, teorie Williama Reicha o seksualnym wyzwoleniu, buddyzm, zen, psychoanaliza Junga, maoizm czy baśnie Tolkiena – to była pożywka psychodelii. Końcówka kwaśnej rewolucji była już żałosna: w zastraszającym tempie przybywało młodocianych prostytutek i narkomanów. W ciągu roku psychodeliczna dzielnica San Francisco Haight Ashbury stała się wielkim śmietnikiem budynków, rzeczy i ludzi. Młodzi ludzie zaczęli brać heroinę, paląc ją i biorąc w „kanał”. Twarde narkotyki zaczęły zbierać śmiertelne żniwo. Pionierzy ruchu masowo uciekali poza miasta, zakładając komuny. Jedyne, co przetrwało, to muzyka i sztuka tamtych lat, które stały się ważną częścią współczesnej kultury. Obecnie jesteśmy w erze narkotyków nowej generacji zwanych potocznie dopalaczami. Młodzi ludzie już nie chcą ćpać oldschoolowych Dragów swoich dziadków – są po prostu za słabe. Przewidział to w swoich książkach już w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wielki pisarz, wizjoner i narkoman uzależniony głęboko od amfetaminy, Filip K. Dick. Dopalacze to mieszanki różnych substancji o działaniu psychoaktywnym (stymulantów, opioidów, dysocjantów, empatogenów, halucynogenów itp.). Na razie nie są dobrze znane skutki zażywania takich narkotyków. Jedno jest pewne, biorący je ludzie trafią do piekła, przy którym to biblijne będzie jak para starych kaloszy.

Reklama

NO SIGNAL

„Michał, powinieneś więcej mówić na Instagramie” – taką radę dostałem