Miłość, fantazje i groteska – recenzja „Czarownicy miłości”

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Stylizacje z lat sześćdziesiątych, nawiązanie do czasów średniowiecznych i zabawa elementami baśniowymi – trudno uwierzyć, że Czarownica Miłości jest produkcją z 2016 roku. A jednak. Do Polski przywitała natomiast całkiem niedawno. Czy było to działanie celowe – czy dotychczas nie byliśmy przygotowani na tego rodzaju humor?

Anna Biller podczas pracy przy Czarownicy Miłości inspirowała się hollywoodzkimi produkcjami (np. Czarna magia na Manhattanie), co jest widoczne w niemal każdym kadrze. Jednak postanowiła uciec od klasycznego ujęcia, charakterystycznego dla tego rodzaju kina. Stosuje zabiegi, które ośmieszają przeszłe tendencje w kręceniu. Obraz staje się karykaturą w czystej postaci. To połączenie horroru, erotyki, komedii i sielanki, nie dziw więc, że dystrybucją zajęło się Velvet Spoon.

Kim jest tytułowa czarownica? Elaine (grana przez Samanthę Robinson) jest młodą kobietą, uprawiającą czary i poszukującą miłości na całe życie. Elaine jest uosobieniem piękna i fantazji każdego mężczyzny. W ten sposób pojmuje facetów, którzy w filmie ukazani są skrajnie stereotypowo. Zostają oczarowani ciałem i pewnością siebie czarownicy, która umiejętnie uwodzi i rzuca na nich zaklęcia. Niestety jej magia przynosi nieco inne od oczekiwanych rezultaty.

Główna bohaterka niewątpliwie jest postacią tragiczną, choć Biller przedstawia jej los w sposób, jakby od początku był przesądzony. Bawi się pojęciem przeznaczenia przypisanego każdej osobie i niemożnością ucieczki przed własnym fatum. Co zabawne, w filmie erotyka przeplata się z kryminałem – na ekranie prowadzone jest śledztwo, które musi być wyjaśniane widzom przez bohaterów na każdym kroku. Podobnie z innymi scenami. Dialogi są nieco drewniane i wypowiadane ze szczególną intonacją, a postacie niemal błyszczą w świetle kamery, sprawiając wrażenie, jakby byli były boskimi (albo właśnie baśniowymi) istotami.

Bohaterowie są uosobieniem prostego i schematycznego rozumowania, przez co możemy się czasem spodziewać wypowiadanych kwestii – mamy zakochanego policjanta, który nie chce uwierzyć, że jego ukochana może być uwikłana w zabójstwo, naiwną sąsiadkę i mężczyznę, który w barze burleskowym wypowiada jedynie kwestie związane z czarownicami i związanym z nimi złem.

Choć produkcji nie można zaliczyć do typowych horrorów, są tam jednak elementy paranormalne, pojawiają się np. nagłe, szybkie, przepełnione dozą grozy zbliżenia na twarze bohaterów lub na przesycony zabójczą pokusą wzrok Elaine. Nie znajdą się tam jednak żadne jump scary – jeżeli chcemy się spodziewać nadchodzącego momentu kulminacyjnego, wystarczy słuchać uważnie ścieżki dźwiękowej. Film przepełniony jest teatralną mimiką i przerysowanymi pozami – ze względu na tematykę, momentami przypomina argentowską Suspirię. 

Czarownicy miłości nie można brać na poważnie, podobnie jak Truposze nie umierają Jima Jarmusha. Nie jest to perełka kina światowej klasy, ale zdecydowanie wybór, który można zaliczyć do tzw. guilty pleasure. Choć osobiście, wyrzutów sumienia nie czułam.

Reklama

NO SIGNAL

„Michał, powinieneś więcej mówić na Instagramie” – taką radę dostałem