Jasiek Kuroń – Kuchnia polska

Jasiek Kuroń 

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kuchnia polska, jako całość, jest żywym, błyskawicznie rozwijającym się organizmem. O spustoszeniu jakiego dokonały czasy realnego socjalizmu możemy zapomnieć. Pojawiają się w kraju nad Wisłą restauracje z gwiazdkami Michelin (moim zdaniem – gwiazdek powinno być więcej), świadomość konsumencka rośnie. Dlatego z fascynacją przyglądam się, co nasi rodacy i rodaczki polecają cudzoziemcom w Internecie, ulotkach i przewodnikach. Tutaj czas jakby się zatrzymał. Od najmłodszych lat słyszę o bigosie, pierogach, kiełbasie i żurku, ten ostatni najlepiej w chlebie. Na tym odcinku, od 30 lat, nie zmieniło się niemal nic. Wymyśliłem sobie zatem pewną intelektualną zabawę. Niech każdy z nas zastanowi się, co może polecić (kulinarnie) cudzoziemcom odwiedzającym nasz kraj. Dla pewnej higieny intelektualnej i zasiania fermentu, nie można wymienić klasyków takich jak: bigos, pierogi, kiełbasa, kartacze, żurek, schabowy czy kaszanka. Od razu chciałem się wytłumaczyć – oczywiście, wyżej wymienione to cudowne klasyki i szaleństwem byłoby się od nich odżegnywać. Wydaje mi się, że jednak warto dodać nowe pozycje i nieco odświeżyć całokształt.

Ze swojej strony, jako pierwsze poleciłbym ryby. Z mocnym wskazaniem na te słodkowodne, bo tu jest się czym chwalić, a w wielu krajach nie są to produkty oczywiste. Może karpia, mimo że uwielbiam,  zostawiłbym dla wytrwalszych entuzjastów rybich smaków. Poza nim mamy moc argumentów. Węgorz, sandacz, okoń, szczupak, lin czy sielawa na pewno zostaną docenione przez inne nacje. Zwłaszcza, że zazwyczaj jedzą one od nas ryb zdecydowanie więcej.

Punkt drugi – dziczyzna. Niby każdy o tym wie, jednak lata PRLu mocno odcisnęły swoje piętno w sposobie przygotowania tego niezwykle smacznego mięsa. Całe szczęście, coraz więcej kucharzy podchodzi do tego odcinka bardzo twórczo. Nie wrzuca z automatu produktu do zalewy octowej, a dominującą przyprawą przestał być jałowiec, bo – wiadomo, dzik mieszka w lesie, a jałowiec w lesie rośnie. I tutaj, nie mam żadnych wątpliwości, że jest to strzał w dziesiątkę. Żaden obcokrajowiec nie oprze się dobrze zrobionemu combrowi z jelenia lub potrawce z zająca.

Dochodzimy do punktu trzeciego i u mnie zapala się lampka. Bo wymieniłem ryby i dziczyznę, na co zaraz moja kochana, wegańska żona zapyta, „a jeśli goście nie jedzą produktów odzwierzęcych?”. Faktycznie, tych jest coraz więcej. No i klops, a właściwie nie. Bo Polska posiada jeden z najdynamiczniej rozwijających się rynków wegańskich na świecie. Może w miejscach bardziej oddalonych od dużych miast jest z tym problem, jednak w większych aglomeracjach nie ma z tym najmniejszego. A i w kuchni wegańskiej możemy się pochwalić cudownymi warzywami i owocami, producentami „serów”. Istnieje wszak trzeci punkt, o którym chciałem powiedzieć – grzyby! Zwiedziłem wiele miejsc w swoim życiu i nigdzie grzyby nie smakowały tak, jak w Polsce.

Na tych trzech punktach muszę kończyć, tylko dlatego, że zapisać mogę ograniczoną liczbę znaków. A mógłbym tak, długo i namiętnie wymieniać – wieprzowina złotnicka, lokalne sery kozie, owcze i krowie. Śledzie bałtyckie, jagnięcina, nalewki lub kiszonki. Mnogość dań i produktów sprawia, że obcokrajowcy przez kilka lat, codziennie mogliby jeść zachwycające kompozycje rodem z kuchni polskiej. Cudowne jest to, że przy jednym stole spotkać się mogą i mięsożercy, i weganie. Choć nie zjedzą tego samego, ale popiją razem cudowną nalewką z orzecha włoskiego lub dereniówką. A od tego jest kuchnia, żeby łączyć, integrować w cudowny sposób.

Reklama